Przejęty nagłą potrzebą zerwałem się z łóżka i pobiegłem do kibla. Była druga w nocy, wszak pora nie późna, zważywszy, że ostatnio mój styl życia dosyć się zmienił. Kiedyś, kiedy byłem nieszczęśliwie zakochany, cierpiałem na bezsenność. Dziś ta mi już przeszła (bezsenność, bo miłość jakoś nie), ale mimo wszystko zostałem człowiekiem nocy – niczym Batman jakiś, choć nie posądzajcie mnie o przybieranie szarych rajtuz i bieganie w tychże po brudnych zakamarkach pogrążonego w mroku miasta. Noc jest dobra, bo noc spokojna jest. Pozwala się wyciszyć i pomyśleć . A poza tym jak się chleje po nocach, to i się nie śpi…

No ale, przejęty nagłą potrzebą zerwałem się z łóżka i pobiegłem do kibla. Kibel jak kibel: porcelana, plastiku trochę, woda… Nie żebym coś miał do tego kibla, że nos zadzieram, bo nie jest to klozet Królowej Angielskiej. Po prostu kibel jak kibel. Podłoga kafelkami wyłożona, więc kibel porządny, że ho ho! I intymność pozwala zachować, wszak kibel to konfesjonał, wielu uczonych i artystów przeszło przemianę duchową siedząc na kiblu, a jedna z Angielskich Królewn to nawet tego ducha wyzionęła – parła biedulka, parła aż jej żyłka pękła… straszna śmierć. Ale mnie tam kibel nie groźny, młody jestem, żyły harde i niejedno ciśnienie już wytrzymały (nawet ten kurewsko durny film o nawiedzonej łodzi podwodnej – i pomyśleć, że Aronofsky był pomysłodawcą tego chłamu). Tak swoją drogą, zastanawiam się w jakiej pozycji ta Królowa umarła – na siedząco, czy może z tego sedesu spadła i jaką minę miała… sugerowałbym pozycję boczną, z podkurczonymi nogami. Nieważne.

Wbiegłem więc do tego kibla przejęty nagłą potrzebą. Usiadłem na zimnej jak nieboszczyk Królowej Angielskiej desce – nie znoszę tego uczucia, kiedy ciepłota twego tyłka koliduje ze zmarzniętą deską, czuję się wtedy jak nekrofil, ale z drugiej strony nie znoszę też, gdy deska jest ciepła, bowiem oznacza to tyle, że ktoś na niej niedawno siedział, a mimo, że wiem, że czasem ktoś na niej siada, to przejmuje mnie głęboką odrazą fakt, że ktoś siedział na niej przed chwilą! Okropność! Czyjaś dupa całkiem niedawno grzała deskę, na której siadam. Z dwojga złego jednak wolę uczucie ciepłej deski, niż zimno wody sedesowej obryzgującej mi pośladki. Siadam więc na tej desce, która teraz jest zimna, bo i w moim domu nie ma specjalnych ciągot do biegania w środku nocy do kibla, specjalnie po to, żeby nagrzać komuś deskę. Zapomniałem nadmienić, że nim usiadłem na desce, najpierw zdjąłem spodnie – dla niektórych może to nie być wcale takie oczywiste… Znam wielu ludzi, których sposób myślenia jest co najmniej zastanawiający, ale nie o nich przecież opowiadam.

Wbiegłem więc do kibla, zdjąłem spodnie (niektórzy mogą się zastanawiać dlaczego zdjąłem spodnie, ale pod tym określeniem mam na myśli raczej fakt zsunięcia ich tylko do kostek), usiadłem na zimnej desce sedesowej i rozpocząłem wypróżnianie. Wielu ludzi twierdzi, że przyjemność płynąca z wypróżniania może czasami rywalizować z przyjemnością odczuwaną podczas przeżywania orgazmu… Przymykasz wtedy oczy, twoje ciało przechodzi dreszcz, a w kulminacyjnym momencie możesz nawet tracić świadomość (Angielska Królowa straciła świadomość na amen), bo patrzenie nieobecnym wzrokiem jest na porządku dziennym – to swoistego rodzaju rytuał srania. Jak to po przeżyciu czegoś graniczącego z orgazmem, później może być już tylko gorzej, tej bowiem nocy, o godzinie drugiej nad ranem, chwilę po wypróżnieniu poczułem, że nienawidzę siebie.

Poczułem, że jestem jedynie zwierzęciem. Stadnym zwierzęciem, którego celem życia jest wyłącznie konsumpcjonizm. Nie jestem nikim wyjątkowym na tym świecie, żyje byle odbębnić swoje i upominać się o bilet wstępu do raju. Nic wielkiego nie stworzyłem, na nikim nie wywarłem jakiegoś znaczącego wpływu, nawet nie mogę dopatrzeć się jakichś pozytywnych aspektów swej egzystencji… Jestem po prostu nikim. Żenującą istotą, która niszczy rzeczy piękne, a które jakimś cudem stały się dla niej osiągalne. Właśnie to poczułem po wypróżnieniu się – smutek bycia człowiekiem. Niejako na przymus zostałem stworzony by konsumować, niszczyć, plugawić, doprowadzać świat do powolnego rozpadu, tylko po to by samemu przeżyć. Dlaczego zostałem zmuszony niszczyć piękny świat, dla podtrzymania własnej bytności (choć i o odbytność też mi tu chodzi). Żebym to ja chociaż był kimś wyjątkowym: artystą jakimś, co pisząc wiersze ludzi do piękna przyciąga; księdzem, dzięki któremu wielu przechodzi duchową rewoltę, nawraca się, by w zgodzie z samym sobą żyć; człowiekiem, który robi beczki, co robiąc beczki robi beczki; kimś kto tworząc jednocześnie wykupuje sobie prawo do niszczenia. A ja…

Zaglądnąłem do sedesu i zobaczyłem to co stworzyłem… i nie było to dobre.

Zaglądając do wnętrza sedesu, ogarnięty niepohamowaną nienawiścią i odrazą do siebie samego, patrzyłem na plugastwo, które zrodziło me ciało – patrzyłem, jak zniszczyłem coś, co kiedyś było tak zajebistą jajecznicą. 🙁 🙁 🙁