UWAGA ! TEKST BARDZO BRUTLANUY

– Spokojnie dziś… – Powiedział jeden z żołnierzy siedzący w jeepie na miejscu pasażera.
– Brudasy pochwały się po piwnicach – Odpowiedział inny, siedzący z tyłu auta. Spoglądał przez okno na zniszczone budynki. Wiele z nich miało ślady po kulach w ścianach, oraz wybite okna, zabite deskami. Inne były osłonięte tylko kawałkiem grubego papieru. Czasem jakaś postać pokazywała się w oknie, lecz szybko chowała się z powrotem do chłodniejszego domu. Upał był nieznośny tego dnia, z wojskowych spływał pot. Żołnierz siedzący z tyłu zdjął marynarkę i rzucił obok siebie.
– Zrobię jeszcze rundkę na tamtych ulicach – Wskazał kierowca na uliczki ciągnące się miedzy budynkami:
– I wracamy do bazy – Dokończył, ocierając lewą ręką krople potu spływającą po policzku.
Przed szybą niekiedy pojawiały się postacie ludzi, którzy ostrożnie przemykali po chodnikach w cieniu domów. Każdy z nich rozglądał się w około i ze smutkiem patrzył na zniszczenia które wyrządzili ci którzy jakoby mieli ich wyzwolić, pomóc odbudować kraj. I co najważniejsze pozbyć się tyrana który przez tyle lat wysysał życie z tego państwa. A teraz zniszczone budynki, wraki samochodów, kamienie, kawałki szkła: stanowiły krajobraz miasta.
W takie gorące dni jak ten wydawało się iż wszystko jest w normie, nie ma odważnych terrorystów, bojówkarzy którzy to atakowali „wroga”.
Mężczyzna idący ulicą, nie miał na twarzy potu, to gorzkie łzy oplatały jego twarz. Łzy po stracie bliskiej mu osoby, jego syn był jednym z tych zapalonych wojowników o dobro kraju. W pierwszy dzień gdy dostał broń, w kilka minut po tym jak nauczył się obsługiwać karabin… Padł martwy na ziemię, seria kilkunastu kul utkwiła w jego ciele. W klatce piersiowej, nogach, a jedna z nich odstrzeliła kawałek głowy osłaniając mózg, który mozolnie zalewał jezdnię.
Mężczyzna spojrzał się na wojskowy samochód mijający go, jeden z żołnierzy kciukiem i palcem wskazującym pokazał gest znaczący „zastrzelę cię”.
Auto skręcało w jedną z wielu wąskich uliczek. Uliczek ciemnych gdzie najczęściej atakowali młodzi ludzie walczący dla swych przywódców religijnych, o dobro państwa.
Auto coraz głębiej posuwało się w ciemniej uliczce, za nim widoczne były poranione cienie budynków.
– Trochę tu chłodniej – Z ulgą powiedział kierowca.
– Tu trzeba uważać, żeby jakiś brudas nie skoczył z dachu na nas. Pierdolony Batman z workiem na gębie. – Siedzący z tyłu żołnierz zaśmiał się z własnego żartu, poklepując po ramieniu kolegę siedzącego przed nim.
Jeep gwałtownie zahamował, żołnierz siedzący z tyłu uderzył głową o oparcie fotela. Podnosząc głowę krzyknął:
– Co do kurwy!
Przed samochodem stanął mały chłopiec, wychudzony w obtartych ubraniach. Wyglądał na około jedenaście lat. Spoglądał wprost w oczy kierowcy. Spojrzenie jego odzwierciedlało jego wygląd, smutne, zaniedbane. Ale też biło wielkim gniewem.
– Spierdalaj z drogi brudasie, bo ci ten iracki łeb odstrzelę! – Podniesionym głosem oznajmiał żołnierz z tyłu.
Kierowca wystawił głowę i rękę przez okno, machając dłonią na znak aby się odsunął.
– Z drogi mały, nie mamy czekolady. Uciekaj! – Mówił wiedząc iż ten zapewne nie rozumie ani słowa.
Chłopak jednak posłusznie zrobił kilka kroków w bok przepuszczając samochód. Jednak powoli szedł za nim.
– Młody brudas za nami idzie… – Zaśmiał się żołnierz na tylnych miejscach jeepa.
Po chwili do idącego chłopaka, doszedł następny wychodząc z alejki między domami. Był trochę wyższy, może o rok czy dwa starszy, lecz wyglądem nie wiele różnił się od kolegi. Brudne podarte ubrania, źle dopasowane buty, za duże jak na niego, i ten dziwny wzrok, smutny, gniewny, a nawet drapieżny.
Chwilę później dołączyły kolejne dzieci, wychodziły z wąskich alejek i szły za autem. Było ich teraz z pięciu. Gdy doszło kolejnych trzech, zaczęli biec za samochodem. Coraz szybciej iż prawie go doganiali. Przed pojazdem pojawiały się nowe dzieci, które biegły równolegle z autem. Zdawało się iż biegły na ślepo, patrząc tylko w oczy żołnierzy.
– Pojebało te brudasy! – Mówił z obrzydzeniem w głosie żołnierz.
W około auta biegło z dwadzieścia dzieci. Wszystkie były młode, najstarsze wyglądały nie więcej niż na czternaście lat. Wielu miało zapewne poniżej dziesięciu.
Dzieci zaczęły uderzać w auto pięściami, pukały w jego boki. Ale nie nerwowo, to były równomierne pukania. Puk, puk, puk.
Kierowca próbował przyspieszyć, lecz znów przed maską pojawiło się kilkoro dzieci. Stały tam i patrzyły.
– Scott, strzel w powietrze to się może odsuną – Zwrócił się kierowca do kolegi obok. Ten uchylił okno, wystawiając z niego lufę karabinu i strzelił kilka razy w powietrze. Jednak nic to nie dało, dzieci dalej biegły, jeden z chłopców chwycił za lufę i próbował ją wyszarpnąć.
– Kurwa, nie rozjadę ich przecież! – Mówiąc to zatrzymał się 2-3 metry przed dziećmi stojącymi przed samochodem. Zbliżały się do jeepa, powili acz pewnie idąc, z zakamarków wychodziły kolejne, wszystkie kierowały się do samochodu. Było ich z trzydzieścioro, grupa brudnych dzieciaków, wyglądały na bezdomne.
Zbliżywszy się do samochodu zaczęły w niego coraz mocniej i szybciej uderzać, w drzwi w maskę i okna. Na tylnej szybie pojawiły się pierwsze pęknięcia, co zmobilizowało dzieci. Uderzały z całych sił. Okno pękało. Żołnierze nie wiedzieli jak się zachować, nie chcieli strzelać do dzieci, ale jeśli posuną się dalej będzie to nieuniknione. Żołnierz siedzący obok kierowcy widząc iż okno po jego stronie również pęka. Otworzył je, spojrzał jeszcze w oczy kolegów, i zaczął kolbą broni uderzać po twarzach dzieciaków.
Bił mocno lecz nie powstrzymało to ich, dalej uderzali niszcząc auto. Tylna szyba rozleciała się, żołnierz siedzący tam zrobił to samo co kolega. Zaczął kolbą uderzać w chłopaka który wchodził do środka. Trafił w jego nos, krew spływała po twarzy chłopaka, uśmiechnął się tylko, odsłaniając czarne brudne zęby. Kolejne szyby pękały, obok kierowcy i przednia. Żołnierze uderzając bronią próbowali odpędzić dzikie dzieci, nie dało się, było ich zbyt wiele. Jeśli jakiś upadał uderzony bronią to zaraz wstawał nie bacząc iż z głowy sączy mu się krew. Dwóch chłopaków wyszarpnęło broń jednego z żołnierzy, zaraz inni chwycili za klamki wewnątrz auta próbując otworzyć drzwi. Z tyłu do jeepa weszło dwoje dzieci dziewczynka i chłopiec, drapiąc i gryząc żołnierza. To samo zrobiły inne dzieci z kierowcą, wchodząc na maskę zaczęli drapać po twarzy żołnierza, zostawiając rozdartą skórę i krwawiące rany. Wojskowi próbowali walczyć, lecz nie było miejsca, chcieli kopać i uderzać, lecz dzieci jakby nie odczuwały bólu. Z jeszcze większa zaciekłością drapały i gryzły. Drzwi po stronie pasażera zostały otworzone, zgraja dzieci natychmiast wyciągnęła żołnierza. Ciągnęli go za ubranie, za nogi, ręce. Drapiąc rozrywali mundur, i boleśnie ranili ciało. Rzucili go na ziemię i skoczyli na niego niczym wygłodniałe hieny na padlinę.
Żołnierz wydawał tylko krzyki. Krzyczał, starał się coś mówić, lecz nie mógł. Zwinne palce wbijały się w jego twarz, oczy, brzuch; całe ciało.
Kierowcę także po chwili wyciągnęli z auta, krzyczał jeszcze:
– Zostawcie mnie, puśćcie!!!
Lecz i on po chwili wydawał tylko przerażający odgłos cierpienia. Szczęki dzieciaków zaciskały się na jego ciele, wyrywając kawały mięsa. Czuł jak małe kły wbijają się w jego brzuch wyszarpując płaty skóry.
Jeden z dzieciaków trzymał w ustach odgryziony nos żołnierza siedzącego z tyłu. Inni wydrapali dziurę w brzuchu, wyciągając wnętrzności i zjadając je. Z ust wystawały im krwawiące flaki, długie i poszarpane kawały mięsa. Spływały krwią. Ale te dzikie istoty pożerały to ze smakiem, nawet nie gryząc, a wręcz łykając jak gady spore kawały ciała.
Żołnierze wydawali ostatnie odgłosy, jeden z nich poczuł jak brudne zęby zaciskają się na jego wardze ciągnąc ją.
Na twarzach dzieci, na ziemi wokoło nich było pełno krwi, pryskała na ściany budynków i samochód. Dzieci po chwili zaczęły ciągnąć w ciemne alejki ciała dwóch żołnierzy. Obaj mieli rozdarte brzuchy z których wydobywały się wnętrzności. Jeden chłopak trzymał wyrwaną rękę i wgryzał się w nią jak pies wgryza się w kość na której jest jeszcze sporo mięsa.
Dzieci zjadające żołnierza w aucie, wychodziły zostawiając poszarpane martwe ciało. Wyszli i skierowali się do alejek do których zaciągani zostali pozostali wojskowi.
Ciało żołnierza w aucie wyglądało okropnie, jedno oko spływało powoli po twarzy. Brzuch był rozdarty, a wnętrzności wyjedzone. Ręce i nogi były pogryzione, brakowało skóry wydartej silnymi szczękami. Na całym siedzeniu było pełno krwi, jak i w około samochodu.
Dzieci w alejkach znikły razem z dwoma pozostałymi ciałami. Kilka metrów w głąb tych wąskich uliczek ślad krwi kończył się. Te dzikie stworzenia jakby rozpłynęły się, żadnego po nich śladu nie było. Tylko ślady krwi i na wpół pożarty żołnierz w jeepie były dowodami iż coś zaszło w ciemniej uliczce pochłoniętego wojną miasta Bagdad.

„Wczoraj w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło trzech amerykańskich żołnierzy. Dwóch ciał nadal nie odnaleziono. Jedyne które zostało odszukane jest okrutnie zmasakrowane. Amerykanie poinformowali, iż to najprawdopodobniej skutek działania nieznanego kwasu który został wlany do samochodu patrolującego ulice Bagdadu” – Powiedział prezenter w jednej z telewizji, przechodząc po chwili do kolejnego wydarzenia tym razem z kraju. Mówił coś o ustawach politycznych, o tym iż posłowie wprowadzili kolejny bubel.
– Cholera i ja mam tam jechać? – Oznajmiła młoda kobieta z niesmakiem.
– Nie musisz jeśli nie chcesz, wiesz zawsze się znajdzie innego reporterka, po za tym twój stan… – Przerwała wypowiedź kolegi kobieta mówiąc:
– Nie chce stracić tej szansy, moja ciąża może przeszkodzić, ale cholera starałam się o ten wyjazd już kilka miesięcy temu i nie odpuszczę!
– Dobrze jak chcesz… – Odpowiedział mężczyzna.
Do rozmawiających doszedł około czterdziestoletni wysoki krótko obcięty mężczyzna, miał na sobie szarą marynarkę i tego samego koloru spodnie.
– Cześć Mirek, Aga – Przywitał się z znajomymi i ciągnął dalej, zwracając się do kobiety:
– Nadal chcesz ze mną i z Arkiem tam jechać?
– Eeej przestańcie się tak moją ciążą przejmować, tak pojadę i proszę was nie róbcie z tego problemu! – Odpowiedziała reporterka stanowczym tonem.
A dwudziestodziewięcioletnia Agnieszka, chciała wyjechać zrobić dobry materiał. I kiedy pół roku temu zaproponowano jej wyjazd do Iraku, zgodziła się bez wahania. Nie myślała iż kilkanaście dni potem zajdzie w ciążę, a wyjazd z różnych przyczyn zacznie się systematycznie opóźniać. Teraz jest w piątym miesiącu ciąży i to trochę komplikuje podróż. Jednak nie zamierza z niej zrezygnować. Chyba iż znów przełożą termin, w tej chwili ustalony jest na dwudziesty piąty czerwiec, a więc dokładnie za trzy tygodnie. Jeśli jednak się opóźni to zrezygnuje z tego wyjazdu.
– Dobrze nie denerwuję cię już, chcesz to pojedziesz jeśli taką podjęłaś decyzję – Mówił starszy dziennikarz.
– Właśnie taką, idę po kawę, przynieść wam? – Zapytała.
Mężczyźni pokiwali głowami iż nie chcą, i skierowali swój wzrok na ekran z prezenterem który opowiadał o nieszczęśliwym wypadku na drodze, w którym zginęło piętnastu ludzi. „Kiedy to autobus szkolny uderzył w ciężarówkę przewożącą łatwopalne materiały, do wybuchu nie doszło, ale łatwopalna ciecz zalała wnętrze autobusu i tam powstał pożar. Cześć pasażerów zdążyła się wydostać, lecz inni zablokowani lub niezdolni do wyjścia spłonęli żywcem. Zginęło trzynaścioro dzieci w gimnazjalnym wieku oraz kierowca i nauczycielka. Policyjni eksperci stwierdzili iż powodem wypadku były niesprawne hamulce autobusu, a także kierowca który prawdopodobnie jechał zbyt szybko…” – Kończył opowiadać wiadomość prezenter telewizyjny.

Dwadzieścia trzy dni później…

Dwóch żołnierzy paląc papierosy rozmawiało ze sobą, stojąc obok dużego namiotu o zielono-brązowych barwach.
– Żałuję, że się tu zgłosiłem – Powiedział jeden z nich.
– Dlaczego? Zarobisz trochę – Pytał się kolega.
– A daj spokój, popatrz jak wybijają amerykanów, nas też już zaczynają wybijać – Tłumaczył mu, zaciągając się dymem.
– Eee tam, pieprzenie, siedzisz tu w bazie, czasem jakiś patrol, ale aż tak niebezpiecznie to nie jest – Odpowiedział.
– Jednak boję się trochę o siebie, i rodzina też przeżywa mój pobyt tutaj… – Chciał dalej mówić, lecz doszedł do nich sierżant i oznajmił:
– Widzę nudzicie się, jest dla was zadanie, zabierzcie jeszcze jednego chłopaka i przyjdźcie do mnie to powiem o co chodzi.
– Teraz? – Zapytał zdziwiony jeden z żołnierzy.
– Tak teraz, raz dwa kończyć papieroski i zaraz przyjść do mnie – Mówiąc to opuścił żołnierzy kierując się do jego z namiotów.
– Pewnie wyślą nas na jakieś zadupie, ja pierdolę, i potem kurwa dogadaj się z kimś na tym zadupiu… – Żalił się żołnierz, kończąc palić papierosa, rzucając niedopałek na ziemię.
– To kogo zawołamy? – Zapytał drugi.
– Mirka może, co?
– Mirka? I znów będzie narzekał pół drogi, że piasek wpadł mu do oka – Mówiąc to zaśmiał się żołnierz i jego kolega, po chwili powiedział:
– Adriana można zawołać?
– Noo, Adiego można, tylko gdzie ta łajza jest? – Żartobliwie zapytał.
– Jak go znam to na bank śpi – Powiedział drugi śmiejąc się i po chwili odeszli z miejsca idąc do namiotu w którym zapewne znajdywał się ich kolega.
Po kilkunastu minutach gdy już go znaleźli, zgłosili się u sierżanta, ten siedział za biurkiem, przeglądając papiery. Gdy weszli do niego odłożył dokumenty, zwracając się do nich:
– Dobra panowie, czeka was ściśle tajna misja specjalna – Miał w zwyczaju nazywać tak szczególnie nudne zadania które właściwie zdawały się wręcz niepotrzebne. Na twarzach żołnierzy pojawił się po tych słowach grymas rozczarowania.
– A więc, zostaniecie wysłani do Bagdadu… – Przerwał mu jeden z żołnierzy:
– Tak daleko? To nie nasza strefa! – Protestował.
– Piotrek nie wyprowadzaj mnie dziś z równowagi – Zaczął sierżant i po westchnięciu kontynuował:
– Przyjechali na kilka dni dziennikarze z TVN i chcą eskortę w mieście, a Amerykanie nie chcą ich ochraniać więc wy tam jedziecie. Ale nie bać się, bo za kilka minut leci tam helikopter z pewnymi mapami dla Amerykanów.
– I co my tam mamy pieszo za tymi dziennikarzami biegać? – Z goryczą odezwał się Piotrek.
– Ty to za leniwy jesteś jak na żołnierza, i właśnie dlatego ty i twoi kumple tam jedziecie, a samochód dostaniecie. No a teraz zapieprzać do śmigłowca, raz, raz panowie! – Ponaglał sierżant, żołnierze wyszli szybkim krokiem z namiotu kierując się do pojazdu. W między czasie ze sobą rozmawiali:
– I znów nas wpakowałeś – Mówił jeden z nich.
– A nie pierdol Michał, nie jest źle – Powiedział Piotrek.
– Pewnie może jakaś młoda dziennikareczka będzie… – Trochę zaspanym głosem odezwał się Adrian.

Około godziny siedemnastej czasu polskiego, kilkanaście metrów od amerykańskich namiotów lądował śmigłowiec powodując zawirowania drobnego piasku.
Wyglądało to jakby wokoło helikoptera panowała mała burza piaskowa, która całkiem pochłonęła latający pojazd. Jednak z czasem kiedy śmigła kręciły się coraz wolniej, piasek opadał na ziemię, odsłaniając zakurzoną maszynę. Śmigło kręciło się leniwie, kiedy z wnętrza wysiadło kilkoro ludzi, trzech młodych żołnierzy, oraz dwóch starszych oficerów trzymających w rękach teczki. Oficerowie skierowali się do namiotów. Żołnierze nie musieli pytać dokąd iść, ponieważ obok jednego z nich stało troje ludzi. Jeden z nich trzymał kamerę do której przyklejony był mały niebiesko-żółty znaczek rozpoznawczy telewizji.
Trójka żołnierzy skierowała się w stronę dziennikarzy, wymieniając po drodze kilka uwag, gdy już doszli, najstarszy i najpoważniejszy z dziennikarzy przedstawił się i swoich kolegów:
– Witajcie jestem Tadeusz Wilk, to jest Agnieszka Wójcik, a ten o to pan z kamerą to Marek Andkowiak – Żołnierze podali ręce poznanym przed chwilą dziennikarzom, nie kryli jednak rozczarowania zadaniem jakie dostali. Ich twarze wyrażały przygnębienie iż zostali oderwani od przyjemniejszych obowiązków w bazie Babilon.
– Słuchajcie chłopaki, najpierw chcemy zrobić kilka ujęć miasta, a później wejść na żywo przed hotelem w którym wczoraj był zamach – Oznajmiła podekscytowana dziennikarka.
– A my mamy was pilnować… – Podsumował Piotr.
– Tak, tu jest coraz niebezpieczniej dla reporterów… – Zaczął tłumaczyć Tadeusz lecz Piotrek nie dał mu skończyć wtrącając się w słowo:
– To na chuj się tu pchacie? Mało wydarzeń dzieje się w Polsce?
– Piotruś uspokój się, już tak nie najeżdżaj na nich – Starał się uspokoić kolegę Adrian.
– Właśnie, panowie nie ma co się denerwować – Znów doszedł do głosu Tadeusz, który stosownie jak i pozostali członkowie zespołu reporterów ubrał się w jasnobrązowe stroje. Miał na sobie luźną kurtkę i spodnie.
– A pierdolę was i tyle! – Podniesionym tonem oznajmił podenerwowany Piotr.
– Kolega trochę zły, bo nie podoba mu się pomysł pilnowania was – Wytłumaczył Michał.
– Nieważne, czas nagli, mamy tu dwa samochody, chciałabym aby z nami jechał jeden z was – Mówiąc to Agnieszka spoglądała na Adriana, który wydał się jej najbardziej sympatyczny. Za nic nie chciałaby aby to Piotr jechał razem z nią.
I tak też po krótkiej rozmowie postanowiono, dwóch żołnierzy wsiadało do jednego auta, a grupa dziennikarzy razem z Adrianem do drugiego. Żołnierz wybrał dla siebie jak uważał najlepsze miejsce z tyłu, obok młodej reporterki. Agnieszka była atrakcyjną kobietą, z krótkimi do ramion czarnymi włosami i błękitnymi oczyma. Piersi jej były teraz większe niż normalnie co dodawało jej atrakcyjności. Większy też był jej brzuch, chociaż w brązowej kurtce nie wyglądała na kobietę w zaawansowanej ciąży.
Samochody odjechały, ciągnąc za sobą szlak kurzu. Pierwszym poruszali się dziennikarze którzy wybierali drogę, zaraz za nimi podążał samochód z Piotrem i Michałem. Piotr kierując nie krył oburzenia do tego zadania. Nie dość że musiał lecieć w ciasnym helikopterze to jeszcze teraz musiał pilnować żądnych wrażeń dziennikarzy.
– Jakby kurwa nikogo innego nie było… – Mówił zwracając się do kolegi i nie czekając na jego odpowiedź dodał:
– A widziałeś tą jak jej tam, noo Agnieszkę? W ciąży jest, a wybiera się na wojnę, co już tak pojebało tych ludzi czy co?
– Miała może okazję to przyjechała… – Odpowiedział Michał.
– A zresztą pierdoli mnie to czego tu szuka ona i jej kolesie – Westchnął i dalej skupiał się na drodze, przez chwilę jechali w ciszy ale Piotr musiał jednak wypowiedzieć co myśli:
– Tyy ale popatrz jak się suka gapiła na Adiego? Dziwka, gdyby nie ciąża to kto wie co by się działo.
– Oooj przesadzasz, co ty masz do tej reporterki?
– A bo wkurwiają mnie takie zdziry co szukają wrażeń… – Zamilkł by na chwilę pomyśleć i dodał:
– Pamiętasz kilka tygodni temu? Łukasz Matysiak pieprzył jakąś dziennikarkę, skąd ona była? Z Polsatu, nie?
– Nie, ona była z jakiejś gazety, chyba z Super Ekspresu – Odpowiedział Michał zmęczonym głosem, wpatrywał się w okno, jakby nie słuchając całej tej rozmowy z kolegą. Też mu się nie podobało to zadanie, lecz nie złością, a nieuwagą okazywał swoją niechęć.
– Noo, możliwe…
Samochód z dziennikarzami skręcał do różnych uliczek między domami, przewodnik jeździł tam gdzie wskazywał mu Tadeusz siedzący na miejscy pasażera, z tyłu cisnęły się trzy osoby. Adriana nadzieje iż porozmawia z dziennikarką nie ziściły się, ona także tylko wpatrywała się w okno szukając czegoś… Czegoś ciekawego co ją zaskoczy. Widok zniszczonych budynków, i od czasu do czasu włóczących się ludzi był dla niej zaskoczeniem. Ale chciała zobaczyć coś bardziej interesującego. Chociaż sama nie była pewna czego wymaga, nie widziała nigdy z bliska wojny, a teraz miała okazję.
Nie był to zbyt przyjemny widok, wyobrażała sobie iż podobnie musiała wyglądać Polska w czasach drugiej wojny światowej. Słyszała wiele razy opowieści dziadków jak to wtedy kraj wyglądał. Zniszczone do cna budynki, ranni ludzie przemykający po ulicach i bezwzględni niemieccy żołnierze którzy potrafili skatować na śmierć kogoś kto szedł tym samym chodnikiem co oni. Nie ważne czy to był Żyd czy Polak. Wtedy Polska musiała wyglądać podobnie jak to miasto, choć wtedy zapewne było o wiele trudniej.
Spojrzała na zegarek, dochodziła osiemnasta czasu polskiego, zdała sobie sprawę iż jeszcze go nie przestawiła. Za godzinę zaczną się Fakty wieczorne, a oni mieli coś powiedzieć na temat zamachu który wydarzył się tu wczoraj.
– Stój! – Powiedział niespodziewanie Tadeusz. Kierowca jakby wydarty z transu, gwałtowanie zahamował i wszystkich naglę rzuciło ku przodowi.
– Kurwa! – Krzyknął Piotr którzy także gwałtownie zahamował kilkanaście centymetrów przed samochodem z dziennikarzami.
– Dlaczego tu? – Zapytała Agnieszka.
– Zobacz na ten budynek po prawej, ślady po kulach na ścianie, i zaschła plama krwi. To można by sfilmować – Wytłumaczył.
Reporterzy i żołnierze opuścili samochody. Kamerzysta skrupulatnie kierował obiektyw kamery na ścianę budynku i okolicę, filmując ślady krwi i dziury po kulach. Nakręcił też powybijane okna. Budynek który obserwowali wyglądał na opuszczony, po przeciwnej stronie ulicy zebrało się kilku gapiów, obserwowali z niesmakiem reporterów. Cierpieli podczas tej wojny, obawiali się aby jakaś zbłąkana kula czy granat ich sięgnął. Żeby jakiś amerykański żołnierz ich nie pobił. A ich domy? Zniszczone, poranione seriami z karabinów, popsute mury, ulice. Mieszkali w brudnych domach do których dostawały się myszy i szczury. W wielu mieszkaniach było zimno gdyż brakowało szyb w oknach. A tacy oto dziennikarze przyjeżdżają, filmują i mieszkają w hotelach. Czasem dadzą dziecku jakąś czekoladę i to wszystko. A kiedy któryś z nich zostanie poszkodowany robią wielkie afery, zwiększa się patrole wojskowe. A gdy giną oni, to stają się tylko liczbą, kolejna statystyką w mediach. Dziesięciu zabitych, szesnastu martwych i tak dalej.
To samo żołnierze, z gniewem na nich spoglądali. Uważają się za tych lepszych, sądzą iż mogą pobić kogoś bo wygląda podejrzenie, iż mogą go upokorzyć każąc się rozebrać, i to na oczach innych. Potrafią zmieszać godność człowieka z błotem. Gapie patrzyli tylko gniewnym spojrzeniem, nie kryjąc swego smutku i złości.
– Patrz kurwa filmują plamę krwi, i co to jest kolejny super news? – Pytał Piotr oparty o auto, wypuszczając siwy dym z ust.
– Taka ich praca, a nasza taka żeby chronić ich dupska – Odpowiedział Adrian i zmieniając temat dodał:
– Kamerzysta się teraz do was przesiądzie, bo ciasno w samochodzie.
– Taaa i nie możesz wymacać dziennikareczki – Zażartował Piotr, śmiejąc się.
Mężczyźni jeszcze chwilę postali, wymienili kilka uwag i żartów kiedy to ekipa telewizyjna zaczęła zwijać sprzęt i wsiadać do samochodów. Tadeusz Wilk poganiał kamerzystę mówiąc:
– Szybko, przed dziewiętnastą musimy być przed hotelem!
Po chwili wszyscy siedzieli w samochodach. Kamerzysta dla wygody przesiadł się do jeepa z żołnierzami, usiadł wygodnie z tyłu. Auta ruszyły przez kolejne uliczki między budynkami. Kierowca, Irakijczyk znający po części angielski zdawał się znać okolicę i wie jak się poruszać. Mówił coś o skrótach, że normalną drogą dotrą do hotelu za czterdzieści minut, a on zawiezie ich tam za dwadzieścia pięć. Dziennikarzom zależało na czasie więc zgodzili się na skrót. Było już trzydzieści minut po osiemnastej czasu polskiego, a więc czas gonił. Około 19.15 mieli wejść na żywo, Agnieszka miała prowadzić pierwszą wojenną korespondencję, także była trochę zdenerwowana. Przygotowywała się do tego reportażu, ma gotowy tekst który powtórzy. Miała nadzieję iż w ciągu najbliższych dziesięciu dni wydarzy się coś wartego wspomnienia w Faktach, aby znów mogła się pokazać. Ale już tak naprawdę bez gotowych tekstów, całkiem na żywo. Bo za te kilka dni musi wracać, tak zalecił jej lekarz. Jednak w tym kraju co dzień dochodzi do mniejszych czy większych potyczek, a więc myślała, iż nie będzie problemu z zareklamowaniem siebie.
Zbliżała się dziewiętnasta kiedy samochody nadal jeździły po ciemnych uliczkach Bagdadu. Niektóre były zbyt wąskie aby tam wjechać, inne były czymś zastawione i przejazd był niemożliwy. Na jednej leżał balkon który zawalił się na jezdnię z drugiego piętra.
– Niech pan znajdzie tą drogę, ma pan przecież mapę. Za chwilę musimy być przed hotelem! – Zdenerwowany tłumaczył po angielsku kierowcy Tadeusz, odwrócił się i mówiąc do koleżanki.
– Cholera by wzięła, dostaliśmy jakiegoś kretyna!
– Nic nie poradzisz, nie zdążymy na czas… – Odpowiedziała zawiedzona Agnieszka.
Samochody przejechawszy kilka kolejnych uliczek, zatrzymały się nagle.
– O kurwa… – Powiedział bardziej do siebie Tadeusz. Zaraz zwrócił się do kierowcy aby ten wyszedł i zapytał się tego dzieciaka którędy dojechać do hotelu, może będzie wiedział.
– To może tu zrobimy transmisję? Przy tych biednych dzieciach? – Wskazała na powiększającą się grupkę dzieci na ulicy przed nimi. Wilk zgodził się na taką ewentualność. Opuścili więc wszyscy samochody i zbliżali do kierowcy który tłumaczył coś dziecku. Jednak ono nic nie mówiło, stało tylko i wpatrywało się w niego. Grupka pozostałych dzieci zbliżała się do dziennikarzy i żołnierzy.
– On nic mówi – Powiedział słabym angielskim kierowca, kierując słowa do Tadeusza.
– Nieważne, tu kręcimy – Odpowiedział.
Żołnierze oparli się o maskę samochodu i obserwowali jak reporterka staje obok chłopaka, poprawia włosy i mówi przykładowe słowa do mikrofonu aby sprawdzić czy działa.

„Za chwilę połączymy się z naszymi specjalnymi wysłannikami w Bagdadzie. Agnieszka Wójcik przedstawi najnowsze informacje dotyczące wczorajszego zamachu”. Powiedział prezenter w studio starając wypaść wiarygodnie i przekonywująco. Dobrze znał tekst który powie jego koleżanka po fachu. Jednak dla widzów była to nowość, choć właściwie żadnych nowości nie przekaże. Tylko inaczej ułożone zdania, kilka pustych słów, nic więcej. Ot, taka dziennikarska pseudonowość.
Przed telewizorem zasiadał młody trzydziestoletni mężczyzna. Poprawiał ręką krótkie czarne włosy, a jego brązowe oczy skupione były na ekranie. Za chwilę na żywo z Iraku miała wejść jego żona, już nie raz widział ją w TV. Ale ten dzień jest dla niej wyjątkowy, dla niego też, gdyż martwił się o nią i co ważniejsze o małe dziecko w jej brzuchu. Ich pierwsze dziecko. I mimo iż przekonywał ją aby została w Polsce, nie chciała słuchać, uparła się na ten wyjazd. Rodzice powtarzali jej to samo:
– Aga czyś ty zwariowała, w ciąży na wojnę chcesz jechać?
Jednak ona mówiła tylko o szansie, o tym iż taki wyjazd się może nie powtórzyć. Poza tym będzie ochraniana przez żołnierzy i nic jej nie grozi. Choć gdy Polską wstrząsnął fakt iż w Iraku zostali zabici polscy dziennikarze, wyjazd tam nie był bezpieczny. A ona była taka uparta i stanowcza już od dzieciństwa, uparła się i wyjechała. Jej rodzice też siedzieli przed telewizorem i z zniecierpliwieniem czekali aż ich córka się pokaże. „Oby była cała i zdrowa, aby była żywa” – modlili się w duchu.
Na ekranie ukazał się krzywy obraz przesyłany z przewróconej kamery. Z początku nie bardzo wiedziano o co chodzi. Nie było słychać dźwięków, dziennikarze nie odpowiadali na wezwania kolegów w studio w Polsce.
– Co jest… – Powiedział jeden z pracowników, spojrzał pytająco na osoby obok i mówił dalej.
– Niech ktoś sprawdzi co się stało!
Mąż Agnieszki z zdziwieniem spoglądał przez kolejne sekundy na skrzywiony obraz. Nie wiedział co o tym myśleć, być może to jakaś awaria sprzętu czy coś takiego. Zdarzają się takie wypadki w telewizji. Rodzice dziennikarki z niepokojem oglądali, matka kobiety przerażonym głosem wypowiedziała:
– Boże kochany, żeby tylko nic się jej nie stało.
– Uspokój się, to pewnie tylko awaria sprzętu albo zerwało połączenie – Starał się uspokoić straszą kobietę jej mąż.
Na ekranie pojawiło się coś dziwnego, jakiś kształt, jakaś rzecz, dopiero po chwili wszyscy się zorientowali, iż to prawie do łokcia wyrwana ludzka ręka.
Palce leżały na jezdni, a z tyłu ręki wypływała czerwona plama krwi. Spod paznokci wystawały kawałki zakrwawionego mięsa. Wyglądało jakby właściciel ręki drapał nią kogoś, zanim zostało mu ona wyrwana.
– Jezu Chryste, dawać kurwa plansze z przerwanym połączeniem!!! – Krzyczał pracownik stacji telewizyjnej.
– Dawać tą pierdoloną planszę! – Nie przestawał krzyczeć. I już po chwili zamiast krwawiącej ręki pojawiła się czarna plansza i głos został oddany do studia:
– Nie zobaczymy relacji naszej reporterki, połączenie zostało przerwane, nie wiemy co było tego przyczyną. Spróbujemy się połączyć z Bagdadem za kilka minut.
Telewidzowie oglądali teraz dalej Fakty, zapomniawszy o tym co widzieli przed chwilą. Tylko kilka osób było zaniepokojonych, młody mężczyzna sięgał po telefon i dzwonił na specjalny numer podany mu przez żonę.
– Co się stało z przekazem – Mówił z niepokojem w głosie, lecz usłyszał tylko iż technicznych przyczyn transmisja została przerwana. To wszystko, nie uzyskał dokładnych informacji. Wybierał teraz kolejny numer…
Na jednym z ekranów w studio kilku pracowników stacji oglądało dalszy ciąg transmisji. Przed chwilą ktoś podniósł rękę i znów widać było tylko ścianę i jezdnie na której pozostała plama krwi. Po kilku kolejnych sekundach przed kamerą przebiegł ktoś, choć widać było tylko bose brudne stopy.
Pracownicy oglądali z zaciekawieniem i ze zdziwieniem relację, nie bardzo dowierzali temu co widzą, czyjaś ręka, krew, stopy, które wyglądały na stopy małego dziecka. Po chwili znów jakiś kształt przeleciał przed kamerą.
– Przewiń to… – Powiedział technik patrzący na przekaz.
Ktoś obok przewijał powoli obraz, w zwolnionym tempie cofały się klatki, nie czekając na polecenie, pracownik włączył „stop”.
– Boże………… – Wykrztusił z siebie technik. Cztery pozostałe osoby oglądające ten widok także nie wiedziały co powiedzieć, spoglądali na zastopowany obraz i relację na żywo na drugim telewizorze. Po chwili transmisja została przerwana, pojawiła się stopka która prawdopodobnie zadeptała obiektyw, a po chwili ukazał się napis „Połączenie zostało przerwane”.
– Niech ktoś zadzwoni po jakieś służby wojskowe! – Krzyczał technik.
– Pokażemy to w faktach wieczornych? – Zapytała jedna z osób.
Technik spojrzał się w oczy pytającego i z gniewem i zaskoczeniem na takie pytanie odpowiedział:
– Mam kurwa pokazać urwaną głowę naszego najlepszego reportera?! Mam pokazać głowę Tadeusza?!….
– Mam połączenie z służbami wojskowymi – Powiedział mężczyzna trzymający słuchawkę telefonu.

Ciemność okrywała pomieszczenie w którym słychać było szmery dochodzące spod ściany. Jakby ktoś lub coś próbowało się wydostać, wypełznąć na powierzchnię. Lecz nie potrafiło dać sobie rady… Ciche piski wydawane przez te istoty nasilały się. Kilka cichych odgłosów zakłócało spokój w ciemnym pomieszczeniu.
Naglę ciemność przeszła przegnana przez jasne świtało dobywające się z płomienia na czubku pochodni. Nieduży chłopak, nie przekraczający stu czterdziestu centymetrów, trzymał zapaloną pochodnię, oświetlając okolicę. Płomień odbijał się od jego oczu, które wpatrywały się w zdziwione i przerażone twarze kilku osób. Osób siedzących pod ścianą, nogi ich były związane. A ręce wysunięte ku górze obwiązane sznurem i zaczepione o wystające z ściany metalowe okrągłe uchwyty. Każdy z nich miał zawiązany na ustach knebel co uniemożliwiało im wydawanie zrozumiałych dźwięków. Oczy uwięzionych skupiały się na twarzy chłopca. Koszmarnej twarzy z krzywym, jakby nienaturalnym uśmiechem. Spod czerwonych warg wystawały czarne lecz w tej chwili splamione czerwienią zęby. Z ust spływały strugi śliny zmieszanej z krwią, plamiąc brodę i ubranie. Jednak chłopak się tym nie przejmował. Jego brudne podarte w wielu miejscach ubranie, ukazywało stare ślady skrzepłej krwi. Wyglądał niczym wiecznie głodny zombi który jest po sytym posiłku. Stał i z diabelskim uśmiechem wpatrywał się w cztery związane osoby.
Wśród nich była jedna kobieta z okazałym brzuchem, który zdradzał jej stan. Przeraźliwie wytrzeszczyła załzawione oczy, wpatrywała się wciąż w minę dziecka, która mogła zdradzać „Pożądam cię, pragnę cię, pragnę twego ciała”. Lecz nie w sensie erotycznym. Chłopak patrzył się na nią tak jak wilk wpatruje się w zająca który został zapędzony w ślepy zaułek…
Chłopiec odszedł pozostawiając za sobą ciemność która znów spowiła brudne pomieszczenie. W powietrzu unosił się zapach krwi i ludzkich nieczystości. Zapach brudu i rozkładających się zwłok. Z chwilą gdy nastała ciemność oczom kobiety ukazywały się koszmarne obrazy.
Dzieci zbliżają się, coraz szybciej i szybciej. Aż wreszcie rzucają się na nich wszystkich, na jej przyjaciela Tadeusza Wilka, na żołnierzy którzy popalali papierosy opierając się o maskę auta. Nie zdążyli nawet wyrzucić papierosów kiedy zostali powaleni na ziemię. Rzucili się na nią, na przewodnika i kamerzystę. Kątem oka widziała wylatujące w powietrze strugi krwi i wnętrzności. I tylko słyszała krzyki towarzyszy. Przeraźliwe krzyki, a po chwili jej głowa uderzyła o jezdnię. Była już tylko ciemność i spokój. Na wspomnienie tego poczuła jak krew znad skroni spływa po jej policzku…
Obok niej siedział związany kamerzysta i on pamięta co się stało. Upuścił kamerę i został przewrócony na ulicę, obok niego chmara dzieci wgryzała się w ciało przewodnika. Wydawał z siebie krzyki, a po chwili pluł już tylko krwią kiedy jeden z atakujących odgryzł mu język. Wyrwał wprost z gardła i połknął na jego oczach… Później jego pamięć się urwała i dopiero to miejsce…
Adrian nadal nie mógł uwierzyć w to co się stało, stał paląc papierosa, rozmawiał z Piotrem i Michałem. Nagle zauważył iż dzieci biegną na reporterów kilka metrów przed nimi, po chwili rzucają wszystkich na ziemię. Z ust wypada mu papieros ale nim zdążył się odwrócić jego głowa uderzyła w maskę auta wginając ją. Poczuł jak z nosa spływa mu krew oblewając samochód. Próbował jeszcze się rozejrzeć, kontem oka dostrzegł jak ktoś wyrywa Piotrowi rękę. Ten krzyczy przeraźliwie, inni rzucają się na jego ciało wgryzając się w tors, dziesiątki szczęk wyrywa mięso z jego brzucha. Jakaś dziewczynka odrzuca jego rękę i także pada przy jego głowie. Wsadza trzy palce w oczodół i wyjmuje oko jego kumpla. I bum, coś uderza w jego twarz, pamięta jak osuwa się na ziemię. Przez mgłę zobaczył Michała który leżąc przyjmuje kopniaki w twarz i brzuch.
Michał przywiązany jest tuż obok Adriana. Czuje w ustach jak dwa zęby poważnie zostały uszkodzone, ruszają się na wszystkie strony gdy dotyka je językiem. Pamięta tylko jak kilka dzieciaków zaczęło uderzać go po twarzy, po chwili padł na ziemię i widział tylko stopy zbliżające się do głowy.
Nos, usta, czoło. Bolesne uderzenia w klatkę piersiową i genitalia. Pamięta jak po kolejnym uderzeniu wypluł z ust krew razem z jednym zębem…
A potem to już tylko ta komnata, ta piwnica czy też jaskinia…

Do zamkniętego pokoju weszło dwóch ubranych w wojskowe mundury starszych mężczyzn około sześćdziesięciu lat. W niewielkim pokoiku czekał telewizor i magnetowid do niego podłączony, oraz cztery osoby z obsługi technicznej które widziały nagranie. A także dyrektor stacji telewizyjnej TVN.
– Włączacie kasetę – Powiedział rozkazującym tonem jeden z wojskowych. Wyglądał na generała lub kogoś takiego. Wszyscy w skupieniu oglądali relację, jedni już po raz drugi musieli patrzeć na to co przedstawiała kaseta. Po zakończeniu ten sam wojskowy powiedział stanowczym tonem:
– Bierzemy kasetę, jeśli macie to oddajcie też wszystkie jej kopie.
– Nie mamy kopii – Powiedział mężczyzna siedzący na krześle, jego mina zdradzała smutek i przygnębienie. W końcu na kasecie była oderwana głowa jednego z jego najlepszych przyjaciół. Ledwo powstrzymywał się od wybuchu gniewu, gdyby mógł to zaczął by niszczyć cały ten pokój.
– Dobrze, dla bezpieczeństwa cała wasza czwórka dostanie urlop na kilka dni – Mówiąc to wojskowy skierował spojrzenie na dyrektora stacji, który przytaknął jego słowom.
– I nikt ma nic nie mówić, cisza, jasne? – Dokończył.
– Inni pracownicy już coś podejrzewają, siedzimy w tym pokoju razem z panami i teraz dostaniemy wolne… – Mówił jeden z siedzących na krześle pracowników, lecz wojskowy nie pozwolił mu dokończyć. Raz jeszcze spojrzał w twarz dyrektorowi stacji i powiedział:
– Ma nie być w telewizji żadnych informacji, jeśli sprawa zostanie pomyślnie rozwiązana to może przekażemy mediom kilka informacji – Po tym zdaniu zabierając kasetę, opuścił pokój. Wyszedł razem z towarzyszem z budynku stacji wsiadając do czarnego auta. Na schodach minęli zdenerwowanego mężczyznę który szybko kierował się do środka.
Mężczyzna ów widząc wojskowych jeszcze bardziej podenerwował się „Co tu robi wojsko?” – pomyślał i szybko wbiegał na schody do wejścia, kierując się do recepcji.
– Gdzie mogę znaleźć Janusza Adamczewskiego? – Spytał podenerwowany młodą recepcjonistkę.
– Powinien być na siódmym, ale pan nie może tam wejść – Oznajmiła spokojnie dziewczyna.
– Nic mnie to nie obchodzi idę tam! – Powiedział podniesionym głosem, lecz nie uszedł daleko, bo tuż przy windzie zatrzymany został przez ochronę i wyprowadzony przed budynek.
– Zostawcie mnie! Musze z kimś porozmawiać. Puszczać kurwa!! – Krzyczał będąc wyprowadzanym przez dwóch dobrze zbudowanych ochraniarzy.
– Kurwa mać! – Powiedział stojąc obok swego samochodu. Wyciągnął z kieszeni spodni telefon komórkowy i począł wybierać numer. Po chwili usłyszał głos w telefonie:
– Słucham?
– Janusz, cholera widziałem Fakty, co się tam kurwa stało? Co z Agnieszką? – Pytał mężczyzna głośno oddychając. Starał się złapać powietrze aby się uspokoić, nie miał teraz szans aby dostać się do budynku.
– A skąd dzwonisz? – Zapytał głos w słuchawce.
– Jestem przed blokiem TVN. Ci cholerni ochroniarze wyprowadzili mnie gdy chciałem dostać się do ciebie – Odpowiedział.
– Dobra, zaraz zejdę do ciebie i pogadamy.
Mężczyzna rozłączył się i schował telefon, czekał przez kilka minut niecierpliwie na znajomego. Gdy już ten się zjawił, zaczął zasypywać go pytaniami:
– Co jest kurwa tam u was? Co moją żoną? A wojsko? Po co tu oni?
– Spokojnie Artur, nie powinienem ci mówić czegokolwiek… – Tłumaczył się mężczyzna.
– Weź mnie i ty nie denerwuj, chodzi o moją żonę, chcę coś kurwa wiedzieć!
– Cholera… Dobra posłuchaj, też jestem wkurwiony i to bardzo, ale tu ci nic nie powiem, możemy do ciebie pojechać, tam ci wyjaśnię co nieco? – Zaproponował Janusz, i oboje zaraz wsiedli do ciemnego Renault Talia które stało obok nich.

Około dwunastej w nocy dzwonek telefonu wyrwał ze snu jednego z żołnierzy. Sygnał rozbrzmiewał po raz trzeci, kiedy leniwym krokiem wstający z łóżka mężczyzna zbliżał się do aparatu. Przetarł oczy i ze zdziwieniem dostrzegł iż na telefonie miga czerwona dioda. Oznaczało to iż jest to bardzo ważny telefon. Jakby nagle orzeźwiony szybkim ruchem podniósł słuchawkę mówiąc:
– Sierżant Władysław Broniewski, słucham?
– Czy wiecie coś o zaginięciu polskich dziennikarzy? – Zapytał głos w słuchawce.
Źrenice sierżanta rozszerzyły się, nie miał pojęcia jak ta informacja mogła już dojść do polskich służb wojskowych. Przecież do nikogo nie dzwonił, nikogo o tym jeszcze nie powiadamiał. Właściwie to sam nie wiedział co się stało, jego żołnierze którzy mieli pilnować dziennikarzy się nie zgłaszali.
Owszem mieli zostać na noc, jednak mieli zadzwonić do bazy i powiedzieć jak się toczą sprawy.
– To znaczy nie, nie wiem, ale… – Próbował wyjaśnić coś sierżant.
– Czy zgłosili się polscy dziennikarze? Tadeusz Wilk i Agnieszka Wójcik, oraz ich kamerzysta Marek Andkowiak? – Męski poważny głos z słuchawki zadał kolejne pytanie.
Twarz sierżanta pobladła, to byli właśnie ci dziennikarze do których ochrony wysłał paru chłopaków, lecz nadal nie rozumiał dlaczego o tym nie wie. Tylko dzwoni do niego ktoś z polski.
– Tak i wysłałem do ich ochrony trzech chłopaków, nie odezwali się… – Tłumaczył sierżant zaspanym głosem.
– Musisz natychmiast rozpocząć akcje poszukiwawczą! Rano przyleci do was pułkownik Emil Bielik i przejmie dowodzenia nad akcją – Pewnie powiedział głos w telefonie.
– Tak zrozumiałem – Odpowiedział zmieszany sierżant, nie bardzo jeszcze wiedział co ma teraz zrobić, zbudzić wszystkich i zarządzić akcje poszukiwawczą? Czy może tylko powiadomić kilku ludzi o tym?
– Skontaktujcie się amerykanami, może oni coś wiedzą, bo to w ich strefie zaginęli dziennikarze, to wszystko dobrej nocy i do dzieła! – Po tym słowie rozmówca rozłączył się. Sierżant nie zdążył się pożegnać, jednak teraz nie miało to większego znaczenia. To co usłyszał było bardzo ważne. „Co teraz powinienem zrobić?” – pytał się w myślach. Strasznie bardzo chciało mu się spać, ale nie mógł teraz zasnąć. Musiał zadzwonić do bazy amerykanów.

Dochodziła dwudziesta druga w nocy czasu polskiego, kiedy dwoje kolegów nadal ze sobą rozmawiało. Artur poznał już całą historię, wiedział iż do polski został przesłany obraz głowy Tadeusza Wilka. On sam też go znał, może nie tak dobrze jak znajomy z którym rozmawiał, lecz znał i zdarzało mu się z nim pogadać. Informacja o jego śmierci jeszcze bardziej go przygnębiła, zdał sobie sprawę iż jego żona i nienarodzone dziecko mogą też już nie żyć.
Co prawda relacja nie ukazała martwej Agnieszki, ale to nie był żaden dowód, mogła zastać zabita kilka metrów od kamery, albo po jej uszkodzeniu.
W głowie pojawiały mu się miliony myśli, nie wiedział co powinien teraz zrobić, czy zadzwonić do teściów i powiedzieć im o tym? Czy lepiej ich nie martwić, szczególnie teściowej, ma słabe serce i może to się źle dla niej skończyć. Siedział i wpatrywał się w pustą butelkę po piwie stojącą na stole.
Naprzeciw niego siedział Janusz który także nic nie mówił i zagłębiał się w swoje myśli.
– Chcę tam pojechać…. – Powiedział cichym głosem, ledwo słyszalnym, on sam właściwie nie bardzo usłyszał to co przed chwilą powiedział.
– Co? – Zapytał wyrwany z zamyślenia Janusz.
– Mówię, że chcę pojechać do Iraku – Tym razem już głośniej i pewniej oznajmił.
– Oszalałeś?! – Ze zdziwieniem odezwał się Janusz, niedowierzając własnym uszom.
– Być może… Tam jest moja żona… – Tłumaczył.
– Nie chcę tego mówić, ale ona zapewne nie żyje, tak jak Tadek….. – Ze smutkiem odpowiedział, w oczach znów pojawiły mu się łzy, w trakcie rozmowy także płakał. Miał ku temu powody, Tadeusza znał wiele lat, znał jego, i jego żonę. A teraz wiedział iż nie żyje, wiedział ale nie mógł powiedzieć o tym jego żonie. Najgorsze jest to iż mieszka niedaleko rodziny Wilków. Magdę żonę Tadeusza widywał codziennie, jutro rano też ją zobaczy, a ona jak zwykle go spyta co u jej męża, jak sobie radzi. Zawsze gdy wyjeżdżał gdzieś na dłużej to pytała się go co u niego i tak dalej. A teraz co powie? Iż widział jak jego głowa toczy się po ulicy? Nie będzie umiał spojrzeć jej w oczy, od razu się domyśli iż coś jest nie tak. Zacznie się dopytywać, interesować i wreszcie wyciągnie z niego te informacje lub sama się domyśli. Zapewne popadnie w panikę, rozpłacze się. Nie chce być tym który jej to powie, poza tym nie może powiedzieć. Choć Arturowi powiedział, musiał się wygadać. Nie umiałby skłamać bliskiej osobie, Magdzie też nie będzie umiał skłamać. I to go właśnie przerażało.
– Nie mów tak! Chcę spróbować ją odnaleźć! – Kontynuował Artur. Nie chciał siedzieć tutaj w Polsce ze świadomością iż gdzieś tam na drugim końcu świata jego żona, dziecko, jego rodzina są w niebezpieczeństwie.
– Wojsko ich szuka, to ci nie wystarcza?
– Nic mnie wojsko nie obchodzi, widzisz jacy to skurwiele, nie chcą nic powiedzieć i mi ma to pasować?! – Z oburzeniem się wypowiedział.
– Kurwa mi też nie pasuje, ale to specjaliści. Zresztą co ci będę tłumaczył, wiesz jak jest – Z przygnębieniem podsumował.
– Pierdolę to! Wiem, że to szalone, ale muszę. Rozumiesz muszę, to taki instynkt, to taki obowiązek wobec bliskich!
– Masz rację, pierdolisz!
Artur nie wytrzymał zerwał się z fotela chwytając pustą butelkę po piwie, i całą siłą cisnął ją o ścianę. Butelka rozsypała się na drobne kawałki, szkoło się odbiło od ściany i rozleciało się po całym pokoju.
– Kurwa Artur, nie rób takich numerów, wiem zły jesteś ale… – Nie dokończył gdyż kolega mu przerwał:
– Tak! Jestem zły! Jestem kurwa bardzo wkurwiony, i nie będę czekał aż łaskawe wojsko zechce mi coś powiedzieć! Nie będę, jasne?! – Wykrzyczał to co miał na myśli, i głośno oddychając usiadł z powrotem na fotelu.
– Jutro rano przylatuje samolot z dwoma dziennikarzami z Polsatu i kilkoma innymi ludźmi. A o dziesiątej ten sam samolot odlatuje z powrotem… – Powiedział z wyrzutem sumienia Janusz. Wiedział iż ta informacja będzie jak zbawienie dla Artura, choć i tak nie będzie mógł się dostać na ten samolot. A to go jeszcze bardziej rozzłości. „I po cholerę ja mu to powiedziałem…” – pojawiało się w myślach Janusza.

W innej części pogrążonego w wojnie kraju, rozbrzmiewał telefon. Było piętnaście po dwunastej w nocy. Mężczyzna trzymający słuchawkę przy uchu i czekający aż ktoś z drugiej strony ją podniesie. Przypominał sobie podstawy języka angielskiego, nie był w tym najlepszy, lecz mniej więcej umiał się dogadać z Amerykanami.
– Słucham? – Powiedział do słuchawki amerykański żołnierz, mimo późnej pory był ubrany w wojskowy mundur i po oznaczeniach widać było iż ma jeden z wyższych stopni.
– Dzwonię z polskiej bazy Babilon – Powiedział mężczyzna starając się dobrze dobierać słowa.
– Już do mnie przed chwilą ktoś od was dzwonił, zaraz zaczniemy szukać tych waszych dziennikarzy – Odpowiedział Amerykanin.
– Aaa…. czy przysłać moich żołnierzy? – Zapytał.
– Nie trzeba, ale te wasze pomysły z szukaniem dziennikarzy w środku nocy są niedorzeczne – Odpowiedział z ignorancją Amerykanin.
– To nie był mój pomysł – Tłumaczył się sierżant.
Rozmowa trwała jeszcze chwilę, po czym Amerykanin oznajmił iż już wyjeżdżają na poszukiwania i musi skończyć. Władysław nie wiedział za bardzo co teraz ma zrobić, czy rozebrać się i iść spać czy też może wysłać jednak tam żołnierzy. „Cholera jasna już się w tym gubię!” – przemknęło przez jego myśli. Postanowił iż na razie nic nie będzie robił, ale nie pójdzie spać, Amerykanie mieli go powiadomić jeśli coś znajdą.
Do miasta wjeżdżały samochody oświetlając ulicę i zagłuszając ciszę. Wokoło było całkiem pusto, o tej porze wszyscy siedzieli w domach, panowała godzina policyjna więc nikt nie mógł o takich godzinach przechadzać się po ulicach. Hałasy i światła samochodów wzbudziły zainteresowanie kilku mieszkańców, którzy zapalili światło w mieszkaniach i wyglądali przez okno. Lecz spostrzegając iż są to pojazdy amerykańskiego wojska, szybko gasili światła. Jednak wielu z nich mimo ciemności wyglądała przez okno obserwując co się dzieje.
Samochodów było kilka, rozjeżdżały się w innych kierunkach, poruszając się po ulicach i mniejszych uliczkach. Wszędzie reakcje ludzi w domach były takie same. Żołnierzom także nie podobało się iż muszą szukać jakichś tam Polaków, ale skoro takie dostali rozkazy to muszą je wykonać. Dowódca im powiedział iż ta sprawa może mieć związek z zabitymi parę tygodni temu amerykańskimi żołnierzami. Mówił iż to zapewne ta sama grupa zabiła polskich dziennikarzy oraz żołnierzy. Jednak mimo i takiej mobilizacji, zaspanym żołnierzom nie bardzo chciało się szukać po mieście porzuconych pojazdów, o ile i tym razem takowe były.
Akcja przedłużała się o kolejne godziny nie przynosząc rezultatów, trudno było w nocy w dużym mieście natrafić na porzucone samochody. Tym bardziej iż mogło ich w ogóle nie być. Żołnierze z coraz większa niechęcią patrolowali ulice i uliczki…
O 5.30 czasu irackiego w namiocie polskiego sierżanta zadzwonił telefon. Ten wyrwany z lekkiego snu, przestraszył się trochę. Ale już po chwili zorientował się co zaszło. Telefon wydawał już trzeci sygnał, zerwał się z łóżka i odebrał.
– Znaleźliśmy dziennikarzy… – Powiedział głos w telefonie, dało się słyszeć iż nie brzmiał on optymistycznie. Miał taki ton jakim oznajmia się przez telefon iż ktoś z rodziny umarł.
– Rozumiem – Odpowiedział sierżant.
– Leci do was helikopter, zaraz powinien być – Oznajmił Amerykanin.
Sierżant potwierdził iż wszystko zrozumiał, wstał obmywając twarz zimną wodą. Był trochę zły na siebie iż nie udało mu się wytrzymać na posterunku, nawet nie wie kiedy zasnął. Ale po stanie w którym się znajdował, przeliczył iż spał nie więcej niż trzy godziny. Był zmęczony i senny, lecz to ważna misja i musiał dać radę.
Żołnierze z przerażeniem obserwowali makabryczne dzieło które ujrzeli. Kilku z nich znało już taki widok, w identycznym stanie znaleziono zwłoki jednego żołnierza amerykańskiego kilkanaście dni temu. A teraz ta sama osoba czy też grupa zaatakowała polskich dziennikarzy i żołnierzy.
Amerykański pułkownik dał znać iż mają przeszukać pobliskie domy. Choć już wcześniej przeszukiwali te domy. Zaledwie trzy ulice dalej znaleziono opuszczony samochód i zmasakrowane zwłoki żołnierza.
– Teraz macie dokładniej te domy przeszukać! – Rozkazał.
Żołnierze rozbiegli się, wbiegali do domów przerażonych mieszkańców, wyrzucali ich z łóżka. Sprawdzali każde pomieszczenie i piwnice. Każdy nawet najmniejszy zaułek i pokoik. Jeden z żołnierzy uderzył Irakijczyka który krzyczał coś do niego w swoim języku, teraz leżał w zakrwawionym nosem powstrzymując krwotok. Żołnierze nie zwracali uwagi na meble mieszkańców, nie patrzyli czy to dzieci czy dorośli. Wchodzili do pokojów, często wywarzając drzwi, przewracając meble.
Rozległy się strzały, na ziemię upadł podziurawiony starszy mężczyzna około pięćdziesiątego roku życia, miał na sobie koszulkę i majtki. Właśnie co wstawał z łóżka gdy żołnierz posłał w jego klatkę piersiową pięć kul. Zmylony iż Irakijczyk sięga broń z szuflady zastrzelił go. Ciało osunęło się po łóżku na podłogę i zalewało plamą krwi.
– Co się stało?- Za plecami żołnierza zapytał głos należący do starszego stopniem oficera.
– Myśl… myślałem, że sięga po broń… – Tłumaczył żołnierz widząc jaki błąd popełnił. Mężczyzna sięgał do szuflady stolika nocnego po okulary, nie było tam żadnej broni, nawet noża…
– Nieważne, szukaj dalej – Odpowiedział oficer, żołnierz skierował się do dalszych pokoi, a on tymczasem podszedł do leżącego ciała. Pokręcił głową, sięgnął okulary z otwartej szuflady, chowając je do kieszeni. Z drugiej wyciągnął mały pistolet i włożył w ręce martwego Irakijczyka.
Na miejscu znaleziska zjawił się polski sierżant z innym oficerem o wysokim stopniu. Powoli zbliżali się do dwóch samochodów, z daleka widać było tylko plamy krwi, na ulicy z bliska ujrzeli potworny widok.
– Boże…… – Wydusił z siebie sierżant widząc okrutnie zmasakrowane zwłoki trzech mężczyzn. Ciało Piotra pozbawione było ręki, w oczodołach brakowało oczu, brzuch był rozdarty, a wnętrzności wyprute. Na nogach brakowały mięsa, były to tylko zakrwawione kości na których w kilku miejscach było jeszcze trochę skóry. Zwłoki dziennikarza były w jeszcze gorszym stanie, brakowało głowy i rąk, brzuch tak samo rozpruty i pozbawiony wnętrzności. Ktoś wyrwał mężczyźnie genitalia. Kilka metrów od ciała leżała rozłupana głowa pozbawiona mózgu. Jakby ktoś celowo ją rozłupał i wypił z wnętrza mózg. Sierżant zakrył usta ręką, pobiegł szybko za róg domu i zwymiotował.
Trzecie zwłoki irackiego przewodnika także nie przedstawiały się lepiej. Leżały na brzuchu odsłaniając wygryzione pośladki. Wszędzie było pełno krwi.
Słońce wschodziło od kilku minut i do zwłok zaczynały zlatywać muchy, siadały na ciałach jedna z nich chodziła po oczodole żołnierza…

W ciemnej piwnicy gdzie przywiązane były cztery osoby słychać było ciche głosy żołnierzy którzy gdzieś wyżej parę pięter przeszukują domy, raz usłyszeli stłumione przez ściany strzały. Wszyscy przebudzeni próbowali jak najgłośniej warczeć i piszczeć aby dać o sobie znać. Lecz to nic nie dało, głosy żołnierzy były coraz dalej, aż wreszcie ucichły.
Do pomieszczenia weszło po kilku minutach paru chłopców i dziewcząt, parę osób trzymało zapalone pochodnie. Po chwili włożyli owe pochodnie w miejsca dla nich przeznaczone na ścianach. Teraz można było dostrzec całe pomieszczenie, było całkiem okazałe, ciągnęło się przynajmniej na 10-15 metrów o szerokości mniej więcej na metrów pięć. Na przeciwległej ścianie dwoje żołnierzy oraz dziennikarka i kamerzysta dostrzegli sporą kupkę kości. Nietrudno się było domyśleć iż są to ludzkie kości, było tam wiele czaszek, kości były świeże, na wielu z nich było jeszcze mięso i strzępy ubrań. W jeden z czaszek było oko które jakby wpatrywało się w osoby na przeciwko. Oprócz tego pomieszczenie było puste, tylko mała drabina na jednym z rogów prowadząca do góry. I oprócz drabiny, górki kości, żądnych krwi dzieci i czwórki zakładników pomieszczenie było całkiem puste…
Czwórka chłopców zbliżała się do zakładników, pozostali zostali na miejscach czekając aż oni kogoś wybiorą na danie. Uśmiechali się i wpatrywali we wszystkich, w pierwszej chwili skupili wzrok na ciężarnej kobiecie. Lecz jednak zdecydowali się zabrać kogoś innego. Zakładnicy poczęli się wyrywać widząc jak jeden z chłopców wyciąga nóż i rozcina sznur na rękach kamerzysty. Ten próbował się wyrwać, wydrzeć z uścisków małych morderców, jednak jego próby spełzły na niczym. Nie miał dość siły aby dać im radę. A oni ciągnęli go po podłodze jak martwe zwierzę, ciągnęli do swoich towarzyszy, a każdy z nich miał wielki uśmiech na twarzy. Nie mogli się doczekać aż zatopią zęby w nowej ofierze, wgryzą się w ciało, wyprują flaki i ze smakiem je zjedzą. Kamerzysta warczał i poruszał całym ciałem, dzieci otaczały go zasłaniając widok pozostałym przywiązanym do ściany.
Agnieszka i tak nie chciała patrzeć, zacisnęła oczy pełne łez i przechyliła głowę. Żołnierze ze strachem spojrzeli się po sobie, poczęli głośno i szybko oddychać i wyrywać się. Adrian poczuł iż metalowy pierścień do którego on jest przywiązany zaczyna się leciutko poruszać…
Mężczyzna nadal wyrywał się z uścisków małych dłoni które trzymały jego ciało. Jego oczom ukazywały się wygłodniałe twarze tych zdziczałych dzieci. Ich twarze zbliżały się coraz bliżej, jeden z nich zerwał z niego knebel, zaczął przeraźliwie krzyczeć:
– Nieee!!! Proszę nieee……..
A po chwili jego krzyk przybrał odgłos jęku i nieartykułowanych odgłosów. W jednej chwili dziesiątki szczęk zacisnęły się na jego ciele, na brzuchu, na nogach, rękach i głowie. Jedna z nich zacisnęła się na szyi wyrywając jabłko Adama, mężczyzna poczuł jak się dławi, jak krew spływa mu do ust. Fala krwi z jego gardła wyprysła z impetem na napastników, z ust dziecka wystawała zakrwawiona kulka z której ciągnęła się skóra splamiona spływającą krwią. Inne szczęki pochłaniały mięso na nogach i rękach obgryzając kości. Z ust dzieci spływała krew, a czarne zęby przybrały ciemnoczerwony kolor.
Usta ich pochylały się nad ciałem i znów odchylały w górę z płatami mięsa i skóry ociekających krwią. Mężczyzna wił się jeszcze ostatkami sił. Poczuł jak ręka wchodzi w jego brzuch i wyciąga jeden z organów, ciągnie przez całe wnętrzności i wyjmuje na zewnątrz. Kolejne ugryzienie spoczęło na jego sutku, wyrywając go całkiem. Krew wypływała prawie z każdego miejsca na ciele rozlewając się bo brudnej podłodze.
Ból pojawiał się w coraz to nowych miejscach na ciele, za każdym razem wydawał się silniejszy. Całe ciało biło jednym wielkim bólem który to uniemożliwiał myślenia o czymś innym…
Dzieci zaczęły wyszarpywać dłońmi mięso, sięgały do tułowia, wbijały ostre paznokcie i wyrywały płaty mięsa wkładając je do ust. Z dłoni spływała im krew, wielu z nich ze smakiem oblizywało palce. Dwie dłonie zacisnęły się na szczęce nieszczęśnika ciągnąc ją do góry. Po chwili z twarzy mężczyzny wyrwana została żuchwa wyciągając za sobą krew. Zęby zaciskały się na poszarpanych policzkach i odgryzały kolejne płaty skóry.
Mężczyzna jeszcze żył choć już nie wiedział w jaki sposób łapać powietrze, co chwilę na całym ciele powstawał nowy ból. Nie mógł już wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ręce i szczęki rozszarpywały jego ciało, doprowadzając go do konwulsji. Jedna ze szczęk zacisnęła się na jego członku, ostre zęby wbijały się w penisa odgryzając go. Ktoś inny rozpruł mu żołądek, na klatkę piersiową rozlała się żółto-brązowa jego zawartość.
Jeden z dzieciaków wyrwawszy rękę kamerzysty odsunął się na bok obgryzając ją dokładnie i zlizując spływającą krew. Mężczyzna już nie żył, umarł w ogromnym bólu i mękach. Jednak dzieciom to nie przeszkadzało, dalej wgryzały się w jego ciało. Wyrywali sobie z rąk płaty skóry i szybko połykali.
Jeden z chłopców zaczął uderzać głową o posadzkę, coraz mocniej, kości czaszki ustępowały i pękały. Inni rozdrapali gardło tak iż chłopak pociągnąwszy głowę wyrwał ją z korpusu zostawiając ścieżkę krwi. Również odszedł na bok i zaczął z całej siły uderzać ją o podłogę.
Scenę tą z obrzydzeniem obserwowali związani żołnierze. Dziecko wali głową jak kokosem aby dostać się do smakowitego wnętrza. Gdy już czaszka została rozłupana, chłopak sięgnął do szarego mózgu, wyciągnął go. Mózg spływał mu po rękach, lecz tym się nie przejmował, szybko przyłożył rękę do ust starannie zlizując pozostałości mózgu na niej. Przyuważyło go inne dziecko które sięgnęło po głowę mężczyzny, wyrywając ją odwrócili ją tak iż mózg zaczął wypływać na podłogę. Odrzuciwszy głowę rzucili się na ziemię i zlizywali resztki rozlanej zawartości. Inne dziecko wydłubało z głowy oczy i język zjadając je. Z reszty ciała niewiele zostało, było prawie doszczętnie zjedzone, z rozprutej klatki piersiowej dzieci wyciągały organy wewnętrzne. Serce, wątrobę, jelita. Nieważne, wszystko pochłaniali nie gryząc nawet pokarmu. Po chwili odwrócili ciało aby odsłonić plecy, zaraz zacisnęli szczęki na jędrnych pośladkach. Jeden z nich włożył palce do odbytu starając się wyrwać dla siebie cały pośladek. Inne dziecko wyrywało drugą rękę aby obgryźć jej resztki, to samo czynili z nogami. Czaszka po chwili wylądowała na kupce kości, zaraz do niej dołączyły pozostałe członki i kości.
Jeden z chłopców obgryzał palce zabitego, drugi wydarł płat skóry z pleców i zaczął zjadać go zachłannie.
Gdy ciało zostało prawie całkiem zjedzone, dzieci odrzuciły jego resztki do kąta z kośćmi, oblizując zakrwawione usta i ręce, wychodzili. Ostatni wzięli ze sobą pochodnie, wszyscy kierowali się po drabinie na górę. I już po chwili w pokoju zagościła ciemność i zapach krwi i wnętrzności pożartego człowieka. Żołnierze nadal nie wierzyli w to co przyszło im przed chwilą widzieć. Nietrudno się domyśleć iż to samo za jakiś czas spotka ich.
Adrian się otrząsnął i starał się wstać aby wyciągnąć obluzowany lekko metalowy pierścień. Agnieszka dopiero teraz otworzyła oczy, ale już nic oprócz ciemności nie dojrzała. Jedynie zarys postaci obok która próbuje wstać.

Pokazując palcem na jeden z samolotów na pasie startowym lotniska mężczyzna odezwał się mówiąc:
– To właśnie tamten samolot. – Nie był to jeden z tych wielkich pasażerskich olbrzymów, ot mały samolocik dla wybranych osób.
– Tylko jak my się tam dostaniemy… – Zapytał Artur, zapytał choć nie liczył, iż uzyska odpowiedź na to pytanie.
– Nie wiem… I nie wiem czy też chcę tam lecieć – Odpowiedział Janusz spuszczając głowę. Wczoraj w nocy dał się Arturowi namówić na ten wyjazd, dziś rano spotkali się na lotnisku i mieli obmyślić plan jak dostać na zakazany samolot do zakazanego jak na razie kraju.
– Cholera teraz to sprawdzają na tych lotniskach jakby każdy miał bombę w torbie – Zmienił temat rozmowy Janusz.
– Takie czasy, więc co proponujesz z tym samolotem? – Zapytał.
Janusz myślał o tym już od jakiegoś czasu, właściwie to całą noc się nad tym zastanawiał i nic co by wypaliło do głowy mu nie przyszło. Najpierw myślał aby przebrać się za personel samolotu, ale to odpadało. Od razu pozostała obsługa by ich poznała. Mogli się podać za dziennikarzy, ale też musieli by mieć zezwolenia na ten lot. A bez tego na żadne tłumaczenia i wyjaśnienia ich nie wpuszczą.
– Może po prostu się zapytamy kogoś kto będzie tam wsiadał, czy też możemy lecieć? – Odpowiedział, choć jak powtórzył to zdanie jeszcze raz w myślach to wydało mu się naprawdę bez sensowne.
– Pewnie, może od razu wyjdziemy na pas łapać okazję? – Ironicznie oznajmił Artur i dalej oddał się obmyślaniu.
– Nie mam pojęcia, to ty się uparłeś aby tam lecieć – Oświadczył.
– Dobra, widzę, że coś ci nie pasuje, sam mogę lecieć, ale powiedz mi to prosto w oczy iż nie chcesz. A nie jakieś podteksty i skojarzenia! – Gwałtownie rzucił słowa do kolegi.
Minuty mijały, była już dziewiąta rano czasu polskiego, za trzydzieści minut samolot miał odlecieć. A oni nadal nie mieli pomysłów jak się tam dostać. Wyszli na zewnątrz spacerując w pobliżu samolotu obok klapy lotniska. Kiedy dostrzegli idących w stronę maszyny kilku wojskowych, wśród nich był ten generał który wcześniej pouczał Janusza i jego znajomych po obejrzeniu makabrycznej kasety.
– Zobacz to jest ten generał co u nas był – Powiedział wskazując kilku wojskowych.
– Poznaję go, mijałem się z nim jak do ciebie szedłem – Odrzekł Artur.
– To teraz na pewno nas nie wpuszczą, ale choć zapytamy się go czy mają jakieś informacje – Zaproponował Janusz.
I tak też zrobili, szybkim krokiem zbliżali się do wojskowych którzy byli tuż przy samolocie. Generał dostrzegł zbliżających się mężczyzn, poznał iż jeden z nich to jeden z tych techników który dostał wolne i miał nic nie mówić.
– Przepraszam pana…! – Mówił zbliżając się do generała Janusz.
– Co tu robisz? – Zapytał obdarzając gniewnym wzrokiem oby dwóch mężczyzn, nie wiedząc na którego spojrzeć z większym oburzeniem.
– A pan kim jest? – Pytał patrząc Arturowi w oczy.
Zanim uzyskał odpowiedź, skinął ręką aby pozostali weszli do samolotu, a on za chwilę dołączy.
– Jestem mężem dziennikarki która zaginęła, znam historię kasety… – Odpowiedział próbując odwrócić wzrok. Generał spojrzał momentalnie na Janusza, prawie krzycząc wypowiedział:
– Co ty sobie wyobrażasz? Pieprzony dziennikarzyno!
– Przepraszam ale…… – Przerwał wypowiedź Janusza generał:
– Nieważne, co wy tu robicie? Spieprzać stąd albo każe was aresztować! – Mówiąc to skierował się do samolotu. Jednak Artur zatrzymał go pytaniem:
– Co wiecie o mojej żonie? I mów wszystko, bo inaczej film znów trafi do telewizji! Myślisz że nie mamy kopii? Wiesz jak ludzie zareagują jak się dowiedzą, że wojsko coś ukrywa?
Generał z wściekłością odwrócił się chwytając Artura za koszulkę mówiąc ze złością:
– Wy pierdoleni gnoje! Mnie chcecie szantażować?! Wy… – W pół słowa przerwał mu Artur odpychając go od siebie:
– My chcemy się tylko czegoś dowiedzieć. Ja chcę o mojej żonie. Czy ona nie żyje?
Generał rozejrzał się dookoła, i nie zmieniając tonu głosu odpowiedział:
– Dobrze… O twojej żonie nic nie wiemy, Tadeusz Wilk jak wiecie nie żyje, nie żyje też iracki przewodnik, oraz jeden z żołnierzy który razem z dwoma innymi ochraniał między innymi pańską żonę. Nie wiemy co się dzieje z resztą. Nic więcej wam nie powiem. Tylko jeśli ten film się ukaże w jakichś wiadomościach, możecie być pewni iż pójdziecie siedzieć!
– Nie ukaże się bo nie mamy kopii… – Odpowiedział Artur, w jego oczach pojawiła się iskierka nadziei, iż jeżeli nie było jej wśród zabitych to może jeszcze żyje. To zwiększyło tylko jego chęć wyjechania do tego kraju.
Generał wsiadł do samolotu który po kilku minutach odleciał, a mężczyźni poszli do informacji o lotach.
– Przygadałeś mu. I co chcesz teraz zrobić? – Pytał zdumiony Janusz.
– Polecę tam…
– Przecież tam nie latają samoloty – Przerwał wypowiedź koledze.
– Wiem, ale latają do Syrii, polecę do Damaszku, a stamtąd spróbuje się dostać do Iraku. Jeśli chcesz to leć ze mną – Rzekł pewnie Artur. Miał trochę kasy więc mógł pozwolić sobie na podróż, tam może znajdzie jakichś przemytników i przekroczy granicę. Zobaczy na miejscu, tu i tak nie ułoży planu żadnego.
– I tak mam przymusowy urlop, poza tym sam lecieć nie powinieneś…
– Zatem lecimy – Mówiąc to uśmiechnął się, choć nie był to szczery uśmiech, kryły się pod nim obawy. Mężczyźni skierowali się do informacji o lotach, w okienku siedziała młoda, dwudziestoparoletnia recepcjonistka.
– Do Damaszku, już sprawdzam – Po chwili dokończyła z uśmiechem:
– Ooo, ma pan szczęście, za trzy godziny.
– Dziękuję – Odpowiedział Artur, kierując się do okienka w którym zakupi bilety…

Po południu w bazie Babilon lądował helikopter. Kilkanaście metrów przed nim stał sierżant i wyczekiwał wylądowania maszyny. Po kilku minutach wyszło z niej trzech oficerów wojskowych, co prawda spodziewał się tylko jednego pułkownika ale nie zdziwiła go obecność dwóch generałów.
Zasalutował i czekał aż do niego podejdą.
– Spocznij sierżancie, to jest pułkownik Emil Bielik – Mówił generał wskazując dobrze zbudowanego mężczyznę obok siebie.
– To on teraz przejmuje sprawę – Dokończył.
– Tak jest – Odpowiedział sierżant, będąc nawet zadowolony z takiego wyjścia, to co zobaczył przerosło jego wyobrażenia i wolał już nie mieć nic wspólnego z tą sprawą.
– Dobrze, pokaż z czym mamy do czynienia – Zwrócił się generał.
Sierżant wskazał palcem ciężarówkę kilkanaście metrów dalej, to właśnie tam w foliowych workach znajdywały się trzy zmasakrowane ciała. Cała czwórka spokojnym krokiem zbliżała się do samochodu. Gdy już doszli na miejsce, weszli do tyłu auta. Nie było tam zbyt wiele miejsca aby stanąć prosto, dlatego wszyscy byli trochę pochyleni.
Sierżant kucnął przy jednym z worków i rozpiął go.
– Jezu…. – Wydarło się z ust generała.
Sierżant tylko spojrzał na niego wzrokiem który mówił „A za chwilę będzie gorzej”. Zapiął worek poczym pokazał ciała w pozostałych, oficerowie szybko opuścili naczepę auta, idąc do namiotu sierżanta.
– Znacie personalia tych osób? – Zapytał pułkownik.
Sierżant począł przeglądać kilka kartek na biurku kiedy sięgnął po jedną i odczytał jej zawartość, znajdowały się tam imiona zabitych.
– Dziennikarz z TVN, Tadeusz Wilk, jeden z naszych żołnierzy Piotr Spółkowki, oraz iracki przewodnik Abdal Hasan – Po chwili dodał z gniewem:
– Te skurwysyny nawet swojego nie oszczędzili!
Generałowie i pułkownik przez chwilą mówili coś ciszej do siebie, naradzali się tak aby sierżant ich nie słyszał. Poczym generał odpowiedział:
– Przeprowadzicie sekcje tych zwłok, a potem powiadomicie rodziny zabitych. Po sekcji zwłoki spalicie i przekażecie rodziną prochy zabitych, powiecie iż to ze względów bezpieczeństwa – Rozejrzał się dookoła i dokończył:
– Teraz zostawiam pułkownika Emila Bielika, a ja razem z generałem lecę do amerykanów – Po czym dwóch generałów wróciło do helikoptera który po kilku minutach wystartował. Pułkownik zaczął zadawać pytania:
– A zatem czy żołnierze coś znaleźli w okolicach popełnienia morderstw?
– Nic, szukali w domach i nic nie było… – Odrzekł spuszczając głowę.
– A kanały, szukano w kanałach pod miastem? – Zapytał pułkownik wyjmując z kieszeni paczkę papierosów.
Sierżant zdziwiony pytaniem podniósł głowę i począł tłumaczyć:
– Chyba nie, zresztą to Amerykanie przeszukiwali…
– Rozumiem, wybierz kilku dobrych żołnierzy i niech się zgłoszą do mnie tutaj – Oznajmił wydychając dym, usiadł na krześle przed biurkiem, przeglądał kilka papierów po czym powiedział:
– I zabierzcie te zwłoki do lekarzy, niech przeprowadzą sekcję.
Sierżant opuścił namiot będąc trochę zdenerwowany, nie podobało mu się iż jest traktowany jak chłopiec na posyłki „Znajdź żołnierzy, przyślij ich do mnie, co on sobie wyobraża” – pomyślał i skierował się do namiotów gdzie przebywali żołnierze.
Nakazał kilku z nich odprowadzić ciężarówkę pod namiot lekarski i zanieść tam ciała. Wybrał też kilkunastu innych i szedł z nimi do swojego namiotu, jeśli to jeszcze był jego namiot. Pułkownik wyszedł na zewnątrz, przyjrzał się chłopakom i powiedział:
– I pasuje, za godzinę polecicie helikopterem do Bagdadu, polecę z wami, przeszukamy tam kanały i okolice gdzie popełniono morderstwa – Po czym zwrócił się do sierżanta:
– A pan sierżancie, cóż, przejmuję pański namiot, proszę zabrać swoje rzeczy i uporządkować biurko pod moją nieobecność.
Sierżant ze złością odpowiedział „Tak jest”, chociaż najchętniej wykopał by tego Emila stąd, przyjeżdża i zaczyna mu rozkazywać, nie podobało mu się to. Ale musiał wykonywać jego polecenia, inaczej mogli go wysłać w jeszcze gorsze miejsce. Do jakiejś jednostki wojskowej gdzieś na zadupiu w Polsce, a tego nie chciał. Także musiał być posłuszny…

Na klapie lotniska wylądował właśnie samolot pasażerski. Z jego wnętrza wychodzili ludzie, wśród nich dwóch obcokrajowców z Polski. Nie obłożeni torbami, każdy z nich trzymał jedynie małą torbę podróżną. Gdy opuścili teren lotniska skierowali się do postoju taksówek. Jeden z mężczyzn pytał kilku kierowców czy znają angielski. Niektórzy z nich reagowali pokręceniem głowy iż kompletnie nie wiedzą co się do nich mówi. Inni odpowiadali coś w swoim języku niezrozumiałym dla przyjezdnych.
– No pięknie, teraz będziemy szukać taksówkarza który zna angielski – Z smutkiem zauważył Janusz.
– Spokojnie, prędzej czy później się z jakimś dogadamy – Oznajmił bardziej chętny do poszukiwań Artur.
Dalej pytali się kierowców aż wreszcie jeden z nich im odpowiedział, nie był to może super angielski, ale na tyle zrozumiały, iż można było się porozumieć.
– Niech nas pan zawiezie do jakiegoś pobliskiego hotelu – Powiedział Artur siadając na tylnym siedzeniu obok kolegi.
– Oczywiście – Odpowiedział kierowca, mężczyzna w średnim wieku, łysiejący w kolorowej koszuli. W aucie czuć było lekki zapach potu i alkoholu, jednak kierowca nie wyglądał na pijanego. „Może po pracy wypija piwko” – pomyślał Artur i przyglądał się obrazom przepływającym za oknem.
Nadal nie wiedział co tu dalej zrobić, ale postanowił iż jutro z rana coś wymyśli…
– Przepraszam, wie pan gdzie można zakupić mapę kraju? – Zapytał taksówkarza który skupiał się na jeździe, po chwili zastanowienia odpowiedział:
– Mogę się zatrzymać przy jakimś sklepie i zobaczyć.
– Bylibyśmy wdzięczni… – Oznajmił Artur, i znów zapadła cisza. Auto poruszało się dalej, wtem kierowca stanął, wskazał na sklep po lewej mówiąc iż tam mogą być jakieś mapy. Reklama sklepu nie wiele mówiła Arturowi, wszystko było w nieznanym mu języku. Poprosił więc kierowcę aby zobaczył czy są tam mapy. Kierowca wziął od podróżnych kilka dolarów i po chwili wrócił z mapą kraju z mapą Syrii.
– A panowie to w jakim celu tu przyjechali? – Zapytał przyglądając się uważnie mężczyznom, nie dostrzegł jednak oznak bogactwa. Koledzy popatrzyli po sobie i Artur niepewnie odpowiedział.
– Tak właściwie to chcemy się dostać do Iraku…
– Do Iraku, panowie dziennikarze? – Zapytał kierowca, jakby nie pierwszy raz słyszał taką odpowiedź.
– Tak, tak dziennikarze, właściwie to bardziej łowcy unikalnych zdjęć – Odpowiedział dotychczas milczący Janusz.
– A u panów to sprzętów nie widzę… – Odrzekał kierowca znów przyglądając się swym pasażerom.
Mężczyźni nie wiedzieli co mają odpowiedzieć, Janusz właśnie się zorientował iż palnął bezmyślnie z tymi „łowcami unikalnych zdjęć”.
– Panowie mi na fotografów nie wyglądają – Odpowiedział kierowca po uważnym przyjrzeniu się mężczyznom.
– Ma pan rację nie jesteśmy fotografami, ale chcemy się dostać do Iraku – Powiedział Artur, i coraz mniej podobał mu się kierowca, za bardzo się przyglądał i coś zaczyna zadawać za dużo pytań.
Taksówkarz rozejrzał się dookoła i zwrócił się mówiąc cicho do pasażerów:
– Nie obchodzi mnie po co chcecie jechać do Iraku, wielu tu takich się zjawia, znam kogoś kto może wam pomóc się dostać do tego kraju.
Artur z Januszem popatrzyli sobie w oczy, nie spodziewali się takiej propozycji, i woleli podchodzić do niej z ostrożnością. Równie dobrze kierowca mógł chcieć z nich wyciągnąć pieniądze.
– Ile to kosztuje? – Zapytał jednak Artur.
– Pięć tysięcy dolarów – Odpowiedział, po czym dodał patrząc w oczy Arturowi:
– Pięć tysięcy od osoby.
– A jaką mamy pewność iż to nie jest oszustwo? – Zapytał.
– Nie macie, jednak tu jest wielu takich co wyciągną od was kasę za obietnice dostania się do Iraku, więc jak panowie? – Odpowiedział taksówkarz z uśmiechem.
– Powiedzmy, że się zgadzamy, jak nas tam przewieziesz? – Pytał dalej Artur.
– Ja was tam nie przewiozę, znam kogoś kto może to zrobić, mogę się z nim skontaktować – Wyjaśniał taksówkarz.
– No dobrze i kiedy ten ktoś mógłby nas przewieźć? – Dopytywał się zainteresowany Artur.
– Nie wiem, z nim byście musieli się dogadać.
Artur skierował się do Janusza, wymienili kilka zdań po polsku. Janusz nie bardzo ufał kierowcy, jednak Artur był uparty, chciał się dostać do Iraku, i błędem byłoby nie skorzystać z sytuacji jeśli taka się nadarza. Po tej rozmowie zgodził się na propozycję taksówkarza. Ten zawiózł ich do hotelu mówiąc iż za parę godzin przyjdzie do nich człowiek który pomoże im się przedostać za granicę.
Hotel nie był najgorszy, całkiem przyjemny i przestronny. Artur z Januszem wynajęli jeden dwuosobowy pokój aby nie przepłacać. Na miejscu zaznali dwa wygodne łóżka, co było najważniejsze. Zadbaną łazienkę, a nawet w pokoju był telewizor. Choć mały był z niego pożytek, oprócz trzech krajowych programów nic innego nie było, a i te programy pozostawiały wiele do życzenia. Mężczyźni zamówili obiad, a następnie rozmawiali na temat tego wyjazdu. Janusz nadal nie mógł uwierzyć iż dał się na to namówić, wczoraj o tej porze siedział w stacji TVN. A dziś siedzi w pokoju hotelowym w jasnozielonej barwie gdzieś w Damaszku w Syrii, tyle kilometrów od Polski…
Popołudnie minęło spokojnie, na rozmowach i rozmyślaniach o tym co dalej. Gdy nadszedł wieczór, około godziny dwudziestej pierwszej rozległo się pukanie do pokoju.
– Kto tam? – Odpowiedział Janusz szukający czegoś w TV.
– Ktoś kto może wam pomóc – Odpowiedział męski głos za drzwiami, Janusz zawołał Artura i otworzyli drzwi. Do pokoju wszedł młody mężczyzna około trzydziestego roku życia, miał wąsy i ubrany był w ciemną kurtkę i spodnie. Kazał mężczyznom usiąść na łóżku rozejrzał się po pokoju, po czym stanął przed nimi wyciągając broń.
– Mówcie kim jesteście i po co chcecie dostać się do Iraku? – Zapytał po czym kazał pokazać paszporty, Janusz ostrożnie wstał, podszedł do torby i wyjął powoli z nich dwa dokumenty kładąc je na stoliku jak kazał osobnik z bronią. Mężczyzna ten przyjrzał się dokładnie paszportom po czym raz jeszcze zapytał:
– Więc kim jesteście i po chcecie tam jechać?
– Jesteśmy Polakami z Polski, jak pan widzi na paszportach, chcemy się dostać do Iraku bo moja żona ma tam kłopoty. Chcę jej pomóc – Tłumaczył Artur, mężczyzna z bronią nadal pytał.
– Pomóc? Chyba żartujesz, kim jest twoja żona?
– Jest dziennikarką i została porwana! – Rzekł z gniewem.
– A ty po co chcesz jechać? – Zwrócił się do Janusza.
– Ja jestem z nim, chcę mu pomóc, poza tym jego żona to moja przyjaciółka – Odpowiedział denerwując się.
– Nie wyglądacie na szpiegów czy policję, boicie się i to przemawia na waszą korzyść – Zaśmiał się mężczyzna, po czym mówił dalej:
– Za dziesięć tysięcy dolarów zostaniecie zawiezieni do Iraku za pięć dni – Rzekł mężczyzna.
– A nie da się szybciej? – Zapytał Artur. Mężczyzna zamyślił się chwilę po czym powiedział.
– Hmm….. Jak zapłacicie piętnaście tysięcy to może uda się was dziś tam przewieść.
– Zapłacimy piętnaście tysięcy! – Powiedział stanowczo Artur.
Mężczyzna wyciągnął telefon komórkowy i odbył krótką rozmowę, po paru minutach schował telefon i zwrócił się do Polaków.
– Zatem weźcie pieniądze, paszporty, załóżcie kurki i chodźcie ze mną – Oznajmił mężczyzna chowając broń z powrotem do ciemniej skórzanej kurtki.
Janusz i Artur zgodzili się na ten plan, założyli kurtki i wyszli razem z mężczyzną. Wsiedli do samochodu i razem z nim odjechali. Choć nie dawało im spokoju iż tak łatwo to wszystko idzie. W głowie kłębiły się im różne podejrzane myśli…

Od kilku godzin zmęczony żołnierz próbował obluzować metalowy zaczep przytwierdzony do ściany. Wcześniej podniósł się z ziemi i na stojąco odwrócony tyłem do ściany z związanymi rękoma próbował go wyrwać. Wyczuł iż jest coraz bliżej celu, zardzewiały pierścień ruszał się o wiele bardziej niż wcześniej. Co mu dawało nadzieję iż wkrótce zostanie wyrwany. Musiał się spieszyć, nie wiedział która jest godzina ani nawet jaka jest pora dnia. Także nie wiedział kiedy mogą zjawić się te małe potwory. Michał przez pewien czas także próbował obluzować zaczep, lecz jego był zbyt mocno przytwierdzony aby dało się coś z nim zrobić. Dlatego zrezygnował, to zresztą nie miało znaczenia czy i on wyrwie swój zaczep, bo jeżeli Adrian się uwolni to jego jak i dziennikarkę rozwiąże.

– I jak poszukiwania? – Zapytał sierżant pułkownika który właśnie wrócił akcji poszukiwawczej. Na twarzy Emila nie widać było radości, raczej przygnębienie i zmęczenie. Przez cały dzień razem z innymi żołnierzami przeszukiwał stolicę Iraku w poszukiwaniu kolegów i dziennikarzy.
On i jego ekipa przejrzeli dokładnie każdy dom w okolicy kilometra od miejsca gdzie znaleziono zwłoki Polaków i parę ulic dalej gdzie wcześniej były w ten sam sposób zmasakrowane zwłoki Amerykanina. Jednak w domach, a co ważniejsze w piwnicach nie natrafiono na żadne ślady. Nawet nie wiedziano czego szukać. Od lekarzy w trakcie poszukiwań dowiedział się, iż zwłoki prawdopodobnie zostały rozszarpane przez jakieś stworzenie. Z śladów zębów wynikałoby, iż tego czynu dopuścił się człowiek. A właściwie dziecko, na ciałach były ślady wielu szczęk, co dawało przypuszczenia, iż w morderstwie brało udział kilka, jeśli nie więcej, osób. Lekarz badający zwłoki gdy zauważył ślady szczęk, skontaktował się z amerykańskimi lekarzami, którzy wcześniej badali zwłoki swojego żołnierza. I oni potwierdzili jego odkrycie, na tamtych także znaleziono ślady małych ludzkich szczęk…
Pułkownik nie wiedział jak ma zareagować na takie informacje, miał szukać ludzi którzy zdolni byli by do rozszarpania i zjedzenia człowieka? I to jeszcze w tak okrutny sposób? „To nawet kanibale setki lat temu robili to delikatniej” kołatała myśl w jego głowie. Jednak żołnierzom nie powiedział nic o wiadomości dostanej od lekarzy. Sam za bardzo nie wierzył w taką możliwość, podejrzewał iż jeśli już miał ich ktoś zjeść to tylko jakieś bezpańskie psy tułające się po okolicach.
– Nie najlepiej… – Odpowiedział przygnębionym głosem. Przypominając sobie iż wysłał żołnierzy do przeszukania kanałów pod miastem. Znaleziono tam jedynie kilkunastu bezdomnych którzy zakwaterowali się w tym miejscu. To było nawet całkiem bezpieczne miejsce. Odkąd wybuchła wojna, można było tam się schronić i wielu mieszkańców skorzystało z tej możliwości. Lecz gdy działania wojenne ucichły, znów powrócili do swych domów, niektórzy jednak nie mieli już do czego wracać… Nocowali tam, a w ciągu dnia żebrali na ulicach. Wielu z nich było okaleczonych, żołnierze widzieli małe dziecko któremu brakowało nogi, wyglądało na nie więcej niż cztery lata. Patrzyło się swymi smutnymi oczyma na żołnierzy, było sparaliżowane strachem. Opiekująca się nim kobieta mówiła iż córeczka straciła nogę gdyż obok niej wybuchł domowej roboty ładunek wybuchowy. Który był skierowany na amerykańskich żołnierzy.
– Jutro też planujesz poszukiwania? – Zapytał niepewnie sierżant, nie darzył sympatią pułkownika ale też chciał wiedzieć jak się toczy sprawa.
Pułkownik nie miał pomysłu co ma odpowiedzieć, dziś cały dzień trwały poszukiwania i nic nie znaleziono. Oprócz jednego Irakijczyka który przechowywał w swym mieszkaniu broń, natychmiast go aresztowano i oddano w ręce Amerykanów. Oprócz tego nic więcej nie było, żadnych podejrzanych śladów, podziemnych przejść w piwnicach czy kanałach. Ani tym bardziej żadnych dziwnie zachowujących się ludzi – nie zauważono…
– Jutro przeszukamy dokładnie całe miasto, razem z amerykańskimi żołnierzami – Odpowiedział siadając na łóżku.

Mijały kolejne godziny prób wyrwania z ściany metalowej obręczy. Adrian był już bardzo blisko celu, czuł jak ten kawałek metalu daję za wygraną, jest bardzo obluzowany i jeszcze chwila, a uda mu się go wyrwać. Agnieszka z Michałem próbowali dojrzeć w ciemności jak radzi sobie z wyrywaniem pręta żołnierz. Lecz nie mogli wiele dostrzec, ciemność była na tyle gęsta, iż trudno było dojrzeć swoje nogi. Jednak wsłuchiwali się dokładnie w odgłosy. Czekali niecierpliwie, aż usłyszą jak kawał metalu zostaje wyrwany ze ściany, to też oznaczało wolność dla nich.
Przez kilka kolejnych minut Adrian zmagał się z obręczą, gdy wreszcie wyrwał ją ze ściany, i z impetem upadł na ziemię. W końcu jednak jest żołnierzem i potrafi wstać mimo, iż ma związane ręce i nogi. Po chwili udało mu się podnieść, oparł się o ścianę. Powoli posuwał się przed siebie. Nie wiedział nic przed sobą, i obawiał się potknięcia i wylądowania na kupce kości.
Szedł powoli coraz dalej, aż wreszcie dotarł do drabiny prowadzącej w górę, próbował o nią przedrzeć sznur krępujący jego dłonie. Drabina była metalowa, od dłuższego czasu zardzewiała. Więc miał nadzieję, iż uda mu się przeciąć więzy. Bardzo szybko tarł sznurem o drabinę w górę i w dół, czuł jak pot spływa po jego czole. Wcześniej tak bardzo się nie spocił, teraz jednak jak szalony próbował rozedrzeć sznur. Cały czas obawiał się iż ktoś może otworzyć klapę nad nim i wejść tutaj, gdyby teraz weszły dzieci było by po nim, nie miałby szans uciec ani też obronić się. Byłby skazany na pożarcie, a tego nie chciał i ta myśl dodawała mu sił i determinacji. Sznur powoli przecierał się, jednak Adrianowi trudno było się zorientować jak długo jeszcze potrwa to męczące zajęcie.
Po kilku minutach przerażony usłyszał kroki nad sobą, przestał poruszać dłońmi. Wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z góry, były to kroki, ktoś chodził tam wyżej, być może czegoś szukał albo co gorsza miał zamiar zejść na dół. Po chwili kroki ucichły tak jakby osoba z góry próbowała usłyszeć to co się dzieje tutaj. Przerażenie ogarniało Adriana, był zmęczony, szybko oddychał przez nos, bicie serca przyspieszało. Starał się jak najciszej oddychać, także zamarł w bezruchu. I tylko słuchał „Boże proszę cię, niech tylko tu nie zagląda” – myślał. „Proszę spraw aby już sobie poszedł” – prosił Boga w myślach. Po chwili ktoś ruszył się z miejsca, odchodził, powoli zachowując ciszę ale odchodził. Choć w głowie Adriana pojawiały się niepewności „A może tylko udaje iż odchodzi, sprawdza czy coś tu się dzieje?”. Nie był pewien czy może wrócić do zajęcia, ale nie mógł też w nieskończoność czekać, więc postanowił dalej próbować przetrzeć sznur.
Przez kolejne minuty tarł szybko więzy o drabinę, aż wreszcie poczuł jak sznurek na jego dłoniach rozrywa się. Ucieszył się ogromnie, od razu zdjął z ust knebel, i siadając zaczął rozwiązywać pętle na nogach. Były niestety porządnie związane, jednak udało mu się rozwiązać i nogi. Chwycił w dłoń metalowy pręt, uznał iż to będzie dobre narzędzie do obrony. Również powoli po ścianie wrócił do swych towarzyszy, uwalniając ich usta.
– Dzięki – Powiedział jego kolega, cichym głosem.
– Dziękuję – Odpowiedziała dziennikarka.
– Słuchajcie, spróbuję wyjść i zorientować się w jakim jesteśmy położeniu, rozejrzę się. A jak będzie bezpiecznie to wrócę i uwolnię was i spróbujemy się stąd wydostać – Oznajmił Adrian nachylając się nad pozostałymi.
– A nie możesz nas teraz rozwiązać? – Zapytała Agnieszka.
– To za długo potrwa, a tam może znajdę jakiś nóż – Odpowiedział.
– Dobra to idź i uważaj na siebie – Odrzekł Michał.
– Dzięki, zaraz wrócę – Mówiąc to znów poruszał się przy ścianie zbliżał się do drabiny. Gdy już dotarł na miejsce począł wsłuchiwać się czy nikt nie porusza się tam wyżej. Nic nie słyszał więc powoli wchodził na drabinę, będąc tuż przy włazie znów wsłuchiwał się, ale i tym razem żadne dźwięki nie dochodziły do jego uszu.
Powoli uchylał klapę, tak aby nie zrobić żadnego hałasu. Modlił się w myślach aby nie zaskrzypiała, lub nie upadła. Wcześniej wchodziły tędy te dzieci, jednak nie przypominał sobie czy zanim weszli słyszał skrzypienie czy też nie. Wkurzał się na siebie za to iż tego nie pamiętał. A klapa unosiła się coraz wyżej, ale i nad nią była ciemność. Nie można było dojrzeć czy ktoś jest gdzieś obok.
Mimo strachu i obawy iż zostanie zauważony, Adrian dalej uchylał klapę, była już w połowie otwarta. Żołnierz wspiął się na dwa kolejne szczeble drabiny i wystawił głowę nad otwór. Rozejrzał się dookoła, ale i to nie dało żadnych rezultatów, nic oprócz czerni nie dostrzegł. Dalej opuszczał powoli klapę, był w myślach zadowolony iż nie skrzypi czy też nie piszczy. Delikatnie opierał właz o podłogę, gdy już klapa spoczywała na ziemi, wszedł wyżej po drabinie, wyślizgnął się z pomieszczenia pod nim. Stał nad wlotem i oglądał całe górne pomieszczenie, nie bardzo wiedział jak ono jest wielkie. Nic nie było widać, zrobił jednak kilka kroków do przodu z wystawioną ręką. Tak było bezpieczniej, jeśli już miał w coś uderzyć to lepiej ręką niż głową. Starał się w ciemności wymacać jakiś kształt, ścianę albo kolejne przejście do innych pomieszczeń.
Ku zadowoleniu po chwili jego ręka dotknęła czegoś zimnego, z początku się przeraził, ale już po chwili zorientował się iż po prostu dotknął ściany.
Zrobił może z trzy metry od wlotu do pokoju na dole. Oparł się o ścianę i przemieszczał dalej, tak jak uprzednio. W jednej ręce zaciskał mocno metalowy przedmiot, a drogą rękę przesuwał po ścianie. W ten oto sposób małymi kroczkami poruszał się dalej, szukając jakiegoś wyjścia.
Po kilku krokach zdawało mu się iż usłyszał jakiś cichy dźwięk, jakby mruczenie kota…

– Jedziemy już cztery godziny – Powiedział zaniepokojony Artur do swego kompana. Miał powody aby się obawiać, jechał w ciężarówce którą prowadziło dwóch obcokrajowców. Kiedy razem z Januszem wsiadł do samochodu Araba, pojechali na przedmieścia, gdzie na jednym z podwórek do tejże ciężarówki kilku mężczyzn ładowało skrzynie. Mężczyzna który ich tu przywiózł wyszedł do nich. A Arturowi i Januszowi kazał siedzieć w samochodzie, rozmawiał przez chwilę z mężczyznami, pokazując im dolary dostane od Polaka. Zaśmiali się po czym mężczyzna otworzył jedną ze skrzyń. Wyjął z niej karabin i oglądał po czym schował go z powrotem do skrzyni i wrócił do auta.
Gdy tamci załadowali skrzynie, wrócili do mieszkania. Mężczyzna z którym rozmawiał, wszedł do ciężarówki siadając za kierownicą. Oczywiście nie obyło się bez pouczenia iż jeżeli ktoś się dowie o tym transporcie to zginą. Nie na darmo spisał adresy zamieszkania mężczyzn z ich dowodów osobistych, mówił:
– Ktokolwiek się o tym dowie, to my już tam w Polsce was załatwimy, a jak nie was to wasze rodziny. Żony, dzieci, nawet psa zabijemy!
Dopiero po tym zdaniu do Polaków dotarło w co się wpakowali, to nie są żadni mili panowie którzy za „drobną” opłatą przewiozą ich przez granicę.
To są niebezpieczni terroryści którzy za drobnostkę zarobili piętnaście tys. dolarów. Równie dobrze mogą na nich przetestować te karabiny w skrzyniach.
– Daleko jeszcze? – Zapytał niepewnie Artur, starając się brzmieć łagodnie.
– Za godzinę będziemy w Abu Kemal, to niedaleko granicy, stamtąd dostaniemy się do Al Qa’im, a to już w Iraku – Powiedział mężczyzna uśmiechając się.
– A potem? – Zapytał Janusz.
– Potem? – Mężczyzna odwrócił się do kierowcy, mówiąc mu coś w swoim języku, ten coś odpowiedział i się zaśmiał.
– Potem się zobaczy – Oznajmił mężczyzna.
Januszowi nazwa Al Qa’im kojarzyła się jako kres ich podróży, jako kres ich życia. Zaczął żałować, iż dał się namówić na tą wyprawę, nie był zadowolony z obrotu spraw. Nie chciał jednak aby Artur przyleciał tu sam, ale nie ma teraz zamiaru ginąć tu razem z nim. Ci mężczyźni wydawali mu się zbyt zadowoleni, i niewiadomo co mówili do siebie w swoim języku. Może wymieniali się pomysłami co z nimi z robią, może już planowali co zrobią z jego żoną. Zgwałcą i zamordują ją. To samo może spotkać jego ośmioletniego syna.
– Jadę zagranicę, do Brukseli jestem tam potrzebny – Przypomniał sobie jak skłamał żonie zanim przyjechał na lotnisko, mówił jaka to nagła sprawa wynikła iż musi kogoś zastąpić. A niedługo się szukuje ważna transmisja i ktoś musi się zająć sprzętem.
– Wrócę za pięć dni – Obiecał żonie, lecz teraz nie był pewien czy w ogóle wróci. Czy jeszcze zobaczy swego synka, czy go uściska, czy opowie coś na dobranoc. Czy go jeszcze zabierze do pracy… Być może zamiast niego w domu zjawią się Arabowie którzy powalą jego żonę na ziemię, i zaczną bić i gwałcić. Zedrą z niej ubranie i siłą wtargną do jej ciała. Widział w wyobraźni jak jeden z nich przystawia Joannie pistolet z tłumikiem do głowy. Ona krzyczy, prosi, ale oni nie reagują. Śmieją się i setki kropel krwi lądują na twarzy napastnika. A jego synek trzymany przez drugiego mężczyznę jest zmuszany do patrzenia na to. Do patrzenia na rozerwaną twarz matki, na dziurę z której sączy się krew. Wyobrażał sobie jak jego syn zostaje zmuszany do przyglądania się jak gwałcą jego matkę. A ona krzyczy wyrywa się, ale nie, Arab wpycha swego penisa w jej pochwę. A potem strzela jej w głowę.
Widział jak podrzynają gardło jego synowi, krew wypływa z szyi i martwe ciała upada… „A co jeśli dorwą moich rodziców?” – pomyślał, i starał się natychmiast wyrzucić z siebie te myśli, te wizje.
– Nie ma co się bać, zapłaciliście więc was dostarczymy do Iraku, nie zabijemy was bez powodu – Powiedział mężczyzna widząc zakłopotanie na twarzach pasażerów.
Lecz żaden z nich nie odpowiedział, nie byli pewni czy wierzyć w słowa takich ludzi…

Wsłuchiwał się przez pewien czas w odgłos dobiegający z ciemności, jednak po chwili dźwięk ten ucichł. Nie zastanawiając się szczególniej co to mogło być poruszał się dalej. Myślał iż to może świst powietrza, a więc w pobliżu powinno być gdzieś wyjście. Jednak stał się bardziej ostrożny, robił jeszcze mniejsze kroki i wolniej oddychał. Powoli łapał powietrze i wypuszczał. Zmierzał wzdłuż ściany, nadal mocno w dłoni ściskając metalowy pręt, stał się on prawie częścią jego ciała. W ciemności napotkał na przeszkodę, but dotknął czegoś. Przerażony cofnął nogę i raz jeszcze powoli posuwał do przodu, mogło mu się tylko wydawać, iż na coś natrafił. Jednak i tym razem but zatrzymał się na czymś. Znów cofnął nogę, i powoli zniżał dłoń ku podłodze, coraz niżej i niżej. Aż wreszcie poczuł w palcach coś miękkiego i włochatego. Odsunął szybko rękę z przerażenia. Począł szybciej oddychać. Rozglądał się dookoła, by po chwili skupić wzrok na tym czymś tuż przed nim. Przyglądał się, i widział tylko ciemność. Znów zaczął wsłuchiwać się w odgłosy, ponownie usłyszał ciche mruczenie. Wyostrzył jeszcze bardziej słuchał, przez chwilę pomyślał iż to może być dziki wielki kot który ma za zadanie pilnować tego miejsca. Przeraził się, chciał krzyczeć, powstrzymywał się w myślach.
Naglę usłyszał i poczuł świst powietrza tuż przed nim, nie zdążył się skupić, aż został powalony na ziemię. A w jego szyję ktoś się wgryzał, poczuł jak próbuje wyrwać mu skórę, jak krew spływa po jego karku. Po chwili dopiero ocknął się z transu przerażenia, zorientował się iż coś go przygniata i boleśnie gryzie. W pierwszej chwili pomyślał iż to ten tygrys którego chwilę temu sobie wyobrażał. Czuł jednak jak małe dłonie próbują trzymać go przy ziemi. To był jeden z tych krwiożerczych chłopców. Zaczął się wyrywać z jego uścisku. Z jego szczęk które właśnie wyrwały płat skóry z szyi, krew ochlapała twarz żołnierza.
Przypomniał sobie o trzymanym przedmiocie w ręce, wyrwał z uścisku swą dłoń i skierował metalowy pręt w głowę napastnika. Czuł jak narzędzie natrafia na głowę, lecz to nic nie dało, zwiększyło jeszcze agresję dziecka. Zaczęło wgryzać się w szyję żołnierza, który to już nie mógł wstrzymywać krzyku, zaciskał zęby i warczał cicho z bólu. Po raz kolejny wziął zamach i uderzył dziecko w głowę i następny raz, czuł jak krople krwi z poranionej głowy padają mu na twarz. Po paru kolejnych ciosach chłopak ześlizgnął się z ciała Adriana. Ten natychmiast wyczuł jego pozycję w ciemności i rzucił się na niego. Leżał na jego ciele, i próbował przyjąć pozycje siedzącą, czuł jak dziecko wyrywał się spod niego. Chwycił pręt w obie dłonie i z całej siły na ślepo uderzał przed siebie. Trafiał w twarz napastnika, krew pryskała w górę, krople zatrzymywały się na twarzy Adriana. Lecz nie przestawał, był w szale, uderzał kolejne razy w głowę, czasem trafiał w ziemię. Ciało pod nim się już nie ruszało, przestało też wydawać jakiekolwiek dźwięki. Ale on dalej uderzał, aż krew przestała chlapać na twarz. Wstał podtrzymując się ściany, i zaczął skakać po ciele chłopca, wgniatał ciężkie buty w jego klatkę piersiową. Słyszał jak kości gruchotały w wnętrzu dziecka, jak łamały mu się żebra. Gdy już się zmęczył, zaczął dalej szukać jakiegoś wyjścia z tego pomieszczenia. Kierował się dalej wzdłuż ściany kiedy to jego dłoń wsunęła się w otwór w murze. Zbliżył się do tego otworu i starał się zbadać jaki jest on duży. Dotykał na ślepo i zorientował się iż jest to jakaś rura, mniej więcej metrowej wysokości i szerokości.
Postanowił wślizgnąć się do niej, być może to właśnie było wyjście z tego miejsca. Będąc w środku na czworakach przemieszczał się dalej. Przed sobą widział tylko ciemność, nie można było dostrzec czy rura ma jakieś zakręty, przepaście i gdzie się kończy.

– Co to mogły być za hałasy? – Zapytała przerażona Agnieszka.
– Nie wiem, mnie też to niepokoi, może Adrian spotkał na drodze któregoś z tych… – Zakończył w połowie wypowiedzi nie wiedząc jak nazwać stwory które pożarły ludzi.
– Czy to są ludzie, Boże tak bardzo się boję… – Mówiła kobieta szlochając.
– Spokojnie, musimy czekać na Adriana – Starał się pocieszyć ją Marek.
– A jak nie wróci, jak go dopadli i rozszarpali jak pozostałych?
– Eeeeeech, musimy mieć nadzieję, iż tak się nie stało i nie stanie.
– Może i masz rację, przynajmniej jeden z nas się uwolnił, to dobry znak – Odpowiedziała dziennikarka płacząc cicho.
– W takich chwilach ludzie modlą się do Boga, proszą go o pomoc… – Począł tłumaczyć żołnierz, kiedy dziennikarka mu przerwała.
– W takich chwilach po modlitwach i prośbach ludzie zastanawiają się czy Bóg istnieje… – Oznajmiła smutnym tonem.
– I ty się właśnie zastanawiasz nad jego istnieniem? – Zapytał.
– Mam dwadzieścia dziewięć lat, od małego rodzice zabierali mnie do kościoła, modliłam się, spowiadałam, starałam się być dobra przez te lata. I teraz myślę, że modlitwa to ostatnia rzecz jaką zrobię. Nawet jeśli się stąd wydostane żywa, to do końca życia będą mnie męczyć koszmary i okropne myśli. Pewnie nie wrócę do normalnego życia. Nie będę umiała poradzić sobie z moim dzieckiem, to już nie będzie życie… I jeśli on by istniał to te dwadzieścia dziewięć lat modlitw i starań nie poszło by na marne… – Wyjaśniła Agnieszka, czując w sercu wielki żal i złość, do siebie jak i do istoty której przed chwilą się wyparła. Michał nie wiedział co ma odpowiedzieć. Zrozumiał właśnie, iż jego życie jeśli stąd wyjdzie także nie będzie już takie samo.
– Może lepiej skupmy się na tym co jest tu i teraz, to co być może jest tam po śmierci, zostawmy na później – Odpowiedział, nie zastanawiając się nad sensem swej wypowiedzi.
– Będąc tu i teraz jesteśmy cholernie blisko tego „tam po śmierci” – Oznajmiła dziewczyna, spuszczając głowę.
Zapadła cisza, Michał w myślach poganiał kolegę „Dalej Adrian, wracaj i uwolnij nas i spieprzajmy stąd!”. Agnieszka natomiast myślała o swym nienarodzonym dziecku o mężu, o tym jak on przyjmie informacje o jej śmierci. I o matce która na tą wieść może zasłabnąć i umrzeć. Rozpłakała się kolejny raz opierając głowę o zimną ścianę.

Samochód zatrzymał się na przedmieściach miasta Abu Kemal. Z ciężarówki wyszedł kierowca zmierzając do budynku przed którym stało kilka osób.
– Zostańcie tu – Powiedział mężczyzna siedzący na miejscu pasażera i także skierował się do grupki mężczyzn. Zaczęli rozmawiać w swoim języku.
– Myślisz że nas zabiją? – Zapytał Janusz.
– Nie mam pojęcia, nie wyglądają na zbyt miłych – Odpowiedział Artur patrząc w oczy koledze.
– Kurwa miłych? To są terroryści! Rozumiesz to? – Oznajmił trochę podniesionym głosem Janusz.
– A co nam pozostaje oprócz zaufania im? Tu prośby czy modlitwy nie pomogą – Rzekł, a w głosie jego słychać było niezadowolenie.
– Cholera wie gdzie oni nas wiozą! – Mówił podenerwowany Janusz.
– Oby do Iraku, chociaż powiem ci szczerze, iż miałeś rację, ten wyjazd to szaleństwo, nie przemyślałem tego – Powiedział Artur ze smutkiem.
– Noo szybko na to wpadłeś – Odpowiedział to takim tonem jakby obwiniał Artura o całą tą sytuację, o to, że dał się namówić.
Do drzwi samochodu podszedł mężczyzna mówiąc:
– Dobra, możecie wysiąść i odlać się tu gdzieś, za parę minut jedziemy dalej.
Polacy z ulgą opuścili auto, kierując się w róg pobliskiego budynku. Wypróżnienie było im potrzebne, jechali już kilka godzin w ciasnym aucie, teraz mogli skorzystać z toalety i wyprostować nogi. Kilku mężczyzn wyładowało z samochodu parę skrzyń. Po minutach Artur z Januszem wrócili do auta.
– To teraz do Iraku – Powiedział mężczyzna uśmiechając się do pasażerów.
– A tam już będziecie radzić sobie sami – Dokończył.
Ciężarówka ruszyła i dalej jechali po bocznych drogach których zapewne nawet nie ma na mapach.

Adrian dalej poruszał się na czworakach przez brudną rurę, gdy napotkał przed sobą przeszkodę. Nie było dalej żadnego przejścia, uderzył głową w ceglany murek.
– Kurwa mać – Przeklął po cichu.
Już chciał wracać gdy jednak pomyślał, iż może spróbuje wywarzyć cegły. Obrócił się i położył na plecach, przyłożył nogi do ceglanego murku. Odsunął w tył i mocno uderzył. Murek wysunął się i upadł na ziemię. Adrian zamilkł w bezruchu, odgłos upadających cegieł był dość głośny, obawiał się czy ktoś tego nie usłyszał i zaraz nie wpadnie tu. Jednak nie było słychać żadnych kroków, szybko więc wyczołgał się z rury, i rozglądał się po miejscu w którym się znalazł. Wokoło także była cisza i ciemność, ale po zapachu zorientował się iż znajduje się kanałach.
Nie było widać żadnej drogi, więc już postanowił poruszać się sprawdzonym sposobem wzdłuż ściany.

– Już go całkiem długo nie ma – Powiedział Michał bardziej do siebie niż to Agnieszki.
– I tak nie pozostaje nam nic innego jak czekać – Odpowiedziała dziennikarka urywając w ten sposób dalszą rozmowę.
Adrian poruszał się wzdłuż ściany gdy jego uszy wychwyciły dźwięki stóp zbliżające się z innej strony. Szybciej teraz poruszał się przy ścianie szukając miejsca gdzie mógłby się ukryć. Biegł odwracając się co jakiś czas. Zza rogu widział wynurzające się jasne światło. Był już całkiem daleko od miejsca z którego wyszedł, przynajmniej z pięćdziesiąt metrów. Kucnął i obserwował co się dzieje. Zauważył sylwetki dzieci które dotarłszy na miejsce z niepokojem oglądały odsłoniętą rurę. Popatrzyli na siebie, a kilku z nich z pochodniami skierowało się w stronę żołnierza, oświetlając odnogę kanałów. Pozostali po kolei wchodzili do rury.
Żołnierz z przerażeniem patrzył jak postacie zbliżają się do niego, nie chciał uciekać bo wtedy od razu by go usłyszeli. Siedział skulony, w nadziei, iż nie podejdą do niego, że zawrócą. Chłopacy zbliżali się i ich oczom ukazał się biegnący w ich stronę szczur. Uśmiechnęli się i poczęli biegnąć za zwierzęciem. Jeden z nich rzucił się na ziemię, łapiąc gryzonia za ogon, ten się wyrywał i próbował gryźć. Lecz już po chwili inne dziecko złapało szczura za głowę wgryzając się w jego ciało. Szczur jeszcze bardziej się wyrywał i piszczał. Po chwili szczęki zacisnęły się na jego głowie. Z tułowia wypływała krew. Dziecko wgryzało się w zwierzę po chwili wyrywając mu głowę i połykając. Szczur przestał się poruszać, pozostałych dwóch również zatopiło szczęki w szczurzym mięsie. Po kilku gryzach odrzucili zwierzaka i skierowali się do rury gdzie weszli wcześniej ich znajomi. Jeden z nich nie wziął odrzuconej na ziemię pochodni.
A kiedy tylko znikli w rurze, Adrian natychmiast ruszył ku zostawionej pochodni. Chwycił ją i biegł w miejsce skąd przybyły dzieci. Słyszał już jak wracają szybko idąc przez metalową rurę. Obejrzał się za siebie i zobaczył jak z niej wychodzi dwóch chłopców, jeden z nich trzymał pochodnie, po chwili za nimi wyszli kolejni. I od razu pobiegli za żołnierzem. Byli daleko od Adriana, ale już go dostrzegli, wiedzieli co się stało i biegli ile sił w nogach aby dogonić zbiega.
Adrian oświetlał drogę przed sobą, minął skręt w prawo i lewo, biegał cały czas prosto. Nie znał tych kanałów, rozglądał się tylko dookoła szukając wyjścia na powierzchnię. Głośno dyszał, oglądając się w tył, dzieci były coraz bliżej i wyglądały na bardzo zdenerwowane zaistniałą sytuacją.
Trudno było policzyć ilu ich biegło, z pięciu trzymało pochodnie, obok nich było kilku innych, także może z piętnastu ich wszystkich było.
Dostrzegł przed sobą drabinę prowadząca w górę i właz od kanałów. Odrzucił pochodnie i szybko wskoczył na nią posuwając się w górę.
Dzieci już także dobiegały do drabiny, pierwszy z nich skoczył za Adrianem i wchodził do góry. Żołnierz widział jak z dwa metry niżej jest już jedno z dzieci, był już przy włazie. Wystawił jedną rękę próbując podważyć właz. Dziecko już było przy jego nodze i zaczęło drapać. Adrian próbował strącić dziecko wymachując nogą, a jednocześnie próbując unieść właz. Poczuł jak ostre pazury wbijają się w jego nogę, jak dziecko zdejmuje mu but odrzucając gdzieś w dół. Obok niego pojawił się kolejny chłopiec który wbijał paznokcie w nogę żołnierza, ciągnął płaty skóry, krew spływała na jego twarz i innych w dole. Adrian krzyknął z bólu, teraz już mógł krzyczeć. Właz uniósł się lekko. Poczuł jak szczęki zaciskają się na jego nodze, wyrywając spory płat mięsa. Jeszcze głośniej krzyknął. I mocnym kopnięciem strącił jednego z chłopców, spadł na ziemię, ale od razu na drabinę wszedł następny.
Próbował strącić drugiego, ale tan wgryzł się w nogę żołnierza.
Właz był już wyżej uniesiony, Adrian próbował go teraz przesunąć tak by mógł wyjść. Silne pociągnięcie opuściło go dwa szczeble niżej, i kolejne pazury wbijały się w jego nogę, zdzierając skórę. Krzyknął i począł kopać po głowach drapiące go dzieci. Już prawie odsunął na tyle właz, iż mógł przez szczelinę się wyślizgnąć. Usłyszał jak kolejny chłopak spada uderzając głową o beton. Wszedł na szczeble wyżej i zaczął podciągać się na rękach.
Już prawie wyszedł, lecz nogi nadal były w kanałach, czuł jak spływa z nich krew i zwisa wydarta skóra. Kolejne drapnięcia, ale już zaparł się rękami i wyciągał w górę. Kolejnym kopnięciem posłał dziecko w dół. Wyszedł na zewnątrz, tu było znacznie jaśniej, księżyc i gwiazdy oświetlały okolicę. Szybko przesunął właz na swoje miejsce, jednak jedno z dzieci zdążyło wystawić głowę, szczerzyło swe zakrwawione zęby. Lecz uderzenie włazem posłało chłopca niżej. Żołnierz rozglądał się czy jest coś czym może przycisnąć właz, lecz nic takiego nie było. A z dołu ręce dzieci zaczęły wypychać właz. Wstał i skoczył na niego. Upadł na ziemię. Ból i rany w nogach uniemożliwiały mu utrzymanie się pionowo. Jednak nie dawał za wygraną, wstał raz jeszcze, ignorując ból w nogach pobiegł gdzieś przed siebie w boczne uliczki miasta. Dzieci już po chwili wyszły na zewnątrz. Od razu zauważyły po śladach krwi w którą stronę pobiegł żołnierz. Natychmiast rzuciły się w pogoń za nim.

Słońce leniwie wschodziło rozpraszając gęstą ciemność która obejmowała cały kraj. Ciężarówka zatrzymała się na pustej przestrzeni, w około były tylko jałowe pola, bez żadnej roślinności. Przed ciężarówką stał jeep, a przed nim mężczyzna wyczekujący ciężarówki.
– Wysiadać! – Powiedział rozkazującym tonem mężczyzna w samochodzie. Artur i Janusz nie stawiali sprzeciwu, opuścili spokojnie auto. Oboje mieli świadomość, iż takim ludziom nie powinno się przygadywać. A już na pewno nie powinno się protestować.
Mężczyzna wyciągnął ze schowka w ciężarówce karabin i kierując lufę broni na Polaków kazał im iść w stronę jeepa. Gdy już doszli na miejsce oznajmił spokojnym tonem:
– To już koniec waszej podróży – I razem z kolegom zaniósł się śmiechem.
– Zabijecie nas tutaj? – Zapytał się nieśmiało Artur, a jego głosie słychać było przerażenie.
– Nie zabijemy, chciałem powiedzieć, że to koniec waszej podróży ciężarówką – I znów wszyscy wybuchli śmiechem. Mężczyzna kierując na nich broń kazał im wsiadać do pojazdu.
– Co chcecie z nami zrobić? – Zapytał wystraszony Artur.
Mężczyzna popatrzył na znajomych po czym powiedział:
– Zamknij się i wsiadaj!
Uderzył kolbą broni w brzuch Artura, ten skulił się z bólu po czym został wepchnięty na tył samochodu. Janusz widział to wszystko i z przerażenia stał jak wryty, nie mógł się ruszyć. Mężczyzna kierował pistolet w jego stronę i kazał mu wsiadać. Lecz on się nie ruszał. Gdy odbezpieczył karabin, Janusz w mgnieniu oka rzucił się do ucieczki w puste pola. Biegł ile sił w nogach, kierowca jeepa który także trzymał broń wystrzelił w jego kierunku serię. Jednak kierowca ciężarówki powstrzymał kolegę przed dalszym strzelaniem, wskazał palcem na pobliskie pola, powiedział coś i oboje uśmiechnęli się. Przyglądali się tylko uciekającemu Januszowi przez puste piaskowe tereny. Biegł czasem odwracając się w tył, dziwiło go, iż nikt już nie strzela, a może to on już nie słyszy tych strzałów. Nie chciał się nad tym zastanawiać tylko biec jak najdalej. „Jezuuuu….. zostawiłem Artura” – pomyślał, ale szybko się otrząsnął i biegł dalej.
Mężczyźni przy autach jedynie się przyglądali, Artur z tyłu wozu także wyglądał przez okno obserwując uciekającego kolegę.
Janusz biegł, coraz głośniej dysząc i męcząc się. Po chwili usłyszał pod nogą cichy krótki odgłos, jakby tyknięcie. To trwało ułamek sekundy, ale odgłos ten zadudnił echem w jego głowie. Po chwili poczuł jak noga mu się nagrzewa, robi się strasznie gorąca.
„Buuum”, na pustkowiu pojawił się dym… Mężczyźni przy samochodach zaśmiali się głośno i zaczęli wsiadać do aut. Gdzieś tam kilkaset metrów w pustym polu leżały resztki które zostały z ciała Janusza. Kawałek ręki, nogi, tors z którego wypływały resztki poparzonych wnętrzności.
Rozerwane ciało rozleciało się na odległość dziesięciu metrów. Na zakrwawiony tors opadał piach wyrzucony w powietrze. Twarz Janusza zwrócona była na bok, oczy nie poruszały się już. Oddawały jedynie jego ostatnią myśl – „Mina”. Potem już nie było nic, czuł jeszcze ostatnimi resztkami świadomości jak podmuch rozrywa jego ciało. Zobaczył blask słońca, który wydał mu się jaśniejszy niż kiedykolwiek w życiu, stawał się coraz jaśniejszy. A po chwili biel rozpływała się i umarł…
Artur patrzył jak piasek osiada na ziemi, i już po chwili nie było śladu po tym co nastąpiło. Mężczyźni wsiedli do aut, ten którego poznał odwrócił się i powiedział:
– Twój przyjaciel już dobiegł do celu, ciebie spotka to samo.
Artur z łzami w oczach spoglądał w twarz terrorysty, na jego twarzy było jedynie rozbawienie i rutyna. Po tym zdaniu wszystko straciło sens, chciał wiedzieć tylko jedno:
– Dlaczego?
– To nie jest moja wojna, ja sprowadzam tym ludziom broń. Przewożę ludzi, was też bym przewiózł za kilka dni, chciałeś szybko, to teraz szybko zginiesz. To nie ode mnie zależy, za kilkanaście kilometrów kończy się moja podróż i wracam do Syrii. Irakijczyków pytaj dlaczego, im się nie podoba, że ktoś atakuje ich kraj. Zginiesz przez to, że twój kraj też bierze udział w ataku na Irak… – Po tym zdaniu mężczyzna zamilknął i przez resztę drogi nic nie mówił. Artur znienawidził polski rząd, to przez ich decyzję zginął Janusz, to przez ich pomysły zginie i on za kilkanaście kilometrów.
Wyglądał przez okno na ciągnące się pola i zapłakał opierając głowę o szybę…

Dzieci czekały na pozostałe w pomieszczeniu z zakładnikami. Trzymając pochodnie oświetlali całą przestrzeń, przyglądali się w puste miejsce gdzie powinien być jeden z żołnierzy. Jednak udało mu się uciec, część dzieci pobiegła go szukać. Po kilkunastu minutach gdy wróciły wszystkie, odkładając pochodnie zbliżały się do dwójki zakładników. Dziennikarka z wielkim strachem obserwowała jak są coraz bliżej. Była zła, iż Adrian nie uwolnił jej od razu tylko sam poszedł szukać wyjścia. Michał także nie był zadowolony z zaistniałej sytuacji, prosił w myślach „Adrian gdzie jesteś, wróć i zabij ich, proszę!”. Miał jednak świadomość, że te prośby są nadaremne.
Pomieszczenie nagle opanował przeraźliwy wrzask, to Agnieszka zaczęła krzyczeć w nadziei, iż może ktoś ją usłyszy. Tak się nie stało, jeden z chłopców silnym uderzeniem w głowę pozbawił ją przytomności. Głowa kobiety uderzyła o ścianę wydając stłumiony odgłos, a włosy jej zaczynały pokrywać się krwią. Michał także chciał krzyczeć, lecz gdy dostrzegł wzrok jednego z oprawców na sobie, zrezygnował z tego pomysłu. Chłopiec do niego podszedł zakładając mu z powrotem knebel. Michał w tej chwili myślał, iż zaraz odetną sznury i wyciągną go na środek gdzie rozerwą jego ciało tak jak zrobili to z kamerzystą. Nic takiego się nie stało. Napastnicy obrali inny cel, jeden z nich wyciągał nóż odcinając więzy dziennikarki. Następnie kilkoro dzieci chwyciło za jej nogi i ręce niosąc na środek pomieszczenia. Agnieszka nadal nie była przytomna gdy chłopiec z nożem rozcinał jej ubranie: bluzkę, a następnie przeciął stanik, odrzucając ubiór na kupkę kości. Odsłoniły się jędrne piersi kobiety, oraz nabrzmiały brzuch, na którym to skupiły wzrok dzieci. Po chwili część dzieciaków przytrzymywała członki kobiety przyciskając je do ziemi tak aby nie mogła się ruszyć.
Chłopiec przyłożył nóż do brzucha Agnieszki, delikatnie i powoli wsuwał ostrze w skórę. Z miejsca gdzie zagłębiało się w ciało wypłynęły wąskie strugi krwi, powoli spływały po okrągłym brzuchu. Chłopiec dalej przesuwał ostrze robiąc wąską ranę z której wypływała krew. Kobieta nadal nie odzyskała przytomności, lecz odczuwała zapewne ból. Źrenice pod zamkniętymi powiekami poruszały się szybciej i głowa obracała się z boku na bok.
Chłopak odłożył nóż patrząc jak krew spływa z rozciętej rany, spływa na boki oblewając brzuch i spadając na ziemię. Schylił głowę i zlizał krew wypełniającą ranę. Następnie do zrobionego otworu włożył dłonie. Zacisnął na płatach skóry i zaczął rozrywać ją robiąc większa dziurę. Kobietę przebudził pojawiający się okropny ból. Krzyknęła próbując wyrwać się z uścisków dzieci, jednak nie zdołała. Nabiegłe łzami oczy obserwowały jak skóra na brzuchu rozrywa się. Z poszarpanych boków spływa krew strumieniami. A on nie przestaje, siedzi na jej nogach z dłońmi we wnętrzu brzucha i dalej powiększa ranę. Krew oblewa delikatną tkankę macicy, spływa do wnętrza klatki piersiowej. Agnieszka wydaje z siebie kolejny przeraźliwie głośny krzyk. Szaleńczo kręcąc głową, którą opływa zimny pot, krople krwi wypływające z rany pod włosami pryskają na trzymające ją dzieci. Zabarwione na czerwień włosy wyrzucają z siebie krople krwi.
Jedno z dzieci podchodzi do wrzeszczącej kobiety i chwyta jej głowę, przytrzymując ją tak aby nie mogła krzyczeć i poruszać nią. Agnieszka próbuje się wyrywać, niestety bezskutecznie. Powoduje to dodatkowy ból rozprzestrzeniający się po całym ciele. Chłopak dalej powoli rozrywa skórę, brzuch jest całkiem zalany krwią, nie można odróżnić gdzie zaczynają się poszarpane boki. Rozdzierana skóra przechodzi przez włosy łonowe i sięga prawie pochwy kobiety. Chłopiec z zadowoleniem patrzy na zakrwawione ciało dziennikarki która jak opętana próbuje się wyrywać z uścisków. Oczy jej nabiegły krwią, a z kącików ust wypływa ślina.
Chłopiec nie przestaje jednak zadawać jej bólu, wkłada ręce do środka brzucha, dotyka rozwijający się płód. Agnieszka wydaje z siebie mruczące odgłosy próbując coś powiedzieć, krzyknąć, lecz silne ręce dziecka powstrzymują ją przed tym. Porusza klatką piersiową w górę i w dół próbując odciągnąć chłopca od jego zamiarów. Nie jest to skuteczne, chłopiec delikatnie dotyka płodu, chwytając go od spodu i powoli wyciągając nad rozdarty krwawiący brzuch. Z uśmiechem patrzy na niewyraźne kształty dostrzegalne przez tkankę. Małe rączki dotykają ścianek, tak jakby próbowały coś zrobić. Jakby sygnalizowały iż jeszcze nie chcą opuszczać brzucha matki. Agnieszka widzi wyciągnięty płód nad brzuch, cały we krwi, nie chce na to patrzeć, zamyka oczy i głośno warczy próbując otworzyć usta.
Oprawca zagłębia swe paznokcie w płodzie, próbuje przedrzeć się do środka do nienarodzonego dziecka. Wbija w delikatną tkankę sczerniałe zakrwawione paznokcie. Wbija powodując przerwanie osłony, szara woda sączy się z niewielkiej dziurki obmywając zakrwawiony płód. Chłopak głębiej wkłada palce powoli rozwierając ścianki macicy. Z rany wypływa woda w coraz większych ilościach, chłopak zagłębiając palce rozrywa tkankę, odsłaniając małe niemowlę. Agnieszka z bezradnością patrzy jak rączka jej dziecka wystaje z płodu, mała dłoń niewiele większa od palca próbuje zacisnąć się w pięść. Z oczu kobiety spływają strugi łez, spływają po policzkach na ziemię. Teraz już nie myśli o bólu który wypełnia całe jej ciało, tylko o dziecku które jest wyciągane z jej brzucha. Żywe niemowlę które próbuje coś zrobić, macha rączką jakby to mogło mu pomóc…
Chłopak dalej rozrywa osłonę, widać już drugą rączkę i wykrzywioną w bólu i płaczu twarz dziecka. Większość wody płodowej wyciekła już przez ranę.
Chłopiec sięga do wnętrza płodu, chwyta malutkiego człowieka i wyciąga go powoli z brzucha matki. Dziennikarka patrzy jak jej dziecko opuszcza jej ciało, jest związane jedynie pępowiną wystająca z brzucha malca. Mała postać macha rączkami i nóżkami na rękach chłopaka, porusza i płacze, przeraźliwie płacze. Spływają z niego resztki wody i krwi, chłopiec odwraca w rękach dziecko tak aby matka mogła spojrzeć mu w oczy. Agnieszka patrzy na zapłakaną twarz dziecka, zerka poniżej pępowiny, to dziewczynka. W oczach kobiety pojawia się chwilowa radość, przez chwilę zapomina gdzie jest co się jej stało, patrzy na coś tak wspaniałego i pięknego. Jej mała córeczka żyje tam i płacze, ale już po chwili myśli uderzają o rzeczywistość. Jej dziecko jest w rękach dzikiego chłopca który swymi brudnymi dłońmi dotyka jej, trzyma i uśmiecha się do niej.
Jedna z dziewczynek schyla się zaciskając zęby na pępowinie, odgryza kawał i połyka. Kolejna osoba chwyta za pępowinę wystającą z brzucha kobiety i ciągnie do siebie, jakby próbowało wyrwać korzeń silnie trzymający się drzewa. Wyrywa z rozerwanego brzucha pępowinę, z kawałkiem ciała, i szybko wkłada do ust.
Chłopiec na oczach matki dziecka, przyciąga płaczące niemowlę do siebie, uśmiecha się szeroko. Zbliża głowę dziewczynki do swojej, tak jakby chciało ją ucałować. Agnieszka z jeszcze większą zaciekłością próbuje wydostawać się z uścisków, warczy i wyrywa się szaleńczo. Chłopiec otwiera szeroko usta, wkłada do nich malutką rączkę dziewczynki. Po chwili zaciska szczęki odgryzając prawie całą ręką niemowlęcia. Z kikuta spływa krew. Z ust chłopaka także wypływa zmieszana z śliną. Agnieszka nie wytrzymuje, ostatnimi siłami wyrywa głowę z uścisku, wydając głośny przeraźliwy jęk.
– Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!! – Wydobywa się jej z ust, lecz tuż po tym na jej ciało rzucają się dzieci gryząc i wyrywając mięso. Próbują się dostać do brzucha kobiety, jedno z nich zagłębia głowę w rozdartym brzuchu i wyrywa w zębach kawał narządu.
Okaleczona dziewczynka jeszcze głośniej zaczyna płakać, machając kikutem chlapie krwią dookoła. Krople spadają na twarz chłopca który teraz do ust wsuwa nogę dziewczynki. Agnieszka w tłumie głów nie zbaczając na ból wywoływany ugryzieniami próbuje dostrzec swoje dziecko. Widzi kątem oka jak szczęki chłopca zaciskają się na nodze dziewczynki. Odgłos chrupnięcia i z resztki nogi niemowlaka wpływa struga krwi oblewając głowy tych którzy wgryzają się w ciało dziennikarki. Dziewczynka jeszcze żyje, wydaje z siebie przeraźliwie głośny krzyk, białka oczu jej stały się całkiem czerwone. Z ust i nosa wypływa krew, niemowlę spuszcza głowę wydając ostatnie tchnienie. Chłopiec wyrywa z jej ciała kawał tułowia i ze smakiem połyka. To już nie jest dziecko, z rąk chłopca zwisa kawał ciała z jedną nogą i ręką i opuszczona głową, martwe pogryzione ciało noworodka.
Agnieszka krzyczy okropnie głośno, chce umrzeć w tej chwili, zapomnieć o wszystkim na zawsze. Do jej ust ktoś wkłada rękę i wyrywa język. Na całym ciele czuje zęby małych dzieci. Nadal kątem oka spogląda na to jak jej córeczka zostaje zjadana. Ktoś chwyta jej głowę i zaczyna uderzać o twardą podłogę. Już nic nie widzi, dochodzą tylko co niektóre dźwięki i wspomnienia. Zamazane, zmieszane z marzeniami, widzi jak posyła swą córkę do szkoły, jak uczy, jak rozmawia z nią. Oko wypływa z oczodołu, gaśnie w nim życie…

Z samego rana do miasta wjechały samochody wojskowe. Poruszały się wolno głównymi ulicami, ludzie przestraszenie poczęli wchodzić do domów. Z głośników umieszczonych na dachach kilku samochodów po iracku płynęło zdanie „Nakazuje się cywilom wrócić do domów i nie utrudniać działań żołnierzom. Powtarzam…”. Ludność posłusznie wchodziła do domów, lecz znaleźli się i tacy co rzucali kamieniami w pojazdy wyzywając przy tym żołnierzy.
W jednym z jeepów jechał pułkownik Emil Bielik, obok niego siedział sierżant Władysław Broniewski.
– Czy te poszukiwania mają jakiś sens? – Zapytał sierżant nie kryjąc rozczarowania z zaistniałej sytuacji.
– Uważam, że mają! A ty nie jesteś tu zadawania takich pytań! – Odpowiedział rozkazująco pułkownik. Po chwili gwałtownie jego ciało i sierżanta pochyliło się w przód. Pułkownik uderzył głową o przednią szybkę, podnosząc się ze złością mówił:
– Jak jeździsz idioto!
– Przepraszam pułkowniku, ktoś wybiegł na drogę – Tłumaczył się kierowca, wskazując palcem osobę przed maskę. A stał tam poobdzierany, brudny i zakrwawiony młody mężczyzna.
– Kurwa mać, mieli się do domów pochować! – Podniesionym głosem oznajmił Emil.
– Panie pułkowniku on ma chyba polski mundur i…. – Przerwał kierowcy sierżant, mówiąc z entuzjazmem:
– Boże! To jest nasz żołnierz, Adrian nooo. Adrian Michalczewski!
Sierżant natychmiast opuścił pojazd dobiegając do żołnierza, powoli go objął i zaprowadził na tylne siedzenie. Kilku żołnierzy z innych aut po wysiadało i przyglądało się scenie. Władysław odwrócił się do nich i krzyknął:
– Sprowadźcie lekarza! Natychmiast!
Kilku żołnierzy się rozbiegło inni wzywali przez radio lekarza z pobliskiej amerykańskiej bazy.
– Boże…. Co ci się stało? – Pytał zaniepokojony sierżant, pułkownik przyglądał się z zaciekawieniem żołnierzowi, po czym zwrócił się do sierżanta:
– To jest jeden z tych zaginionych żołnierzy?
Ten pokiwał głową na znak iż „Tak”. Żołnierz prowadzący samochód, wyciągnął ze schowka apteczkę i podawał bandaż sierżantowi.
– Powiedz żołnierzu, jeśli możesz, co się stało? – Zapytał pułkownik. Adrian jeszcze nic nie powiedział, głośno oddychał, i zbierał słowa po czym przemówił:
– Nie czas na leczenie ran, szybko was zaprowadzę do tego miejsca… – Po czym odsunął od siebie bandażującego go sierżanta, i wyszedł z samochodu mówił przerażonym głosem:
– Dalej, chodźcie!
Pułkownik spojrzał w oczy sierżanta, nie był przekonany co do słów żołnierza, wydawało mu się iż pewnie bredzi. Że jest pod wpływem jakichś środków odurzających czy też narkotyków. Ale jednak wyszedł z samochodu zwracając się do żołnierzy, którzy zebrali się wokoło.
– Dobra, niech tu kilku przyjdzie!
Żołnierze rozejrzeli się po sobie, po czym pojedynczo wychodzili i zbliżali się do pułkownika. Inni mówili coś do siebie i wychodzili dwójkami. Gdy zebrało się około piętnastu, pułkownik głośniej powiedział:
– Starczy, reszta wracać do samochodów, a wy za mną.
Adrian patrzył się na grupkę ludzi zebranych wokoło samochodu. Każdy się mu przyglądał jakby był co najmniej upośledzony fizycznie, lub wręcz pochodził z innej planety. Obca istota która zjawiła się i czegoś żąda, a zaraz zostanie rozstrzelana przez zebraną grupkę żołnierzy.
– Adrian miałeś nas zaprowadzić do tego miejsca? – Powiedział spokojnie i życzliwie sierżant, Adrian spojrzał się na niego, po czym przytaknął i kulejąc poruszał się do przodu. Szedł wolno, cały czas przed oczami miał to miejsce, te sceny, ucieczkę. Pamiętał jak uciekał uliczkami i słyszał za sobą oddechy i kroki tych dzieci. Biegli za nim, byli blisko, kiedy dostrzegł wybite okno w domu, nie zastanawiając się wszedł do środka. Upadł na posadzkę i przykrył się kartonem leżącym obok, a innym kawałkiem zakrył niezdarnie okno. Po chwili usłyszał biegnące za ścianą dzieci, biegły dalej w uliczki.
Modlił się w tej chwili aby nie wróciły, nie spróbowały zajrzeć przez okno. Sam się bał wstać i zerkać przez luki w zakrytym oknie. Leżał przykryty kartonem i powoli oddychał, wsłuchując się w wszelkie odgłosy. Po około godzinie gdy słońce już wyszło, było jasno na zewnątrz usłyszał głos biegnący z głośnika. I hałas wydawany przez wojskowe samochody, szybko wyskoczył przez okno, zmierzając do źródeł dźwięków. Nie myśląc co robi wskoczył przed samochód. W tej chwili jeszcze nie doszedł do siebie, z godzinę może dwie temu siedział jeszcze w brudnym śmierdzącym pomieszczeniu pod ziemią. A jeszcze wcześniej oglądał krwawą rzeź przeprowadzoną na jednym z porwanych. A teraz prowadzi do tego miejsca grupkę żołnierzy. Nie bardzo wiedział czy dobrze idzie, było ciemno, on biegł nie zwracając uwagi na otoczenie. Ale mniej więcej pamięta gdzie była studzienka kanalizacyjna z której wychodził. Żołnierze idący za Adrianem, cicho do siebie mówili, usłyszeć można było poszczególne zdania.
„Ja go znam…”, „Ale on wygląda, pewnie się naćpał i go okradli”, „Zwariował…”, „Uważajmy kto wie czy nie podłożyli mu bomby i nie detonują zaraz”.
Grupa mijała mieszkanie w którym skrył się Adrian, poznał wybite okno, na ścianie były jeszcze ślady krwi które zostawił wchodząc do środka. Na szczęście biegnące dzieci w nocy tych śladów nie zauważyły.
Adrian wsparty na ramieniu sierżanta, prowadził pochód żołnierzy przez różne uliczki. Starał się odtworzyć przebytą drogą ostatniej nocy. „Chwila jak to było, wyszedłem z kanałów, biegłem prosto, potem w pierwszą uliczkę w lewo, potem gdy się skończyła też w lewo i tu wszedłem przez okno…” – układał w głowie mapę do kanałów.
Pułkownik nadal niedowierzał, iż coś wyjdzie z tego, ale można sprawdzić, być może natrafią na jakiś ślad. Choć był przekonany, że porywacze specjalnie go naćpali i wypuścili. Być może miał przekazać jakąś wiadomość, może właśnie miał ich gdzieś zaprowadzić. Sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Adrian stanął momentalnie. Patrzył się na właz kilkanaście metrów przed sobą, z jednej strony były jeszcze ślady krwi. Choć teraz już były zakurzone i ledwo widoczne. Odwrócił się do pułkownika i cichym głosem powiedział:
– To tam w kanałach, ale musimy wejść po cichu – Ostatnie słowo akcentując przez wypowiedzenie go najciszej. Pułkownik spojrzał na sierżanta, a zaraz potem odwrócił się do żołnierzy.
– Robimy tak, dwóch zostanie tutaj, dwóch stanie przy studzience i będzie obserwować co się dzieje wewnątrz, jak coś to wezwać posiłki. A reszta wchodzi – Gdy skończył, wybrał żołnierzy którzy mają zostać na miejscu i którzy mają stać przy wejściu do kanałów. Sierżantowi rozkazał także zostać na zewnątrz. Pozostali skierowali się do włazu. Dwóch żołnierzy chwyciło za właz i cicho odstawiło go na bok. Najpierw weszło trzech żołnierzy, za nimi Adrian, a po nim pułkownik i pozostali.
– Nie zapalajcie latarek – Powiedział cicho i z przerażeniem. Dostrzegł obok drabiny ślady krwi, pułkownik i reszta żołnierzy także je widziała.
Adrian wskazał ręką drogę i powili szedł pierwszy trzymając się ściany. Jeden z żołnierzy dał mu ręczny pistolet gdyby coś się miało stać.
Powoli zachowując ciszę wszyscy posuwali się do przodu. Gdy doszli do końca ściany i droga skręcała w prawo, Adrian dokładnie przyglądał się ścianie. Pukając w nią aby sprawdzić gdzie znajduje się przejście. Po chwili odgłos po puknięciu był inny, bardziej głęboki. Co znaczyło, iż za ścianą jest pomieszczenie. Dwóch żołnierzy próbowało w jakiś sposób wystawić kawałek ściany, tak jak to wytłumaczył Adrian. Po dotykaniu po omacku znaleźli szczeliny w które mogli włożyć palce. Powoli wysuwali kwadrat cegieł, nie był aż tak ciężki, jednak starali się to robić cicho. Gdy już uporali się z tym, odstawili kawałek ściany na bok. Oczom wszystkim ukazała się rura prowadząca w głąb ściany. Czuć z niej było nieprzyjemny odór rozkładających się ciał i krwi, oraz brudu. Żołnierze pojedynczo wchodzili do rury, dwóch z nich zostało przed nią aby w razie problemów mogli zadziałać. Adrian nie chciał już wchodzić do środka, powiedział tylko iż dojdą do małego pomieszczenia gdzie będzie jeszcze jeden właz prowadzący w dół. I to tam na dole był przetrzymywany razem z resztą. Powiedział też, iż w zejścia do podziemnej komnaty może pilnować ktoś. Kilku pierwszych żołnierzy zbliżało się do końca rury…

Samochód dojeżdżał do ciężarówki stojącej na poboczu. Opierało się o nią dwóch mężczyzn, widząc zbliżający się samochód, a zanim jadącą ciężarówkę, wstali szybko i wyglądali na gotowych do działania. Artur z przerażeniem patrzył na widok przed oknem, tu się kończy podróż mężczyzny który go przewoził. Jak do tej pory tylko on znał angielski, a teraz pozostanie w łasce tych terrorystów którzy walczą niby o dobro swego kraju. Pomyślał iż przez to, że wojska z Polski także walczą o dobro dla Iraku, on zginie. Zginie dla dobra obcego kraju, jego żona też zapewne zginęła dla dobra tego kraju. „A może chociaż ona przeżyje…” – myślał, choć nie wiedział jak to nazwać, ale czuł w głębi świadomości, iż ona straciła życie. A on zaraz do niej dołączy. Z tęsknotą wspominał piękne chwile życia, to jak z nią się spotykał jeszcze przed ślubem. Potem wspólne mieszkanie, wyjazdy, biwaki, rozmowy, seks. Te wszystkie miłe chwile, przypominał też sobie kłótnie i sprzeczki, nieporozumienia. Uśmiechnął się na myśl jak to jego związek się prawie rozpadł gdy Agnieszka podejrzewała go o zdradę. Później się z tego śmiali… Przypomniały się słowa Agnieszki, kiedy wróciła kilka miesięcy temu ze szpitala. Stanęła w drzwiach z łzami w oczach, w pierwszej chwili pomyślał, iż ma jakąś złą wiadomość, że jest chora. Iż ma raka, umiera… Wstał z fotela i przyglądał się jej z napięciem, ona powoli wydusiła z siebie trzy słowa „Jestem w ciąży”. Nagle serce zaczęło bić mu szybciej ze szczęścia, a nie niepewności. Rozpłakała się i rzuciła w ramiona. Czuł jej zapach, łzy które dotykały jego policzka, a potem pojechali do jej rodziców. I razem wszyscy się cieszyli z tej wiadomości, a dzień zakończył się upojną nocą w łóżku… Wspomnienia rozmazały się, gdy do uszu Artura doszły gniewne słowa.
– Wysiadaj!
Wysiadł przestraszony, widział jak część skrzyń z bronią jest ładowana na drugą ciężarówkę, podszedł do niego mężczyzna który tu go przywiózł. Nachylił twarz do ucha Artura i powiedział ze skruchą:
– Wybacz, śmierć twojego przyjaciela i twoja nie jest moim celem, ja tylko zarabiam na przewozie ludzi i broni. Niestety za bardzo się spieszyłeś, tu się rozstajemy. Zabrałem dokumenty twojego przyjaciela i twoje, spalę je dla bezpieczeństwa jego i twoich bliskich. Tyle mogę zrobić… A przy nich muszę grać wrednego skurwiela. Przepraszam i żegnam – Kończąc zdanie wsiadł do jeepa i z innym mężczyzną odjechał w powrotną drogę.
Arturowi wcale humor się po tym wyznaniu nie poprawił, nadal nienawidził tego mężczyzny, nie wierzył mu. Podniósł głowę, jego załzawione oczy odbijały promienie słońca, lśniąc bardzo jasno. Chciał coś zrobić, uciec, krzyczeć. Lecz do jego twarzy zbliżył się czarny przedmiot. Poczuł ból w nosie, krew zalewała górną wargę. Upadał na ziemię, patrząc na jasność która znikała pod zamykanymi powiekami.
Dwóch mężczyzn wzięło nieprzytomne ciało Polaka i wrzuciło do tyłu ciężarówki, jeden z mężczyzn wsiadł do tyłu, i zaczął związywać Artura. Samochód ruszył dalej, przed siebie, zostawiając tumany kurzu. Druga ciężarówka wypełniona bronią, jechała kawałek za pierwszą i skręciła w lewą stronę…

Dzieci nadal zajadały się ciałem martwej reporterki, tak jak zwykle, ten kto miał farta wyrwał kawałek ciała i zjadał go ze smakiem. Jedna z osób trzymała prawie ogołoconą z mięsa rękę, lecz nadal uporczywie wgryzała się w kość. Ktoś inny zajadał się udem martwej kobiety. Część osób nadal próbowała coś znaleźć we wnętrznościach, co chwilę sięgali rękoma do rozdartego brzucha, teraz to już nie było na nim skóry ani piersi. Wystawały tylko zakrwawione połamane żebra. Szyja nie była zakończona głową. Pewien chłopiec dokładnie skubał resztki skóry z żuchwy. Niektórzy przebierali w kupce kości jakichś resztek. Wzrok innych utkwił na ostatnim żywym zakładniku. Nikt nie zwracał uwagi na ciche szmery i odgłosy dochodzące z góry. Mlaskanie, łamanie kości także uciszało dochodzące dźwięki.
Jeden z żołnierzy przystawił głowę do klapy która prowadziła niżej, przysłuchiwał się, po chwili podniósł się unosząc kciuk w górę na znak, iż ktoś tam jest i „Wchodzimy”. Szybkim ruchem otworzył klapę i zsunął się po drabinie, za nim zrobiło to dwóch żołnierzy. A z rury wychodzili kolejni.
Ci co wpadli w osłupieniu przyglądali się dzieciom, pochodnie oświetlały pomieszczenie, brudne dzieci w obdartych ubraniach, trzymały w dłoniach kawałki ciała leżącego na ziemi. Żołnierzom trudno było ocenić czy to był mężczyzna czy kobieta. Z przerażeniem przyglądali się. Jeden z żołnierzy nie wytrzymał, odwrócił się i zwymiotował na ziemię.
Dzieci także ze zdziwieniem przyglądały się osobnikom którzy wpadli niespodziewanie, odrzucili trzymane narządy i członki ofiary.
Spoglądali na żołnierzy, z ust spływała im krew, a zaschnięte jej plamy były w całym pomieszczeniu, na ziemi, na ścianach, a nawet na suficie. Największa kilkumetrowa plama była na środku pomieszczenia, była gruba i wielka, na jej czele leżało ciało niegdyś kobiety. Gdy jeden z żołnierzy odwrócił się wymiotując, drugi mimowolnie na niego spojrzał. Wtedy dzieci rzuciły się na nich, dopadli do nich i poczęli wbijać ostre pazury w ich twarze, wydrapywać skórę. Jedno z dzieci wyciągało oko żołnierza. Zaczęli krzyczeć z bólu. Jeden z wojskowych powalony na ziemię zdążył chwycić karabin zanim rzuciło się na niego więcej dzieci. Bez przyglądania się, wystrzelił serię przed siebie, rozpruwając klatki piersiowe kilku napastnikom. Niektóre kule przebiły się na wylot, rozrywając skórę. Klatki piersiowe dzieci pokryły się krwią. Inny żołnierz próbował uczynić to samo, lecz ostre zęby zacisnęły się na jego gardle, z ust wypłynęła krew a źrenice przeszły w górę odsłaniając białka.
Żołnierz jeszcze posłał serie w dzieci, część z nich już do niego dobiegła, nawet co ci mieli rany, kule rozerwały im klatki piersiowe i ręce, a mimo to jakby nie czuły bólu, dalej próbowały dostać się do ofiary. Z góry wpadli kolejni żołnierze, widząc sytuację od razu zaczęli strzelać. Posyłając na ziemię zdziczałe dzieci, stworzenia. Kule przebijały ich czaszki, rozrywając głowy, kawałki kości i mózgi wylatywały w powietrze. Niektóre z impetem wpadały na ścianą i powoli spływały ku dołowi. Krew pryskała na żołnierzy, na ich twarze, pistolety, lufy były czerwone od niej. Jedna dziewczyna podeszła tuż pod lufę, żołnierz nie zastanawiając się wystrzelił, pociski rozerwały dziecko na pół. Z pleców i brzucha wyrywając kawały skóry i mięsa, oraz kości. Krew prysła na twarz żołnierza, parę kropli wpadło mu do oka, gdy próbował przetrzeć twarz, jedno z dzieci rzuciło się na niego. Żołnierz obok, widząc to wystrzelił serię w dziecko, nie zważał na to iż trafił kolegę, nabój przebijający głowę dziecka trafił w brzuch żołnierza. Inny trafił w jego szyję.
Ciała dzieci padały na ziemię, w powietrzu fruwały kawałki ich ciał, ich ręce, kawałki nóg. Mózgi i mięso opadały na ziemię, wydając charakterystyczne dźwięki. Do pomieszczenia wpadło dwóch kolejnych żołnierzy i oni zaczęli strzelać we wszystko co się rusza. Część kul omijała związanego Michała, niektóre trafiały dość blisko niego. Obok twarzy przeleciał mu pocisk, inny trafił w jego stopę rozrywając mu dwa palce. Kolejna kula przebiła brzuch Michała.
Dzieci było coraz mniej, z około trzydziestki zostało z czterech którzy jeszcze trzymali się na nogach i uporczywie próbowali dostać się do żołnierzy. Jednemu z nich brakowało ręki, z rany spływała krew, inny miał podziurawioną klatkę piersiową. Do sali wpadł jeszcze jeden żołnierz, było ich z 8-10 wszystkich, otworzyli ogień do tych stojących. Siła uderzania tylu pocisków rozerwała ciała dzieci na strzępy. W powietrze wyprysły strugi krwi, płaty skóry, mięsa, kości. Organy wewnętrzne, mózgi, wszystko to latało w powietrzu opadając po chwili na ziemię. Gdy już nic nie poruszało się na dwóch nogach, żołnierze odetchnęli, wokoło nich były resztki dzieci, kawałki nóg, rąk. Na ścianach, na suficie, na ich samych wszędzie. Większość ciał była zmasakrowana. Żołnierz dostrzegł iż coś się poruszyło, od razu zaczął strzelać, pozostali widząc to, także bez zastanowienia zaczęli strzelać w martwe rozerwane ciała. W powietrze znów wystrzeliły strugi krwi i mięsa. Po chwili żołnierze się uspokoili, dopiero teraz dostrzegli rannego kolegę przywiązanego do ściany. Był cały ochlapany krwią z brzucha wypływała mu struga krwi, choć trudno było poznać czy to jego krew czy ofiar.
Podeszli do niego odcinając go, zaraz potem do pomieszczenia wszedł pułkownik, zobaczył masakrę, martwe ciała dzieci, nie dało się poznać w tych resztkach ciała kobiety. A i kupka kości została rozgrzebana, z jego ust wydobyły się tylko dwa słowa:
– Mój Boże……… – Po czym pułkownik padł na kolana i nadal z niedowierzaniem przyglądał się pobojowisku, na głowę skapywała mu krew z sufitu.
Po chwili się otrząsnął i spojrzał na żołnierzy prowadzących rannego Michała, zwrócił się do nich:
– Wyprowadźcie go stąd……
Po kilku minutach wszyscy stali przed rurą, żołnierze którzy zostali na straży z niedowierzaniem przyglądali się zakrwawionym kolegom. Adrian spojrzał na wychodzącego pułkownika i wydusił z siebie:
– A kobieta, ta dziennikarka w ciąży?
Pułkownik nie wiedział co powiedzieć, rozglądał się po żołnierzach którzy byli tam w środku przed nim. Żaden z nich nie wiedział co powiedzieć. Kiedy ranny, zmęczony Michał podniósł głowę mówiąc ze smutkiem:
– Zjedli ją…… – Po czym stracił przytomność.
Po około dwóch godzinach przed wejściem do kanałów było pełno wojskowych, pułkownik rozmawiał z amerykańskim wojskowym. Żołnierze którzy byli sprawcami tej jatki, opowiadali swym kolegom jak to było, nie musieli dodawać barwnych szczegółów, to wszystko było zbyt barwne. Adrian siedział w ambulansie, był już opatrzony. Trzymał w ręce kanapkę i powoli ją spożywał, był strasznie głodny. Michała jak tylko wyciągnęli odwieźli do pobliskiego szpitala. Z tego co się dowiedział nie jest z nim źle, stracił dwa palce w lewej nodze, tak że kariera żołnierza dla niego się skończyła, a kula która utkwiła w brzuchu nie zrobiła wielkiego spustoszenia. Była to lżejsza rana postrzałowa, za kilka tygodni powinien być sprawny. Choć jego psychika tak jak psychika Adriana zapewne już nigdy nie będzie sprawna…

Obudził się, w twarzy nadal czuł ból, szczególnie w nosie, gdzie był najsilniejszy. Rozglądał się dookoła, lecz obrazy były zamazane, nieostre, słabo rozróżniał kształty i kolory. Dopiero po kilku chwilach wzrok dochodził do normy, zamazane kształty zaczęły przypominać ludzi. Mówili coś do siebie nie patrząc na niego. Słowa ich nie były zrozumiałe. Potrząsnął głową, i wyciągając rękę chciał obadać obolały nos. Lecz w tej chwili jedna z postaci odwróciła się do niego, przystawiając mu broń do głowy.
– Leż – Powiedział mężczyzna niewyraźnym angielskim.
Artur dopiero teraz zorientował się gdzie jest, wspomnienia układały się w całość. Wyjazd z Polski, terroryści, śmierć Janusza…
– Co ze mną zrobicie? – Zapytał nieśmiało, choć dało się wyczuć w głosie nienawiść.
– Cicho! – Powiedział ten sam mężczyzna i wrócił do rozmowy ze znajomym.
Samochód w którym leżał nie poruszał się. Zza zasłoniętej maty dochodziły niewielkie promienie słońca oświetlając tył ciężarówki. Twarze osób które go przetrzymywały były zasłonięte chustami, także widać było tylko oczy. Oboje wyglądali na silnych mężczyzn, przygotowanych na walkę z wrogiem z zachodu. W ręce trzymali karabiny i wyglądało jakby obmawiali jakiś plan.
Artur leżał przysłuchując się rozmowie, próbował wyłapać jakieś słowa, które mogły by go naprowadzić na trop dialogu. W pewnej momencie jeden z mężczyzn wskazał na niego, i zaczął coś drugiemu tłumaczyć. To mu wystarczyło, rozmawiali o nim…
Po kilkunastu minutach do ciężarówki wszedł trzeci mężczyzna, spojrzał na Artura po czym zwrócił się do kolegów. Jeden z nich po chwili wyszedł z tyłu samochodu. Wszedł do kabiny ciężarówki i wziął jakieś ubranie leżące na fotelu pasażera. Gdy wrócił podał strój mężczyźnie który zjawił się przed chwilą, ten już o wiele lepiej władał angielskim. Rzucił ubranie obok Polaka po czym powiedział.
– Przebieraj się, to amerykański mundur.
Artur nadal obolały, nie próbował sprzeciwić się rozkazowi, dwie lufy karabinów skierowanych na niego wystarczyły aby słuchał wszelkich rozkazów.
Zdjął koszulkę, buty i spodnie. Zaczął od zakładania spodni, były trochę za małe lecz nie tak bardzo aby nie mógł się w nie zmieść. Cisnęły go trochę.
Następnie założył buty, te też nie były idealne, ale też nie było najgorzej. Gdy chciał założyć koszulę, mężczyzna zabronił mu mówiąc:
– Wystarczy, zostań tak! – Po czym zwrócił się do pozostałych, jeden z nich wyciągnął z niewielkiej skrzyni ustawionej w kącie jakieś urządzenie. Wystawały z niego kabelki, sznurki… Mężczyzna ten podszedł z urządzeniem do Artura i począł montować je na jego klatce piersiowej. Przywiązał je sznurkiem, i dla pewności obkleił taśmą izolacyjną.
– To jest bomba, masz na sobie pięć kilogramów dynamitu – Oznajmił ze spokojem mężczyzna.
Artur przeraził się jego słowami, stał się chodzącą bombą. „Ci pierdoleni terroryści wykorzystają mnie jako jebanego kamikaze” – pomyślał.
Mężczyzna kazał mu ubrać koszulę i marynarkę, ale powoli i delikatnie.
– Bomba jest zdalnie sterowana, dziś jest dużo wojska w mieście, podobno znaleźli zaginionych dziennikarzy i żołnierzy polskich – Powiedział mężczyzna. Oczy Artura nabiegły łzami, a serce poczęło bić szybciej. Ucieszył się na wieść iż odnaleziono dziennikarzy, „A więc może Agnieszka nadal żyje” myślał. Nie wytrzymał musiał się spytać.
– Czy była wśród znalezionych polska dziennikarka, to… – Zająknął się nie będąc pewnym czy mówić dalej, ale jednak dokończył zdanie:
– To moja żona …
Mężczyzna popatrzył na niego, po czym zapewne przetłumaczył pytanie swym kolegą i roześmiali się wszyscy.
– Tylko dwóch polskich żołnierzy przeżyło, dziennikarze zginęli, była wśród nich kobieta w ciąży – Odpowiedział.
Artur nie wiedział co powiedzieć, co zrobić, upadł na ziemię i zapłakał. Jednak zginęła jego żona, miał ochotę rzucić się na tych terrorystów, wysadzając siebie i ich w powietrze. To nic, że bomba była zdalnie sterowana, wyrwałby wszelkie kable i może by wybuchała, a oni już by nigdy nie zabili niewinnych ludzi.
– Nie próbuj nic zrobić, mamy twój adres w Polsce, jeśli coś pójdzie nie tak zabijemy twoją rodzinę – Rzekł z gniewem mężczyzna. Artura to nie przekonało, wcześniej ten który go przewiózł do Iraku powiedział, iż zabrał dokumenty, a więc oni blefują. „Chyba, że mnie okłamał”, nie mógł zaufać żadnemu z nich. Mogli mieć jego dokumenty, mogli tamtemu je zabrać. Zrezygnował z zamiaru rzucenia się na nich i wysadzenia w powietrze.
Mężczyzna z którym rozmawiał spojrzał na zegarek, potem zwrócił się do jednego z pozostałych. Ten przeszedł do kabiny auta i ruszył. Po kilku minutach jazdy zatrzymał samochód.
Irakijczyk zwrócił się znów do Artura:
– Teraz czas na ciebie, wysiądziesz z samochodu i pójdziesz prosto ulicą, tam jest zbiorowisko żołnierzy. Są zajęci oglądaniem kanałów gdzie znaleziono dziennikarzy i żołnierzy, nie zwracają uwagi na to co się dzieje wokoło. Dlatego mogliśmy podjechać tak blisko. Wysiądziesz i pójdziesz tam, przez lornetkę będę cię obserwował, masz nie wykonywać żadnych ruchów. Staniesz obok grupki żołnierzy, a wtedy zostaniesz wysadzony, zrozumiałeś?! – Ze spokojem wyjaśniał cały plan.
Artur nie był zadowolony z tego co musi zrobić, lecz wiedział iż jeżeli się nie spisze to zginie jego rodzina w Polsce. Musiał wybierać czy życie rodziny czy życie obcych żołnierzy. Nie chciał śmierci ani tych ani tamtych. Choć wiedział, iż jego śmierć pociągnie za sobą kolejne trupy. „Stanę tam gdzie nie będzie wiele osób” – Pomyślał.
– Zrozumiałem – Odpowiedział ze smutkiem. Wyszedł z auta, rozejrzał się dookoła, przed nim kilkadziesiąt metrów było zbiorowisko żołnierzy polskich jak też i amerykańskich. Pogoda sprzyjała, słońce świeciło ogrzewając miasto, przypominał sobie wszelkie piękne chwile związane z latem.
Rok temu był z Agnieszką we Włoszech nad morzem, pływali, zwiedzali włoskie miasta. Były to cudowne trzy tygodnie, bez stresów, tylko ciepłe lato w pięknym kraju. Tylko oni zakochani w sobie i szczęśliwi. Z oczu znów spływały łzy. Powoli szedł przed siebie, każdy krok zbliżał go do śmierci i miał tego świadomość.
Czuł się teraz jak skazańcy prowadzeni na krzesło elektryczne, idą ostatni raz korytarzem i oglądają nudne szare kolory na ścianach. Może miał lepiej, szedł w ciepły dzień i oglądał zabudowania, słyszał w oddali śpiewy ptaków. Gdzieś w domach bawiły się dzieci, odległe odgłosy które dochodziły do niego. Oddychał świeżym powietrzem, czuł zapach całej tej wojny, tego kraju. Tu było jednak zupełnie inaczej niż w Polsce, nie tak zielono, nie tak kolorowo. Starał się przypominać najpiękniejsze chwile, był wściekły na siebie iż myśli tylko o tych skurwielach w samochodzie. O tym co musi zrobić, o tym, że mogą zabić jego rodziców, jego siostrę. Nie mógł się skupić na przyjemniejszych myślach, nie potrafił. Gdzieś uleciały, może zostały w Polsce… „Pierwsza randka, chcę przypomnieć sobie pierwszą randkę!”, próbował się zmusić do wspomnień. „A mój pierwszy pocałunek, pierwszy seks, szkoła, kumple, imprezy, te wszystkie rzeczy które się robiło z kolegami, gdzie to kurwa jest!!!” – krzyczał na siebie w myślach, a jego podróż zmierzała do końca. Jeszcze kilkanaście metrów i będzie przy zbiorowisku ludzi, faktycznie, nikt nie zwracał na niego uwagi, szedł chodnikiem, zamyślony i nie wyglądał podejrzanie. Znów przeszło mu przez myśl iż coś zrobi, zacznie krzyczeć, uciekać. Ale życie matki i ojca było cenniejsze od tych żołnierzy. Szedł dalej, w głowie ni stąd ni zowąd pojawiło się wspomnienie jak w podstawówce razem z Jackiem wyłączył prąd. Trwała jakaś lekcja, była to zima, wczesny ranek. W klasach wszystkie światła się paliły. A on razem z Jackiem zamiast iść na pierwszą lekcję, poszedł pobawić się w elektryka. Przypomniał sobie iż Jacek wykręcił korek ze skrzynki z licznikiem prądu ale nic się nie stało, potem on wykręcał drugi i cała szkoła zalała się ciemnością. Nie udało im się uciec przed odpowiedzialnością, zostali złapani, a potem w domu jak ojciec krzyczał… Teraz to wspomnienie wywołuje śmiech, „Cholera z dziesięć lat o tym nie wspominałem” – pomyślał i uśmiechnął się. Wkraczał do zbiorowiska żołnierzy, kręcili się, rozmawiali między sobą. Słyszał zdania „Człowieku te flaki”, „Kurwa stary mózgi na ścianach, piekło tam było!”, „Szkoda tej dziennikarki w ciąży…”, „… to ja mu mówię, że tyle za to nie dam…”. Kilka metrów przed sobą dostrzegł poobijanego żołnierza siedzącego w ambulansie, wyglądał na smutnego, „To chyba jeden z tych uratowanych” – pomyślał i zbliżał się do niego. Nie wiedział dlaczego właśnie tam podchodził, ale szedł tam.

Adrian rozmyślał o tym wszystkim co się wydarzyło, nie chciał do tego wracać, a jednak myśli same przypominały mu te wydarzenia. Te rzeźnie, te krzyki, ucieczka. Nie udało mu się uratować Agnieszki, był zły na siebie, iż nie pomógł im od razu. Kazał im czekać, aż wróci, mógł ich rozwiązać.
Nie zrobił tego jednak, wtedy myślał iż ma za mało czasu, iż nie zdąży. „Co ja sobie wyobrażałem”…
Jego oczy znów zalały łzy, oparł się o bok samochodu, łzy spływały po policzku. Zauważył żołnierza zbliżającego się, mijał sierżanta, pułkownika, amerykańskich wojskowych, zbliżał się wyraźnie do niego. Dziwnie wyglądał, miał zapłakane oczy, plamy krwi pod nosem, a ten mundur chyba był na niego za mały. Dostrzegł jak coś uwypukla ubranie na klatce piersiowej. Osobnik ten uśmiechał się, chyba coś sobie przypominał. Coś przyjemnego, stąd ten uśmiech przez łzy, przez smutek który bił z jego twarzy.
Ich oczy się spotkały, ten ułamek sekundy, a może kilka sekund. Mogli równie dobrze patrzeć na siebie ponad minutę, czas tak jakby się zatrzymał.
Jakby wymieniali się myślami, czy raczej odczytywali myśli w swych oczach.
Piik – Doszło do uszu Artura, ciche, prawie nie słyszalne wśród rozmów innych „Piik”. Już wiedział co ten dźwięk oznacza, dźwięk jego śmierci, pierdolone „Piik” które było panem jego życia.
W klatce piersiowej i brzuchu poczuł ciepło, wręcz gorąco, a po chwili skóra rozrywała się, płomień wdzierał się do wnętrza brzucha, pochłaniając organy wewnętrzne, rozpalając i rozrywając je….. W głowie dźwięczał tylko jeden odgłos – Piik…………..
Irakijczycy w ciężarówce podziwiali wybuch, w powietrze uniósł się jasny płomień. A po chwili widać było wyrzucone w górę kawałki ciał żołnierzy, ręce, nogi, wnętrzności wylatywały w górę i opadały na ziemię razem z krwią. Po chwili kolejny wybuch rozerwał na strzępy kilka innych osób. Ambulans eksplodował, jego części wyrzucone przez ogromną energię wbijały się w ciała pobliskich osób. Rozrywały je i przebijały, kawałek blachy uciął komuś głowę. Żołnierz ten nadal stał, bez ręki, a z przeciętej na skos głowy wypływał mózg powoli sunąc po twarzy. Ciała innych pozbawione były kończyn, niektórzy nadal żyli. Jak żołnierz pozbawiony dolnej połowy który czołgał się zostawiając za sobą ślad krwi, kołysząc płatami rozerwanej skóry. Stracił ciało od pasa w dół, i oprócz krwi i skóry ciągnął za sobą wnętrzności które powoli wypływały z jego ciała. Jelita które się niczym węże.
Inne osoby krzyczały z bólu po stracie ręki czy nogi, po rozerwanych tułowiach z których sączyła się krew z flakami. Ktoś z obrzydzeniem ścierał z twarzy czyjś mózg który wylatując z rozbitej głowy ochlapał wszystko do koła.
Wszędzie leżały kawałki ciał ludzkich, ci co byli ranni wydawali z siebie głośne przerażające jęki. Ci których wybuchy nie dosięgły, pomagali tym rannym, szukali wśród mieszanki kolorowych wnętrzności kogoś żywego. Mijali ręce, nogi, głowy, jeden z żołnierzy poślizgnął się na jakimś narządzie wewnętrznym i upadł tuż obok ciała sierżanta Władysława Broniewskiego. Nie miał on połowy głowy i dwóch rąk, leżał tam rozszarpany przez wybuch, a w jego klatce piersiowej spoczywał kawał metalu. Obok niego leżał pułkownik Emil Bielik, w jego głowie utknął pokrzywiony pistolet, lufa przebijała głowę na wylot, klatka piersiowa była praktycznie cała rozerwana… Po nogach nie było śladu, a ręce leżały kilka metrów od ciała.
Po żołnierzu siedzącym w ambulansie także nie wiele zostało, tylko kawałek nogi wystający spod pokrzywionego żelastwa, i oko które spływało po boku samochodu. Z Artura zostało niewiele więcej, tylko jedna noga, trudno powiedzieć jak do tego doszło, ale stała prosto. A w miejscu gdzie powinno być kolano była tylko poszarpana skóra z której spływała krew…
Samochód z terrorystami odjeżdżał, a po kilku godzinach o całym wydarzeniu mówiono w telewizji w programach informacyjnych.

„W Bagdadzie tuż po zakończeniu akcji ratunkowej, w miejscu gdzie ów akcja się odbywała, eksplodowała bomba i samochód. Zabijając piętnastu żołnierzy i ciężko raniąc dwudziestu. Kilku z nich jest w ciężkim stanie. Wszystkie nazwiska zabitych nie są jeszcze znane. Żadna z organizacji nie przyznała się do zamachu. Z zaginionych dziennikarzy i żołnierzy, przeżył tylko jeden żołnierz który obecnie znajduje się w szpitalu. Władze nie wykluczają, iż zamach miał na celu uśmiercić dwóch żołnierzy którzy przeżyli. Jeden z nich zginął w wybuchu. Ta tragedia dotyczy również nas, dwóch wspaniałych dziennikarzy Tadeusz Wilk i Agnieszka Wójcik, oraz ich operator Marek Andkowiak zginęli. Rodziną ofiar współczujemy i składamy kondolencje…”

W wąskich uliczkach Bagdadu, w cieniu domu, siedział mały chłopiec. Ubrany był w brudne podarte rzeczy, wpatrywał się w mysz która biegła wzdłuż przeciwległej ściany. Z ust spływała chłopcu ślina zabarwiona na czerwono. W dłoniach trzymał poszarpaną ludzką rękę. Co chwilę odgryzał kawałek mięsa i ze smakiem połykał, po brudnym ubraniu spływały strużki krwi…