Pierwszy płatek śniegu oderwał się od ciężkiej, stalowo-szarej chmury. Ruszył w podróż do ziemi. W ślad za nim poszedł drugi i trzeci. Zaczęła się gonitwa. Który z nich pierwszy dopadnie, jeszcze gdzieniegdzie, zielonej ziemi? Ten, co wystartował jako pierwszy, był pięknym płatkiem, ale nie wiedział, że w tych zawodach nie o piękność chodzi, a o ciężkość. Wyprzedzały go więc brzydkie i ciężkie płatki, czasem złośliwie obijając się o niego, niszcząc jego pięknie uformowaną postać. Tak już w życiu płatków śniegu bywa.

Nasz płatek nie był jeszcze nawet w połowie drogi, a już odczuwał zmęczenie, był poobijany, brudny i rozczarowany. Najchętniej zawróciłby tam, skąd rozpoczął bieg. Niestety, raz rozpoczętą wędrówkę trzeba doprowadzić do celu. A cel był bliżej i coraz bliżej, i w końcu zmęczony, smutny płatek śniegu wylądował. Było to lądowanie twarde. Nie na trawie, czy głowie jakiegoś człowieka, nie na ramieniu lub wodzie, nawet nie na sierści psa, wylądował na czarnej, asfaltowej drodze, a w chwilę potem przejechały po nim, jeszcze letnie, samochodowe opony. Tak się kończy historia płatka śniegu.

Rozpędzony, czerwony Fiat Cinqecento i siedząca w nim para ludzi, gnała w sobie tylko znanym kierunku. Ciepło im było, ogrzewanie w samochodzie funkcjonowało bez zarzutu. Byli małżeństwem, młodzi, szczęśliwi. Wracali właśnie ze ślubu kolegi ze studiów. Trzy dni poza domem wystarczyły, aby zatęsknić za nim, zwłaszcza, kiedy czekał tam na nich pięcioletni synek.

– Chyba się trochę zima pośpieszyła w tym roku.?! Ale z drugiej strony to może i dobrze, przypomniało mi się, że chciałem kupić Kubusiowi narty pod choinkę, – powiedział Zbyszek.
– Ty nie martw się choinką. Pomyśl lepiej, co mu kupimy na Mikołaja. Pojutrze jest przecież szóstego, ? przypomniała Zosia.
– Na Mikołaja damy mu jakiś mniejszy, tańszy prezent, a ten prawdziwy dostanie pod choinkę. Co ty na to ? A tak przy okazji, to za moich czasów prezenty dostawało się tylko raz, i kładło się je pod choinkę.
– O, jaki staruszek się znalazł. Za moich czasów?! Za moich czasów, moi rodzice, wkładali prezenty pod poduszkę, i było to na Mikołaja.
– Ja tam w Mikołaja nigdy nie wierzyłem. – Odgryzł się Zbyszek.
– A kto twierdzi, że ja wierzyłam. Powiedziałem tylko, że na Mikołaja rodzice wkładali mi prezenty pod poduszkę.
– Doba, więc ty będziesz robić za Mikołaja, a ja za Dziadka Mroza.

W tym momencie przerwali rozmowę, z radia bowiem odezwał się sygnał zwiastujący informacje. Oboje interesowali się wszystkim, co działo się w kraju, więc oboje słuchali z zaciekawieniem. Główną wiadomością było to, że płatny morderca, który w zeszłym tygodniu zastrzelił Ministra Kultury ciągle jest nieuchwytny.

Jak dowiadujemy się ze źródeł zbliżonych do policyjnych, mordercy udało się już trzeci raz wymknąć z przygotowanej na niego zasadzki. – komunikował spiker.

Potem z głośników popłynęła muzyka.

– Jak myślisz, złapią go, czy im zwieje? ? Podjął temat Zbyszek.
– Mnie tam wszystko jedno. Nie jestem zamieszana w żadną aferę, na pieniądzach nie śpimy, a więc nami się nie będzie zajmował.

Zamienili między sobą jeszcze parę zdań, a potem każdy skoncentrował się na czymś innym. Zosia oglądała krajobraz i słuchała radia, Zbyszek wbił wzrok w jezdnie i zwolnił. Na drodze zaczęło zbierać się coraz więcej śniegu, a z tymi letnimi oponami, lepiej uważać w taką pogodę. Po powrocie zmieni je na zimowe. Kolejny wydatek.

W tym samym czasie, w niedalekim mieście szedł chodnikiem dobrze ubrany mężczyzna. Wyglądał na czterdziestkę, był przystojny, na oko sympatyczny. Prawdopodobnie biznesmen. Idąc, uśmiechał się do mijanych ludzi, wprawiając ich tym albo w dobry nastrój, albo w zakłopotanie, bo któż w tych czasach uśmiecha się do innych ludzi na ulicy?

Mężczyzna trzymał w ręku drogą, skórzaną aktówkę. Zmierzał w stronę hotelu. Nie był osamotniony w swoim marszu, podążały za nim spojrzenia wielu oczu. Kiedy jedna para oczu traciła go z widoku, zaraz przejmowała go inna, a po niej następna i tak aż do drzwi hotelu. Tu mężczyznę przejął obserwator umieszczony w oknie domu na przeciwko hotelu. Człowiek ten cały czas robił zdjęcia aparatem fotograficznym z teleobiektywem, zainstalowanym na statywie.

Przy wejściu do hotelu stał odźwierny. Zdjął czapkę z głowy, witając w ten sposób gościa, a następnie otworzył mu drzwi. Mężczyzna podziękował i wszedł do środka. Udał się do recepcji.

– Dzień dobry panie Donatanie. – Przywitał klienta recepcjonista.
– Dzień dobry Antoni. Czy 212-tka jest wolna?
– Ma się rozumieć. Pokój czeka na pana.
– Dobrze. Najpierw pójdę coś zjeść, a pan niech przygotuje mi klucz i rachunek za jedną noc. Płacę z góry. Wyjeżdżam jutro bardzo wcześnie.
– Naturalnie. Zaraz wszystko przygotuję, i życzę smacznego.
– Dziękuję. Odpowiedział mężczyzna wyglądający jak biznesmen i udał do restauracji hotelowej.

Kilka chwil wcześniej człowiek z okna na przeciwko oderwał wzrok od teleobiektywu, a przyłożył do ust krótkofalówkę.

– Nasz “obiekt” właśnie wszedł do hotelu. Wszyscy na miejsca i przygotować się, zaraz wchodzimy. – Rozkazał.

W hotelu umieszczona była jeszcze jedna para oczu. Ich właściciel podniósł się z zajmowanego przez siebie miejsca i podeszły do budki telefonicznej. Wykręciły jakiś numer telefonu i w tej samej chwili, w oknie na przeciwko hotelu rozległ się dzwonek. Mężczyzna tam przebywający podniósł telefon i wysłuchał wiadomości, a następnie znowu wydał polecenie przed krótkofalówkę.

– Wstrzymać się. Gość poszedł jeść. Czekajcie na mój sygnał.

Małżeństwo z czerwonego Cinqecento właśnie wjeżdżało w granice miasta.

– Nirgend. – Powiedział Zbyszek. – Pamiętasz to Zosiu?
– Miałabym zapomnieć naszą podróż poślubną i te trzy dziwne noce i dni ?
– Dziwne? ? Zmarszczył czoło Zbyszek. – A numer pokoju pamiętasz?
– Pamiętam. Pokój nr 212-ście. Tyle razy mieliśmy się kochać, a czego tobie nie udało się zrealizować. Wszystko pamiętam kochanie.
– Dwa plus jeden plus dwa równa się pięć. Czyż nie tak ? Zaśmiał się Zbyszek. – Pięć razy pierwszego dnia, potem było lepiej.
– Tego już nie pamiętam. – Zosia była uszczypliwa.
– Pamiętasz!
– Nie pamiętam.
– Tak? To wiesz co, mam pomysł. – Zbyszek spojrzał na Zosię z błyskiem w oku.
– O Boże, już się boję. ? Głęboko nabrała powietrza w płuca, a potem wypuściła je ze świstem. -Mów, co to za pomysł.
– Co byś powiedziała, kiedy by tak poprawić nasz hotelowy bilans. ? Zaproponował.
– Chcesz wstąpić do tego hotelu? ? Uśmiechnęła się. ? Pomysł nie jest taki zły. Powiem więcej, jest całkiem dobry. Ma tylko jedną wadę.
– Jaką? ? Zaniepokoił się Zbyszek.
– Musimy jechać do domu. Przecież mamy syna, który na nas czeka. Zapomniałeś?
– Nie zapomniałem. Moglibyśmy zadzwonić i poprosić twoja mamę, żeby została z Kubusiem jeszcze jeden dzień. Na pewno się zgodzi. Uwielbia go przecież, a poza tym i tak nie ma co robić. No, co ty na to?

Zosia chwilę rozmyślała, w końcu się uśmiechnęła.

– Zgoda. Jedziemy do hotelu i stamtąd zadzwonimy.
– No to do 212-stki. ? Ucieszył się Zbyszek.

Cinqecento ruszyło w głąb miasta. Tam bez najmniejszych problemów udało im się odnaleźć hotel i parking przed hotelem.
Mężczyzna wyglądający jak biznesmen kończył właśnie kolację, inny mężczyzna siedział w hotelowym holu. Udawał, że czyta gazetę, ale tak naprawdę cały czas spoglądał w stronę restauracji. Jeszcze inny mężczyzna czekał w oknie domu na przeciwko hotelu, a w uliczce obok hotelu, w zaparkowanej furgonetce, siedziało ośmiu mężczyzn. Ubrani byli na czarno, twarze ich były zamaskowane, a na głowach mieli hełmy. Każdy z nich trzymał w ręce karabin. Ci mężczyźni czekali na rozkazy tego z okna.
Kiedy Zosia i Zbyszek wysiadali z samochodu, biznesmen wycierał sobie usta serwetką.
Małżonkowie skierowali swoje kroki do hotelu.

– Popatrz! – Zosia pokazała palcem na wystawę sklepu opodal. Był to sklep z zabawkami. ? Kubuś wspominał mi, że chciałby dostać na Mikołaja policyjny pistolet wyglądający jak prawdziwy i kajdanki. A tu mają coś takiego. Do tego krótkofalówka, a kajdanki są aż w dwóch kompletach. Wstąpię tam i zrealizuję jego marzenie. Ty tym czasem idź i wynajmij dla nas pokój.

Ten sam odźwierny, który wcześniej otwierał drzwi biznesmenowi, teraz z ukłonem otwierał je przed Zbyszkiem. Zbyszek wszedł do środka i ruszył w kierunku recepcji. Tam stał już również mężczyzna wyglądający jak biznesmen. Wpisywał się do książki meldunkowej. Następnie zapłacił rachunek, odebrał klucz od recepcjonisty, a odchodząc uśmiechnął się do Zbyszka, czekającego na swoją kolej.

– Czy macie państwo wolny pokój 212, ten z wielkim łożem małżeńskim. ? Spytał Zbyszek recepcjonisty.
– Niestety, ten pokój jest już zajęty. – Odpowiedział pracownik hotelu.
– Wielka szkoda. Chcieliśmy z żoną spędzić tutaj dzisiejszą noc. Wie pan, parę lat temu, będąc z małżonką w podróży poślubnej, zatrzymaliśmy się na kilka dni w tym pokoju właśnie, a teraz, przez sentyment, chcieliśmy wynająć go znowu.
– Bardzo mi z tego powodu przykro. Niestety nie mogę państwu pomóc ? Uśmiechnął się recepcjonista.

Biznesmen w tym czasie rozmawiał z kimś przez telefon.

– A czy jakieś inne wolne pokoje macie państwo? – Dopytywał się Zbyszek.
– Z tak wielkim łożem już nie, ale mogę panu zaproponować inny, równie wygodny. Pokój numer 201, zaraz przy windzie.
– Dobrze. W ostateczności to przecież wszystko jedno.
– Zapłaci pan teraz albo przed wyjazdem?
– Teraz.

Zbyszek zabrał się za dopełnianie formalności. Do hotelu weszła Zosia.

– Zobacz. Mam już prezent dla Kubusia. – Powiedziała Zosia, pokazując zabawki.
– Kubuś to nasz syn. – Dodała wyjaśniając recepcjoniście.

– Piękna zabawka. – Opowiedział recepcjonista z uśmiechem. – Sam chciałem mieć coś takiego, kiedy byłem małym chłopcem.
– Niestety kochanie, – wtrącił się Zbyszek ? nasz pokój jest już zajęty, ale wynająłem inny, równie dobry. Numer pokoju jest trochę niższy. – Mówiąc to mrugnął do żony.

Zosia zaczerwieniła się, jednak tylko na chwilę. Recepcjonista przecież nie mógł wiedzieć, o czym Zbyszek mówił.

Zabrali klucz i ruszyli do windy. Tam czekał na nich biznesmen.

– Słyszałem, – zaczął, kiedy zamknęły się drzwi windy, że chcieliście państwo wynająć pokój 212-ście. Ja mam ten pokój i jeśli bardzo państwu na nim zależy mógłbym go państwu odstąpić. ? Zaproponował.
– Byłby pan taki uprzejmy ? – Zapytała Zosia, patrząc na biznesmena, a w duchu myśląc sobie – no i co Zbysiu, nie udało ci się wymigać od 212-stki.
– Dla mnie to żaden problem. – Odpowiedział biznesmen. – Pokój jak pokój.
– Ale 212-stka jest droższa. Musielibyśmy dopłacić panu. – Zauważył Zbyszek.
– Potraktujmy to, jako spóźniony prezent ślubny. Usłyszałem przypadkiem, że mieszkaliście w nim państwo podczas waszej podróży poślubnej.
– No tak, – zaczęła Zosia – jesteśmy tu przejazdem i pomyśleliśmy z mężem, że moglibyśmy sobie trochę powspominać.
– Więc proszę zabrać ten klucz. Nad czym tu się jeszcze zastanawiać.

Wysiedli z windy i wymienili się kluczami.

– Życzę państwu miłej nocy. – Powiedział mężczyzna na pożegnanie i włożył klucz w zamek.
– A! – Odwrócił się od drzwi z niewinnym uśmiechem. – Zapomniałbym. Mam do państwa jedną prośbą. Czy moglibyście przed zapaleniem światła w pokoju zaciągnąć zasłony? Tam po drugiej stronie mieszkają wścibscy ludzie. Znają mnie i moją żonę. Wiedzą, że tu jestem i że zawsze wynajmuję ten sam pokój. Rozumiecie państwo, nie chcę niepotrzebnych plotek.
– Naturalnie. Rozumiemy.
– No, to jeszcze raz życzę państwu dobrej nocy. – Pożegnał się i wszedł do pokoju.
– My również życzymy panu spokojnej nocy. ? Odpowiedzieli niemal równocześnie.
– Miły człowiek prawda? – Zauważyła Zosia, kiedy zamknęły się drzwi za biznesmenem.
– To prawda, miły. Dajmy mu już spokój i pośpieszmy się do naszego pokoju. Wpadł mi do głowy pomysł, jak możemy wykorzystać zabawki, które kupiłaś Kubusiowi.
– Ty i te twoje pomysły. O co chodzi tym razem?
– Otwórz drzwi, a wszystko ci wytłumaczę.

Kiedy zamknęły się drzwi windy za biznesmenem, Zbyszkiem i Zosią, z fotela poniósł się siedzący tam przez cały czas tajniak i prawie biegiem ruszył do telefonu. Był strasznie podekscytowany. Było to jego pierwsze, tak ważne zadanie. Komuś, nie z tej samej branży, mogłoby się wydawać, że to nic, takie tam siedzenie, przyglądanie się i wykonywanie telefonów. Ale przecież od tych telefonów zależało powodzenie całej akcji. Wciągnął powietrze w płuca trzy razy i, trzęsącymi się rękami, wykręcił numer telefonu. Miał nadzieję, że na tym skończy się jego zadanie. Po przekazaniu informacji wrócił na swoje miejsce.

Mężczyzna z okna na przeciwko hotelu odłożył słuchawkę:

– Przygotujcie się, zaraz wchodzicie. – Powiedział niskim głosem do krótkofalówki.
– Dajmy mu jeszcze chwilę, żeby się rozluźnił i poczuł bezpiecznie, a wtedy go załatwimy. – Dodał

Wyłączył wysyłanie i wrócił do obserwacji hotelu. Najpierw zaświeciło się światło w pokoju na drugim piętrze, a w chwilę po tym zapyliło się światło w innym pokoju na tym samym piętrze. Jednak nikogo nie mógł zobaczyć. W obu pokojach zaciągnięte były zasłony.

– Nieważne, – powiedział do siebie – chłopcy zaraz wszystkiego się dowiedzą od recepcjonisty.

On również odczuwał lekki niepokój. Dla niego ma to być ostatnia taka akcja, a po niej usiądzie w końcu za biurkiem, w cieple, w wygodnym fotelu, i stamtąd kierować będzie podobnymi akcjami.

Stał i patrzył w okna hotelu. Telefon nie dzwonił, mogło to znaczyć tylko jedno, facet na dobre już rozgościł się w swoim pokoju. Da mu jeszcze pięć minut, a potem zostanie dym i pokrwawione ściany. Chłopcy mają jasny rozkaz, zlikwidować śmiecia. Straty hotelu zostaną pokryte ze specjalnych funduszy. Spojrzał na zegarek. Wskazówka sekundnika nieubłaganie odmierzała czas. Rzut okiem na okna hotelu i spojrzenie na zegarek. Jeszcze pięćdziesiąt sekund, czterdzieści, trzydzieści, dwadzieścia, dziesięć, pięć. Włączył wysyłanie i wypowiedział sakramentalne słowo ? Idziecie.

Rozsunęły się drzwi furgonetki i zaczęli wyskakiwać z niej uzbrojeni policjanci. Ostatni jeszcze był w furgonetce, a pierwszy już otwierał drzwi hotelu. W ręce trzymał zdjęcie, na którym można było rozpoznać biznesmena. Podbiegł do recepcjonisty i głosem nie znoszącym sprzeciwu zażądał.

– Numer pokoju, w którym znajduje się ten mężczyzna.
– Ale ja… – nie dokończył recepcjonista, jego wzrok spotkał się z lufą karabinu.
– Nam możesz powiedzieć. Jesteśmy z policji. – Usłyszał.

Wbiegli pozostali, ubrani na czarno, policjanci. Trzech stanęło przy windzie, a czterech dopadło schodów i czekało tan na dalsze polecenia.

– 212-ście – Wychrypiał recepcjonista.
– Drugie piętro! 212-ście! – Krzyknął policjant i czwórka stojących przy schodach zaczęła się po nich wspinać.
– Pilnuj go, – zwrócił się do mężczyzny po cywilnemu. – Nie pozwól mu nigdzie dzwonić!

Nie padło ani jedno słowo więcej. Trójka stojących przy windzie weszła do środka, a w chwilę potem dołączył do nich dowódca. Po kilku sekundach byli na drugim piętrze. Drzwi windy otwarły się, dowódca wyjrzał ostrożnie. Na przeciw windy był pokój 201, więc musieli przejść w ciszy korytarzem do 212?tki. Dał znak i do czwórki z windy dołączyli ci, którzy szli schodami. Teraz wszyscy ostrożnie posuwali się przy ścianach. Czterech przy jednej, czterech przy drugiej. Wszystko to odbywało się w grobowej ciszy.

Dotarli do pokoju 212-ście. Dowódca przystawił ucho do drzwi, usłyszał tylko jakąś muzykę z włączonego telewizora. Odwrócił się do swoich ludzi i coś im na migi rozkazał. Dwóch z nich, z całej siły, kopnęło w drzwi, które wyleciały z zawiasów i do pokoju wskoczyli policjanci.

Zobaczyli nagiego mężczyznę z pistoletem w ręce, który siedział nagiej kobiecie na nogach. Pistoletem kręcił kółka na brzuchu kobiety. Kobieta była przykuta kajdankami do łóżka. Kiedy zobaczyła ubranych na czarno ludzi, zaczęła się wydzierać.

– Rzuć broń. – Padł rozkaz.

Mężczyzna odwrócił się, mierząc do policjantów zabawkowym pistoletem.

– Ale to jest ty.. – nie skończył. Zmiotła go seria z karabinu.

Drugi policjant nacisnął spust prawie równocześnie z pierwszym. Część kul z jego broni podziurawiła ciało kobiety. Martwa zawisła bez ruchu, podtrzymywana kajdankami. Po chwili jedna z plastykowych kajdanek nie wytrzymała ciężaru kobiety, urwała się i jej ręka opadła na łóżko.

– Kurwa mać. Nikt nie mówił, że on tu będzie z jakąś babą. – Powiedział któryś z policjantów.

Inny podszedł do zwłok mężczyzny i podniósł pistolet.

– On miał zabawkowy pistolet. – Poinformował kolegów.

Dowódca podszedł do leżącego na podłodze ciała mężczyzny, przekręcił je na plecy.

– O kurwa! To nie ten gość.

W tym momencie do ich uszy dotarły dwa wystrzały z pistoletu.

Biznesmen siedział w fotelu z pilotem w ręku i przełączał programy, kiedy poderwały go jakieś łomoty dobywające się z korytarza. Chwycił pistolet i podbiegł do drzwi. Lekko je uchylił i w głębi korytarza dostrzegł policjantów z jednostki antyterrorystycznej. Schował się i otworzył szerzej drzwi. Winda ciągle jeszcze stała na drugim piętrze. Rozległy się wystrzały z automatów. Biznesmen wolną ręką złapał płaszcz i aktówkę. Spojrzał jeszcze raz na korytarz. Nie dostrzegł tam już żadnego z policjantów. Wyszedł z pokoju, podszedł do windy i nacisnął guzik. Drzwi otworzyły się i biznesmen wszedł do środka. Wcisnął zero, a drzwi się zamknęły. Winda ruszyła. Biznesmen nałożył płaszcz i poprawił pistolet w dłoni. Po chwili już był na dole, drzwi się otwarły. Mężczyzna ostrożnie wyjrzał z windy, ale nie dostrzegł nikogo oprócz recepcjonisty i jakiegoś jegomościa nerwowo chodzącego tam i z powrotem.

– To wielki błąd panowie. – Pomyślał.

Postawił aktówkę w drzwiach windy, żeby te nie mogły się zamknąć i ruszył powoli. Niespokojnie chodzący mężczyzna obrócił się właśnie w jego stronę.

– Ej ty! Stój tam gdzie stoisz! – Krzyknął, próbując sięgnął po pistolet tkwiący w kaburze pod lewą ręką.

Nie zdążył jednak, powstrzymały go dwie kule wystrzelone z pistoletu biznesmena. Następnie lufa powędrowała w kierunku głowy recepcjonisty. Tan błyskawicznie podniósł ręce nad głowę.

– Ilu ich jeszcze jest? ? Spytał biznesmen.

– Tu już nie ma żadnego, wszyscy poszli na górę. ? Odpowiedział recepcjonista.

Poczuł, że po nogach cieknie mu coś ciepłego. To strach, naturalna reakcja na to, że drugi raz w ciągu kilku minut spoglądało na niego oko śmierci. Prawdziwej śmierci, czego świadkiem był przed chwilą.

– W porządku. – Uspokoił go biznesmen i swoje kroki skierował do wyjścia.

Kiedy znalazł się na zewnątrz, rozejrzał się i ruszył za najbliższy róg. Tu zaczął biec.
Mężczyzna siedzący w oknie dostrzegł wychodzącego biznesmena i chwycił za krótkofalówkę.

– Gość zwiewa. !!! – Wrzasnął. – Słyszycie mnie? On nam spierdala! – Rzucił krótkofalówkę, złapał pistolet i wybiegł z pokoju.

Wyskoczył na ulicę i poślizgnął się na śniegu, który był już teraz wszędzie. Gruchnął z całej siły o ziemię a pistolet wypadł mu z ręki. Szybko się pozbierał i zaczął rozglądać się za bronią. Pistolet leżał trzy metry dalej. Podniósł go i ruszył biegiem za róg, gdzie zniknął mu z oczu biznesmen. Ale po biznesmenie zostały już tylko ślady w śniegu. Policjant pobiegł za śladami. Wpadł na rynek, tu natrafił na tłum ludzi, robiących zakupy. Policjant zatrzymał się i z rezygnacją opuścił ręce. Usiadł na krawężniku, zatopił twarz w dłoniach.

– No to mam po karierze. – Pomyślał.

Siedział w takiej pozycji, kiedy dołączyli do niego policjanci z hotelu.

– Zabiliśmy dwoje ludzi. – Poinformował dowódca brygady.
– No to kurwa pięknie. – Policjant siedzący na chodniku, spojrzał na tamtego, a potem znowu skrył twarz w dłoniach.

Następnego ranka, w gazetach, pojawiła się zdawkowa informacja, o tym, że płatnemu mordercy, kolejny raz udało się umknąć z rąk policji. I to wszystko. Bo i po co więcej? Przecież nikogo nie interesuje los płatków śniegu.

Koniec