Od Czarnego Lisa: Opowiadanie, które daję Wam do przeczytania w tym tygodniu, nie jest tekstem przeznaczonym dla osób wrażliwych, ani tym bardziej dla czytelników nielubujących się w historiach mrocznych, ocierających się o granice obłędu. Sam tytuł nie zdradza prawie nic z treści poniższej opowieści, więc jeśli masz odwagę przeczytaj! Mam nadzieję, że dosyć duża objętość nie będzie ku temu przeszkodą. Sam mogę zdradzić tylko tyle, że tekst zaczyna się od mocnej sceny, a kończy jeszcze mocniejszą. Tylko w kilku momentach tok narracji zwalnia, aby dać Czytelnikowi wytchnienie przed następnymi scenami. Zanim pozostawię Was sam na sam z moim opowiadaniem, chcę zaznaczyć, że pomysł jest bardzo makabryczny, mało-smaczny, a wręcz obrzydliwy, więc jeśli masz dzisiaj doła, to sobie podaruj jego lekturę, ponieważ nie uświadczysz w nim optymizmu – niestety, taki był wymóg tej opowieści. Oprócz tego, pomimo całej makabreski, sama treść stanowi rodzaj pewnej metafory, którą nie jest trudno odgadnąć. To tyle tytułem wstępu. Mimo wszystko mam nadzieję, że opowiadanie w pewien sposób Wam się spodoba, a jeśli nie, to wszelkie bluzgi kierujcie na moim oficjalnym fanpage 

“Niezapominajka”

Boga klnę, bo On mi cię zabrał!
On to wie: gdzie ty tam ja!
Jednak chce, by było inaczej;
Obsesję, nie miłość dał!
Virgin
Kolejny raz

Ogniem, żałością wre zamknięte łono;
A kiedy zacznę się na serce dąsać,
Chciałbym je wyrwać z mych piersi i skąsać,
I precz odrzucić tę rzecz tak zhańbioną

Twoją miłością, że ognie, co płoną,
Dotąd nie mogły go uczynić czystym!
A ty myślałaś, że ja z tym ognistym
Sercem – nazwę cię kochanką i żoną? (…)
Juliusz Słowacki
Do A[leksandry]M[oszczeńskiej]

Część pierwsza:
Nieśmiałość

1

W końcu to wspaniałe uczucie rozlało się po jego ciele. Miłość wymieszana z podnieceniem szarpała sercem w równych spazmach. Oddech szalał, a myśli stały się tak wyraźne, że niemal kolorowe. Całe otoczenie postrzegał wyjątkowo dokładnie i od czasu do czasu drgał zaskoczony siłą swojego wzroku. Pomimo tego, że w pokoju panował półmrok, widział doskonale dziewczynę, która przed chwilą przeszła przez drzwi od łazienki i weszła do środka.
Długie, sięgające pasa, czarne włosy opadały jej swobodnie. Skóra lśniła tak, że pośród majaczących mebli zdawała się najjaśniejszym punktem. Jej brązowe oczy spoglądały na jego postać, siedzącą na skraju łóżka, a jędrne wargi przybrały kształt uśmiechu. Uśmiech miała tak wyjątkowy, tak piękny, że w umyśle chłopaka zajmował szczególne miejsce. Gdy jej wargi się napinały i w kącikach ust majaczyły leciutkie zmarszczki, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, tym bardziej, jeśli on spowodował radość dziewczyny.
Przymknęła za sobą drzwi od łazienki, ruszając w kierunku łóżka, na którym siedział chłopak. Przy jej każdym kroku serce zamierało mu na chwilę, po czym zaczynało bić na nowo ze zdwojoną siłą. Poruszała się z gracją modelki na wybiegu: jej biodra falowały lekko, piersi, skryte pod materiałem granatowej koszuli nocnej, unosiły się i opadały wraz z oddechem i wydechem, a na ustach ciągle miała ten niepowtarzalny uśmiech.
Zbliżyła się do niego. Stanęła tak blisko, że czuł zapach jej perfum, wymieszany z podnieceniem przenikającym przez skórę. Wyciągnął rękę do przodu, chwytając dłoń dziewczyny w swoją. Przyciągnął ją do siebie. Ona bez wahania zbliżyła się do niego, siadając mu okrakiem na kolana. Sięgająca połowy ud koszula nocna podwinęła się, ukazując błękitny materiał bielizny.
W pokoju robiło się coraz ciemniej. Półmrok zmieniał się w gęstą, nieoświetloną blaskiem gwiazd, noc. Za oknem słaby wiaterek poruszał gałęziami drzewa, które z uporem ocierały się o szybę pokoju. Jednak oni nie zwracali uwagi na zbliżający się wieczór, ani nie słyszeli nic poza swoimi oddechami. W tym momencie liczyła się tylko ich miłość, ich wzajemne pożądanie oraz chęć jego zaspokojenia.
Dziewczyna przycisnęła się bardziej do chłopaka. Zrobiła to tak gwałtowanie, że omal nie polecieli na łóżko. Zaśmiali się na głos, rozładowując w ten sposób trochę napięcie, jakie zapanowało między nimi. Z jej ust nie zdążył zniknąć uśmiech, kiedy chłopak ją pocałował. Na początku trochę nieśmiało, z pewnym wahaniem, ale zaraz ona oddała pocałunek zachęcając go, żeby nie przestawał.
Ich usta trwały złączone ze sobą, języki muskały się od czasu do czasu, a ręce gorączkowo dotykały ciała partnera. Przywarła jeszcze mocniej do chłopaka, aż w końcu polecieli do tyłu, na miękką powierzchnie łóżka. Pod ciężarem ludzkich ciał sprężyny zaskrzypiały cicho.
Przesunęli się wyżej, w kierunku górnej części posłania, przywierając na powrót do siebie.
Pocałunki dziewczyny i chłopaka były coraz gwałtowniejsze oraz bardziej namiętne. Jego ręce podwinęły do góry jej koszule nocną obnażając napięty brzuch. Włożył dłonie pod delikatny materiał sięgając wyżej, gdzie natrafił na kształtne piersi – po krótkim zastanowieniu wziął każdą w dłoń.
Obydwoje dyszeli, lecz nie ze zmęczenia, a z pożądania, jakie w tej chwili zawładnęło ich umysłami. Znajdujące się blisko siebie dwa serca uderzały szybko, ale równo. Skórę mieli pokrytą lepkim potem, a błyszczące oczy rozświetlały wnętrze pomieszczenia.
Dziewczyna zsunęła się z niego na bok nie przestając całować. Jej palce rozpinały guziki jego koszuli. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć… i ubranie poleciało na podłogę. Odsunęła swoje usta od niego zaczynając całować mu policzki, czoło, szyję, aż doszła do nagiego torsu. Każdy jej dotyk przyćmiewał myśli, wzmagał podniecenie. W tym momencie nie liczyło się już nic więcej poza wspólną rozkoszą.
Uniosła głowę do góry, ponownie przykładając swoje wargi do warg chłopaka. Po krótkim pocałunku on odsunął się na kilka sekund i ściągnął z niej całkowicie koszulę nocną. Na dziewczynie zastała tylko błękitna bielizna.
Ponownie ujął jej piersi. Masował je delikatnie, bez pośpiechu. Przysunął usta do ich powierzchni i zaczął je pieścić – jego język zostawiał po sobie szybkoschnące, mokre ślady. Przy każdym jej drżeniu czuł, że coś w nim pragnie, żeby to wydarzenie trwało wiecznie, aby ta rozkosz płynęła nieprzerwanym strumieniem.
Schodził ustami niżej, aż sięgnął rozpalonego brzucha. Obsypał go pocałunkami, dotykał językiem, a w tym samym czasie masował rękoma piersi dziewczyny. Zrobił nasadą języka kółeczko dookoła pępka, po czym włożył go do środka. Z ust dziewczyny wyrwał się krótki jęk.
Zjechał opuszkami palców wzdłuż jej tali i włożył je pod materiał bielizny. Przeciągłym ruchem w dół ściągnął ostatni fragment ubrania z dziewczyny, a po przełożeniu go przez stopy, rzucił w mrok tuż za łóżkiem. Dotknął dłonią krótko przystrzyżonych włosów łonowych, które dziewczyna miała tak samo czarne, jak te na głowie. Później zjechał ręką niżej, rozchylając nogi.
Poczuł całe jej ciepło oraz podniecenie. Ucałował po raz ostatni brzuch, schodząc niżej. Teraz dotykał wargami jej ud od wewnętrznych stron. Cały drżał, gdy wystawił język poza linię ust zanurzając go w jej wnętrzu. Była taka ciepła, tak podniecona, taka wilgotna… i jednocześnie taka boska!
W tym samym momencie ręka dziewczyny dotknęła jego głowy, dając do zrozumienia, że już wystarczy. Wyprostował się rozpinając spodnie. Tyle razy próbował sobie wyobrazić tę chwilę. Próbował wcześniej określić co będzie czuł, ale żadne z tych rojeń nie oddały nawet namiastki tego, co działo się z nim teraz.
Trochę zawstydzony rozebrał się do końca i położył z powrotem na dziewczynie. Ich serca znowu biły razem w równym rytmie. Oddechy współgrały z wydechami, a ciała zaczęły się poruszać w odwiecznym, najbardziej naturalnym, tańcu ludzkości.
Każdy ruch zbliżał ich do upragnionego końca. Cali lśnili od potu, dyszeli ze zmęczenia, ale nie przestawali – ciągle poruszali się równomiernie dając sobie nawzajem przyjemność. Usta mieli złączone w nieprzerwanym pocałunku, a ręce splecione w uścisku. Wszelkie zakończenia nerwowe czuły, że spełnienie jest blisko, przez co myśli szalały w nieopisanej radości.
W końcu nadszedł szczyt. Ich świadomość połączyła się w eksplodującą jedność. Mięśnie się napięły, oddechy zatrzymały. Obydwoje przestali się całować. Zadarli głowy do góry otwierając szeroko oczy, które roziskrzyły się jeszcze bardziej. Niestety, wspaniałe uczucie pokrótce minęło i opadli na siebie zmęczeni. Chłopak ucałował usta dziewczyny; leżąc przywarł policzkiem do jej policzka. Nie widział twarzy ukochanej, ale słyszał jeszcze niespokojny oddech, czując zapach wilgotnych włosów.
Jego serce zwalniało wraz z oddechem, na ciele zasychał pot, ale mimo tego, że podniecenie mijało, odczuwał przyjemność. W końcu byli razem. Kochali się, a na dodatek mogli teraz leżeć koło siebie upajając się swoim ciepłem. Zrobił głęboki wdech, uniósł trochę głowę spoglądając w bok.
Dookoła zrobiło się już całkiem ciemno. Jedyne, co świeciło w pokoju, to elektroniczny zegarek na biurku pod ścianą. Wskazywał 22:41. Dopiero teraz usłyszał, że za oknem wieje wiatr. Nie był już słaby i delikatny jak na początku, lecz porywisty. Gałęzie niskiego drzewa wręcz skrobały o szybę i metalowy parapet, wydając przy tym przeciągły, raniący uszy, dźwięk. Gdy podniecenie całkiem z niego opadło poczuł, że w pokoju jest przeraźliwie zimno…
No i jego ukochana się nie poruszała. Nie słyszał jej oddechu, a zapach włosów dziewczyny zmienił się w fetor rozkładu. Nawet ciało miała zimne. Ale dlaczego?
(…bo nie żyje!)
Usłyszał odpowiedź, która zdawał się pochodzić z innego, odległego o miliony lat świetlnych, świata. Chciał krzyczeć, że to nieprawda, iż tylko zasnęła. Lecz każde skrobnięcie drzewa w szybę, każdy oddech i zimno leżącego pod nim ciała, utwierdzało go w przekonaniu, że coś jest nie tak.
Wstrzymując powietrze w płucach, odwrócił twarz w kierunku ukochanej. To, co ujrzał nie było piękne, lecz szkaradne. Włosy stały się plątaniną suchych patyków, w których wiło się coś białego. Oczy wypłynęły zasychając na matowych policzkach. Piękny uśmiech zmienił się w grymas bólu wymieszany z przerażeniem. Jakimś cudem, pomimo panującej wszędzie ciemności, widział, że dziewczynie czarnieją zęby, a jej język rozłożył się niemal doszczętnie.
Zerwał się z łóżka na równe nogi. Zaczął krzyczeć. Stał w miejscu i wrzeszczał spoglądając na to, co zostało z jego ukochanej. Całe ciało się zapadło. Skóra ciasno opiewała rozkładające się mięśnie. Wszędzie unosił się zapach rozkładu oraz… niedawno uprawianej miłości.
Za oknem wiatr z drzewem nieustannie odgrywali swoją skrzypiącą symfonię.
Przestał krzyczeć. Bez ubrania ruszył w kierunku drzwi wyjściowych, mieszczących się po przeciwnej stronie do łazienki. Zanim pochwycił klamkę usłyszał jak rozkładające zwłoki poruszyły się na łóżku, a martwa kobieta powiedziała:
– Zostań. Już mnie nie kochasz, prawda? Wystarczyło, że się z tobą przespałam, a ty już mnie nie chcesz. Drań i tchórz! – jej głos był brudny i niewyraźny, jakby krtań miała wypełnioną ziemią cmentarną…
Nie miał zamiaru jej odpowiadać. Chciał tylko uciec z tego pokoju. Częścią umysłu wiedział, że dziewczyna wstanie i będzie go ścigać. Będzie za nim biegła i biegła, aż jej rozkładające się ciało przybliży się do niego, kościste palce zacisną się na ramieniu, a z wypełnionej ziemią krtani usłyszy tylko jedno słowo: Tchórz!.
Chwycił klamkę i z zamarłym krzykiem na ustach otworzył drzwi. Za nimi nie było korytarza, lecz przepaść bez dna. Nie zdążył zahamować i wpadł w nią.
Zaczął spadać, przy czym krzyczał wniebogłosy. Podniecenie stało się tylko nieistotnym wspomnieniem. Czuł pęd wiatru we włosach, a za plecami słyszał skrobanie gałęzi w okno oraz coś jeszcze…
Był to krzyk – wrzask jego myśli, które spadały w mrok wraz z bezwładnym ciałem.
(twoja ukochana nie żyje, nie żyje, nie żyje, NIE ŻYJE!!!)
(jest martwa, słyszysz? Martwa!)
(tchórz!)
(pieprzony tchórz!)
Z ust wyrwało mu się zduszone “nie!” i wiedział, że to już koniec – wiedział, że zaraz uderzy ciałem o twarde podłoże, a następnie umrze. Najgorsze w tym wszystkim było to, że naprawdę czuł się jak tchórz…
Nie słuchając szalejących myśli, zacisnął powieki, dalej wrzeszcząc. Krzyczał ile sił w płucach, słysząc niedaleko skrobanie drzewa w szybę oraz towarzyszące im podmuchy hulającego za oknem wiatru.

2

Za oknem od niedawna robiło się ciemno, a wysokie drzewo wyginało się na wszystkie strony drapiąc w szybę, kiedy Adam Piskorski obudził się z krzykiem z popołudniowego snu. W domu nie było najcieplej, ale on spał w samej bieliźnie i ciało miał pokryte potem. Serce waliło mu jak dzwon w kościele. Nerwy miał skołatane, a myśli nadal wibrowały na wspomnienie koszmaru.
Zrobił głęboki wdech; uspokoił się trochę. Po obudzeniu przysiadł od razu i teraz zaczął rozglądać się po swoim posłaniu. Kołdra leżała obok jego ubrań na ziemi, gdzieś w nogach zawinęło się prześcieradło, a poduszki wylądowały aż pod drzwiami do łazienki. Westchnął już trochę spokojniejszy.
Gdyby mieszkał z rodziną, to swoim krzykiem przestraszyłby wszystkich. Ale, że od dawna był na swoim utrzymaniu, to nikt nie przybiegł do niego z tysiącem pytań i wyrazem niepokoju na twarzy. Bynajmniej, cieszył się z tego, ponieważ wygląd Adama mógł nasunąć komukolwiek dziwne myśli na temat polucji lub masturbacji.
Podniósł się z łóżka ruszając w kierunku ciuchów, które ściągnął przed snem.
Stanął nad nimi dotykając się ręką po chropowatej od zarostu twarzy. W tym momencie wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat, a faktycznie miał dwadzieścia sześć. Pod oczami Adama widniały ciemne sińce, wyraźnie odcinające się na tle szarych, głęboko osadzonych oczu. Usta Piskorskiego były trochę za bardzo mięsiste, a policzki zbyt pucołowate, lecz dobrze kontrastowały z równym, kształtnym nosem, dodając mu trochę powagi oraz uroku – patrzącym na niego ludziom ciągle zdawało się, że ten właśnie mężczyzna zawsze się nad czymś zastanawia. Prawie nagie ciało imponowało smukłością i wzrostem – metr dziewięćdziesiąt dwa w butach.
Ubrał się szybko w szarą koszulę flanelową oraz w granatowe sztruksy. Pod kołdrą znalazł czarne skarpetki i je też włożył. Wyszedł z pokoju nie spoglądając ponownie na łóżko – stwierdził, że zaścieli je po powrocie, zresztą oprócz tego będzie musiał się ogolić, bo przecież tak nie pójdzie na jutrzejszy pogrzeb.
Przeszedł przez krótki korytarz mijając drzwi do biura (w którym pracował jako architekt nad nowymi projektami, dostarczanymi przez rodziców co jakiś czas) oraz kuchni, by zaraz znaleźć się na ganku. Zarzucił dżinsową katanę, włożył adidasy i wyszedł na dwór. Po przekręceniu klucza w zamku opuścił podwórko prawie biegnąc.
Gałęzie drzewa ciągle ocierały się o szybę, a wiatr wzmagał swoją siłę. Nadchodził zimny, jesienny wieczór.

3

Chłodne powietrze pomagało mu ochłonąć – dzięki niemu myśli robiły się zdecydowanie spokojniejsze, a ciało powracało do dawnego stanu. W miarę upływających sekund, oraz kolejnych pokonywanych metrów, Adam odzyskiwał spokój ducha. Im bardziej oddalał się od swojego domu, tym bardziej sen bladł i wydawał się zdarzeniem, które przeżył wiele lat temu. Jego myśli wracały na dawny tor, gdzie nie było miejsca na zastanawianie się nad przykrym koszmarem, gdzie czekał na niego smutek.
Tak, pieprzony smutek – ten odwieczny, niechciany przyjaciel!
Szedł przed siebie, nie wybierając żadnego konkretnego kierunku, ani miejsca, do którego miałby ochotę iść. Jego buty uderzały o czarny asfalt, wzbijając w powietrze krótkie stuknięcia. Znajome domy oddalały się, a ich miejsce po prawej stronie chłopaka zajmowały drzewa; w świetle niedawno zapalonych latarni wyglądały na powykrzywiane cienie lub chude palce powyginane od bolesnego artretyzmu.
Po lewej Adama nadal ciągnął się rząd domów. Wszystkie budynki były dla niego obce – patrząc na nie stwierdził, że jeszcze nigdy nie zapuścił się w to miejsce. Przy pierwszym spojrzeniu pomyślał, że budowle są opuszczone, a ich mury zostawiono własnemu losowi, który nieuchronnie zbliżał je do ruiny bądź do zawalenia. Dopiero, gdy przeszedł kilkaset metrów, zauważył pierwsze światła w oknach lub mrugające promienie telewizora.
Odetchnął z ulgą. Zwolnił trochę kroku. Patrzył z nieufnością na pobliskie drzewa i wsłuchiwał się w szum poruszających się konarów. Co jakiś czas docierał do niego trzask łamanej gałęzi, pohukiwanie sowy czy odgłos maszerującego tuż przy gruncie zwierzęcia, które wybrało się na nocny żer. Pomimo wysiłku fizycznego zaczął odczuwać zimno, ale postanowił się nim nie przejmować – przynajmniej na razie, ponieważ chłód potrafił skutecznie odegnać uciążliwe myśli.
Przestał rozglądać się na boki idąc dalej przed siebie, wsłuchując się w odgłos uderzających o asfalt butów. W głowie Adama smutek odnalazł swoje dawne miejsce i przypominał mu o wszystkim, co wydarzyło się niespełna dwa dni temu. Poczuł jak na skorupie świadomości umysł wykuwa kilka, tak dręczących go słów.
(tchórz!)
(ona nie żyje – już nigdy jej nie zobaczysz!)
(jest martwa, słyszysz?!)
Tym razem ze spokojem przyjął zbuntowany głos w głowie. Znosił jego krzyki i jęki, ponieważ dla Adama zaczęło się liczyć tylko jedno – zobaczyć ją ponownie! Zapamiętany obraz ukochanej dziewczyny wyłonił się razem ze wspomnieniami, przynosząc krótką ulgę, dzięki której głosy stały się prawie niesłyszalne.

Część druga:
Nienawiść

1

Długie, czarne włosy opadały dziewczynie do samego pasa, poruszając się przy każdym kroku. Jej brązowe oczy lśniły w ostrym świetle kuchennej żarówki, a mleczną skórę miała pokrytą cieniutką warstwą potu. Wargi cały czas trwały w uśmiechu tak pięknym, że każdy mężczyzna, jaki by się jej przyglądał, poczułby ciepło pod sercem, które po kilku minutach zmieniłoby się w pożądanie bądź zaczątek miłości. W kącikach ust, od uśmiechu, robiły się dziewczynie płytkie zmarszczki niemal błagające o choć krótki pocałunek.
Biegała po kuchni w takim tempie, że każdy normalny człowiek po trzech minutach miałby dosyć i opadłby na krzesło, chcąc zaczerpnąć tchu. Jednak ona nie należała do osób szybo męczących się, tym bardziej jeśli czas ją gonił, a wykonywana czynność wymagała dobrej koordynacji oraz pośpiechu. A to, co teraz robiła, właśnie tego potrzebowało.
Czas uciekał, a ona ciągle nie była gotowa. Za niedługo on wróci z pracy i może nie zdążyć wykonać swojego zadania, a przecież na tym jej przede wszystkim zależało. Jeśli dzisiaj tego nie zrobi, to nie zabierze się za to ponownie – nie miałaby więcej siły, ani odwagi; dzika praca potrafi naprawdę wykończyć człowieka w sensie fizycznym i psychicznym.
Na samą myśl o tym, co zaplanowała, cierpła jej skóra, a ciarki wstrząsały spazmatycznie całym ciałem. Jednocześnie część duszy, oraz umysłu dziewczyny, cieszyła się z tego. Bo czemu by nie? Przecież wszyscy zasługujemy na spokój i szczęście, prawda? Każdy z nas ma do tego najwyższe prawo w szczególności, gdy przez większość życia cierpimy, kiedy winą naszego bólu nie jesteśmy my, a druga osoba. Niestety, w takich wypadkach jedyne rozwiązanie to przymus i chęć jednocześnie, żeby wziąć sprawy w soje ręce.
Dużo czasu minęło zanim sama zdecydowała się na walkę. Spędziła wiele bezsennych godzin na bezowocnym myśleniu o jakimkolwiek wyjściu z przykrej sytuacji, w jaką wpakował ją los. Leżała naga, posiniaczona i obolała na wilgotnej kołdrze, ponieważ mięśnie odmawiały wykonywania rozkazów, przez co nie miała siły na przykrycie marznącego ciała. Zresztą wtedy to było nieistotne, jak populacja stonki ziemniaczanej na terenach Ameryki Północnej. Ogólnie chłód pomagał – ukajał nerwy i przynosił częściową ulgę.
Ten wredny, nieposkromiony głos, który namawiał i nęcił, zaczął odzywać się niedawno. Na początku wydawał się jakby nieśmiały – tak cichy, że ledwo słyszalny. Z biegiem dni wzmagał się i wzmagał, aż głowa dziewczyny huczała od jego krzyków. Po miesiącach prób stłumienia go, przyszła chwila, kiedy wysłuchała szeptu pochodzącego z najgłębszych zakamarków duszy. Słuchała długo – uważnie. Na końcu stwierdziła, że wykonanie tego pomysłu faktycznie może przynieść upragnioną wolność.
Bo przecież najłatwiej jest odejść, prawda? – odejść, zostawiając po sobie zgliszcza.
Postanowiła uciec od problemów w najbardziej popularny, a jednocześnie ostateczny sposób. Marzyła, aby być wolną. Pragnęła przestać się bać. A co najistotniejsze nie chciała odchodzić sama. On przede wszystkim na to zasługuję…
Piękny uśmiech na twarzy kobiety poszerzył się jeszcze bardziej, obnażając równiutkie koronki zębów. Przystanęła na chwilę spoglądając na zegarek, który wskazywał 21:24. Zrobiła głęboki wdech pozwalając zregenerować energię organizmowi, a później utkwiła wzrok w trzech garnkach bulgoczących na gazie.
Zupa, gulasz i ziemniaki były prawie gotowe. Ich zapach wypełniał całą kuchnię, przesiąkał przez szpary w drzwiach na korytarz, aby stamtąd dotrzeć do wszystkich zakamarków mieszkania. Gdyby oprócz niej był ktoś w domu, to na pewno jego żołądek odgrywałby teraz “Nocną Serenadę” Mozarta.
Ruszyła z miejsca w kierunku wiszącej obok okna szafki. Otworzyła drzwiczki i zaczęła przewalać plastikowe pojemniki w poszukiwaniu niezbędnych przypraw. Nareszcie wyczuła znajome opakowanie. Pochwyciła je w rękę jednocześnie ruszając do kuchenki. Wsypując śladowe zawartości barwnego proszku do gulaszu, pomyślała, że ostatnich poprawek dokona tuż przed samym nałożeniem dań.
Wspaniały zapach, oraz czekający na wlanie ostatni ze składników (dotychczas ukryty w reklamówce pod zlewem), utwierdził ją w przekonaniu, że dzisiejsza kolacja zwali go z nóg.

2

Od ponad dziesięciu lat mieszkała sama z ojcem. Matka zmarła na raka układu oddechowego, gdy dziewczyna miała dwanaście lat. W ostatniej fazie choroby nowotwór tak się rozprzestrzenił, że w wyniku dekapitacji zdrowych tkanek, oskrzela oderwały się od płuc powodując śmiertelny krwotok. Umierała nie w szpitalu, lecz w domu. W sypialny swojej i męża, na ich wspólnym łóżku – jego biała pościel pokrywała się czarną krwią z fragmentami chorych tkanek. Ostatnie, bulgoczące tchnienie wydała z siebie na oczach swojej córki, która płacząc – z zamarłym krzykiem na twarzy – wzywała pomocy.
Chciała uratować matkę, lecz nie umiała. Patrzyła jak ukochana kobieta wykrwawia się we własnym łóżku, a później umiera. Ale nie to było najgorsze…
To, co najbardziej bolesne i przerażające przyszło później. Przez wiele lat czekało w ukryciu, aż w końcu znalazło wyjście – wydostało się na zewnątrz, aby zaraz zacząć niszczyć jej życie w taki sposób, że śmierć matki wydawała się przy tym prymitywną, choć bolesną, torturą.
Sprawcą wszystkiego stał się ktoś, kto powinien ją chronić – ktoś, kogo kochała równie mocno jak matkę.
Od najmłodszych lat widziała w ojcu człowieka idealnego, który pomimo przeciwności zawsze sobie radził, a na dodatek był dla niej taki dobry, taki opiekuńczy… W najsmutniejsze dni zawsze udawało mu się ją pocieszyć. Gdy płakała wycierał jej łzy jedwabną chusteczką, którą nosił w tylnej kieszeni dżinsów. Pomimo choroby żony starał się nie zapomnieć o tym, że córka również go potrzebuję i spędzał z nią tyle czasu, na ile pozowała mu ciężka sytuacja.
We wnętrz na pewno był smutny, cierpiąc razem z umierającą, ale na zewnątrz wydawał się taki sam – pogodny, wygadany, przyjacielski. Dopiero w dwa lata po śmierci matki przekonała się, jak bardzo zmieniło się jego podejście do życia… jak bardzo zmieniło się jego podejście do swojej córki.
Dniem, w którym szaleństwo znalazło ujście, a później wydostało się na zewnątrz, by podpalić cały świat dziewczyny, był 22 listopada 1997 roku – wtedy skończyła czternaście lat.
Jak każdy młody człowiek czekała na urodziny z zapartym tchem i już na kilka dni wcześniej chodziła niespokojna oraz niewyspana. Jeszcze wtedy mogła powiedzieć, że czuję się szczęśliwa. Po upływie prawie dwóch lat, od śmierci ukochanej kobiety, ból straty skrył się na dnie serca dziewczyny. Już nie płakała za nią po nocach, ani nie krzyczała do Boga ze złością, tylko czasami myślała o tych miłych momentach spędzonych razem. Początkowe cierpienie, tak trudne do zniesienia, odeszło zamieniając się w słodkie obrazy przeszłości. Wspominała ją i to było dobre – dlatego mogła cieszyć się z czegoś tak błahego, jak czternaste urodziny.
Oczywiście, w zapomnieniu pomagał jej przede wszystkim ojciec, który po pogrzebie zrobił się bardziej opiekuńczy. Dbał o nią z przesadnym lękiem, bojąc się nawet wypuścić na dwór bez opieki. Później, gdy była już starsza, często zastanawiała się czy jego lęk był autentyczny, czy tylko stanowił zapowiedź przyszłych wydarzeń.
Gdy dzień 22 listopada w końcu nadszedł cała emanowała szczęściem. Śmiała się dużo i głośno – tak naprawdę po raz pierwszy od dwóch lat. Nauczyciele w szkole spoglądali na to z pewnym zadowoleniem, ponieważ czuli, że w życiu ich uczennicy wszystko wraca do normy. Znajomi z klasy również cieszyli się z jej dobrego humoru i odbierali to jako dobrą nowinę. Jak to zwykle w przypadku szczęścia jest, nie trwa ono długo. Następnego dnia po urodzinach dziewczyna zamknęła się w sobie. Nie odzywała się do nikogo przez wiele dni, a sprawcą wszystkiego był ten, co tak często ją pocieszał.
Nawet teraz, w osiem lat później, doskonale pamiętała, jak pobiegała zaraz po szkole do domu, gdzie czekała prawie trzy godziny na powrót ojca z pracy. Gotowała w miedzy czasie obiad dla niego, podśpiewując cicho. Na młodych ustach również miała uśmiech, z taką różnicą, że był znacznie bledszy. Serce w piersi wygrywało jej radosną pieśń podniecenia oraz wyczekiwania. Dojrzewające ciało dziewczyny drżało przy każdym wdechu upajając się tym, co gotowała dla taty.
Późny obiad był już prawie gotowy, kiedy usłyszała jak samochód wjeżdża na podjazd przed domem. Serce zabiło jej jeszcze szybciej, a mlecznobiała skóra lśniła od cienkiej warstwy potu. W końcu przyjechał i ma dla mnie prezent! – coś krzyczało w duszy dziewczyny.
Wyłączyła gaz pod zupą i zabrała się do odcedzania ziemniaków (na czternaste urodziny podała je z duszonym mięsem schabowym z pieczarkami). Doskonale pamiętała, jak wszystkie zakończenia nerwowe miała napięte, jak uszy nasłuchiwały dźwięku otwieranych drzwi i kroków w korytarzu. Gdy usłyszała oddech ojca, tuż obok wejścia do kuchni, zamarła trwając w komicznej pozycji przy zlewie.
Nareszcie uchylił drzwi i wszedł do jasno oświetlonego pomieszczenia. Czternastoletnie ciało dziewczyny ponownie zaczęło się poruszać. Przechyliła trzymany w dłoniach garnek, a woda ze środka wypłynęła do zlewu parując przy tym.
– Cześć mała – rzucił zaraz po wejściu do środka.
W pierwszej chwili nie miała jak odpowiedzieć, ponieważ skupiała się na wykonywanej czynności. Uśmiech na ustach poszerzył się obnażając białe zęby.
– Co mamy dzisiaj dobrego na obiad? Wspaniale pachnie, a jestem tak głodny, że mógłbym konia zjeść – jego mocny głos nabrał delikatnej, rozmarzonej barwy.
Stał przez kilka sekund obok stołu przyglądając się córce. Patrzył jak jej sylwetka napina się przy każdym ruchu, jak porusza się z gracją pod materiałem ubrania oraz kuchennego fartucha. Podziwiał wspaniałe kształty nastoletniego ciała, które już wtedy onieśmielało idealną figurą, a z biegiem miesięcy zaokrągli się jeszcze wspanialej. Obserwując ją poczuł, że coś w nim drgnęło – jak w jego podświadomości otworzyła się dotychczas zamknięta brama, za którą skrywał najmroczniejsze pragnienia.
Odchrząknął ruszając w kierunku odwróconej plecami córki.
Dziewczyna odłożyła garnek z ziemniakami na blat przy zlewie. Odwróciła się do nachodzącego ojca i przywitała go uroczym uśmiechem.
– Cześć tato! – krzyknęła rzucając mu się w ramiona. Ucałowała go w policzek, po czym odsunęła się. Przez moment wydawało się jej, że poczuła tuż przy brzuchu nacisk czegoś twardego, ale zaraz wyrzuciła to z głowy. – Dzisiaj na obiad mamy zupę pomidorową, ziemniaki, a do nich duszony schab z pieczarkami. Do tego w lodówce stoi surówka z kiszonej kapusty.
– To wspaniale, słonko. Jeśli jest tak samo pyszne, jak pachnie, to na pewno na jednej porcji się nie skończy.
– Cieszę się, tato. Jak ci minął dzień? – spytała.
Czekając na odpowiedź spojrzała na niego.
Osiem lat temu, tego koszmarnego dnia 22 listopada, Marian Sikora był ubrany w niebieski kombinezon roboczy, na którym widniało sporo plam po oleju. Wzrostem przewyższał córkę (obecnie sięgał jej na wysokość czoła) i uśmiechał się podobnie jak ona – choć nie tak pięknie. Od chłodu na dworze miał zaczerwienione policzki, a na nosie pojawiło się kilka czerwonych żyłek. Poprzeplatane siwizną czarne, krótko ścięte włosy spoczywały w nieładzie.
– Sporo pracy dzisiaj mieliśmy. Jakiś ważniak z firmy ubezpieczeniowej przyholował do warsztatu samochód i zażyczył sobie natychmiastową naprawę. Nie rozumiem jak porządnie ubrany człowiek może takim wrakiem jeździć. Ale zdążyliśmy na czas i facet był zadowolony z tego, co zrobiliśmy – przerwał na chwilę, żeby zaczerpnąć tchu. – A mojej ulubionej Agnieszce jak minął dzień czternastych urodzin?
Wiedziała, że nie zapomniał – przecież zawsze pamiętał! Serce w piersi podskoczyło jej, a umysł trwał w błogim oczekiwaniu. Jak normalny nastolatek dziewczyna chciała dostać coś miłego na urodziny, w szczególności jeśli miała to otrzymać od ojca, którego wtedy tak bardzo kochała.
– Dzień minął mi bardzo powoli. Szkoła strasznie się dzisiaj ciągnęła, ale ogólnie miło spędziłam osiem lekcji ze znajomymi z klasy. Później, jak pewnie się domyślasz, przyszłam do domu. Czekałam na twój powrót i gotowałam – ostatnie słowa prawie wyszeptała, a uśmiech na jej twarzy zrobił się trochę nieśmiały.
Twarz ojca rozpromieniła się, ale jego piwne oczy pozostały niewzruszone. Spojrzała w nie przez chwilę i dziwnie się poczuła, jakby coś było nie tak, jakby stało się coś bardzo złego, a on nie chciał jej o tym powiedzieć. Chciała spytać, czy wszystko porządku, ale wówczas Marian odwrócił się, mówiąc:
– Teraz pójdę się przebrać i lekko obmyć. Ty w tym czasie skończysz gotować, bo jeśli będziemy tak dalej rozmawiać, to ta wspaniale pachnąca zupa pomidorowa wyparuje do końca, albo zaleje całą kuchenkę – przerwał na ułamek sekundy, a później dodał jeszcze jedno zdanie wyraźnie akcentując jego zgłoski. – Mam dla ciebie mały prezent, ale dostaniesz go po obiedzie.
Nie wiedziała czemu, ale słysząc tak mówiącego ojca zadrżała.
– Dobrze, tato – odparła, po czym odwróciła się chcąc podejść do kuchenki.
Czuła na swoich plecach jego wzrok i po raz pierwszy w swoim życiu stwierdziła, że nie lubi, jak ktoś tak na nią patrzy. Osiem lat temu zbagatelizowała to – bo przecież to tylko tata, a on nie może mi zrobić nic złego, prawda? – zajmując się wyłączaniem pozostałych dwóch palników. Zupa i duszący się schab przestały stopniowo bulgotać, a ona podeszła do garnka z ziemniakami. W tym samym momencie Marian wyszedł z kuchni, żeby się przebrać.
Agnieszka wyrzuciła z głowy dziwny niepokój. Schyliła się do szafki w poszukiwaniu długiego przyrządu do tłuczenia ziemniaków. Znalazła go prawie od razu i po wyprostowaniu zaczęła gnieść ziemniaki na jednolitą miazgę. Przy pracy wdychała cudowny zapach czekającego na zjedzenie schabu.

Przy obiedzie prawie nie rozmawiali. Od czasu do czasu odzywał się ojciec prosząc oto, żeby podać mu sól bądź pieprz. Przebrał się w potargane granatowe dżinsy oraz wytartą koszulkę z krótkim rękawem, ponieważ w domu było ciepło.
Jedli prawie półgodziny. Marian zjadł dwie porcje pomidorówki i trzy ziemniaków z duszonym schabem – przy ostatniej dokładce skończyły się pieczarki. Dziewczyna ze smakiem zjadła zupę, a ziemniaki z mięsem tylko napoczęła. Nie wiedziała czemu, ale straciła apetyt. W pewnym momencie po prostu wstała i wyspała resztki do kosza – tata nie zwrócił na to uwagi.
Po prawie trzydziestu minutach, od podania późnego obiadu, ojciec nareszcie odsunął talerz na bok, a później czknął głośno.
– Przepraszam – wyszeptał do Agnieszki, która właśnie podnosiła się od stołu, aby zacząć myć naczynia. – Pozmywasz później, córeczko. Teraz pora na prezent. W końcu masz urodziny i zasługujesz na to, żeby coś dostać.
Uśmiech ponownie zagościła na jej niedojrzałej twarzy, a serce po raz kolejny podskoczyło w piersi. Nareszcie! – chciała krzyknąć, ale na szczęście słowo pozostało niewypowiedziane.
– Mam dla ciebie prezent – urwał na parę sekund chcąc potrzymać ją w niepewności. Po udawanym zastanowieniu kontynuował – To, co tobie kupiłem jest w moim pokoju i leży na łóżku w papierowej torbie.
Odrzuciła na krzesło biały fartuch, który ściągnęła gdy mówił, i podbiegła do ojca rzucając mu się na szyję.
– Dziękuj, tato! Jesteś kochany!
– Podziękujesz mi, jak zobaczysz co to. A teraz idź sprawdź, czy ci się podoba.
Odsunęła się od niego i przed wyjściem z kuchni przyjrzała mu się – wtedy, osiem lat temu, po raz ostatni patrzyła na swojego ojca z miłością, później pojawił się żal wymieszany z nienawiścią. Zrobiła płytki wdech i wyszła na korytarz; gdy wpadła w jego mrok usłyszała jak Marian wstaje z krzesła. Pewnie chce zapalić – pomyślała.
Przebiegła krótki hol mijając drzwi do swojego pokoju, by zaraz zatrzymać się przed wejściem do pomieszczenia, w którym kiedyś spali jej rodzice, w którym dwa lata wcześniej umarła matka.
Wchodząc do środka wstrzymała na krótko oddech – drzwi były otwarte. Nie szukała włącznika swatała, ponieważ wnętrze oświetlał słaby blask księżyca, a poza tym noc nie była jeszcze na tyle ciemna; dochodziła dopiero godzina 19:30.
Zbliżała się do zasłanego łóżka, na którego białej kołdrze zauważyła sporych rozmiarów papierowe zawiniątko. Dawno nie zaglądał do tego pokoju i przy każdym kroku odczuwała pewną presję – ciężar wspomnień. Pokonując kolejne centymetry miękkiego dywanu przypominała sobie twarz matki, jej krzyki bólu, jej smutne oczy, aż w końcu krwotok, jaki doprowadził do śmierci.
Z mocno bijącym sercem opadła na posłanie. Pochylając się zgrabnie sięgnęła do zawiniątka. W tym samym momencie do pokoju po cichu wszedł ojciec, a w jego piwnych oczach błąkały się przerażające iskierki. Uśmiech pożądania wykrzywiał jego normalnie miłą twarz.
Pochylona i odwrócona tyłem Agnieszka rozdzierała papier pakowy nie słysząc jak Marian zbliża się do niej. Nareszcie opakowanie poleciało całkiem na bok, odsłaniając błyszczącą w nieśmiałym świetle księżyca folię, pod którą znajdowała się kartka z wyrysowanym na środku misiem (nad głową trzymał tabliczkę z napisem: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO ANIOŁKU!), a pod nią leżała – ładnie złożona – cienka koszula nocna w kolorze niebieskim.
Ojciec stał tuż za nią patrząc, jak wprawnie rozrywa papier, a później przygląda się temu, co kupił. To, co skrywał w sobie tyle lat wydostało się na zewnątrz i teraz obudziło w nim podniecenie oraz pożądanie do własnej córki – na samą myśl o tym odczuwał dziwną przyjemność, a nie wstyd…
Na początku była zaskoczona – bo przecież kompletnie się czegoś takiego nie spodziewała – ale zaraz jej umysł zatopił się w szczęściu. Ręce automatycznie ściągnęły folię, żeby unieść do góry prezent – karta z misiem poleciała na miękki dywan. Moja pierwsza dorosła koszula nocna, moja pierwsza koszula nocna… – krzyczało coś w duszy dziewczyny.
Teraz, w osiem lat później, wzdrygnęła się na samo wspomnienie tego, co stało się później i wyłączyła gaz pod zupą.
Gdy przyglądała się dokładnie prezentowi stwierdziła, że coś ją obserwuję. Przerażona rzuciła koszulę na łóżko chcąc się obrócić. W tej samej sekundzie poczuła jak twarda ręka dotyka jej pośladka przez materiał dżinsów. Nie było to zwykłe muśnięcie, tylko przedłużająca się pieszczota. Krzyknęła cicho, a później spojrzała za siebie, aby ujrzeć swojego ojca – coś w jego oczach zmroziło ciało dziewczyny do szpiku kości.
– Tato, co ty robisz? – spytała płaczliwym głosem.
– Nic, co by się tobie nie spodobało, córeczko. To drugi prezent ode mnie. Nie bój się – wyszeptał.
Nie miała pojęcia, co zrobić. Na początku nie próbowała się wyrywać, ponieważ jeszcze nie wierzyła, że własny ojciec może zrobić jej coś złego. Dwie następne godziny całkowicie odmieniły zdanie Agnieszki na ten temat, a co gorsza spowodowały, iż zapałała czystą nienawiścią do osoby, którą przecież tak bardzo kochała!
Marian złapał ją mocno za biodra, wpychając całkiem na łóżko. Dziewczyna krzyknęła, a później zaczęła szlochać spazmatycznie.
– Uspokój się, kochanie. Nie zrobię ci nic złego. Któż to wie, może nawet to polubisz? – powiedział. Nigdy nie umiał dobrze kłamać i w jego głosie dało się słyszeć, że sam nie wierzy w to, co mówi. Na dodatek zapomniał dodać, iż jemu na pewno przypadnie to do gustu.
Jednym ruchem odwrócił swoją córkę na plecy kładąc się obok niej; leżeli na rozpakowanym prezencie. Drżącymi placami rozpinał guziki jej białej bluzki odsłaniając gładkie, niedojrzałe ciało. Dziewczyna płakała. Chciała wrzeszczeć o pomoc, ale strach sparaliżował ją całkowicie. Najgorsze wydawało się to, że Marian w ogóle nie zwracał uwagi na szloch.
Rozbierając ją spieszył się po części z rosnącego pożądania i strachu, jednak podczas następnych gwałtów nie będzie odczuwał takiej presji, tym bardziej, gdy przekona się, że Agnieszka nikomu nic nie powie.
Po upływie czterech minut dziewczyna leżała całkiem naga. Jej mlecznobiała skóra lśniła w świetle księżyca, a sylwetka drżała ze strachu. Nie przestała szlochać, gdy ojciec zaczął muskać drobne piersi, później brzuch i niżej, gdzie podczas mycia tak bała się spoglądać i dotykać. A teraz mężczyzna, który był jej ojcem, wkładał tam palce dysząc przy tym.
W przypływie rozpaczy próbowała się wyrwać, ale on wprawnie pochwycił ją z powrotem. Tym razem krzyknęła raz i drugi.
Uderzył ją w twarz. Jego oczy mówiły, żeby nie komplikowała tego i leżała spokojnie. Więcej nie wrzasnęła, tylko pochlipywała cicho. Jedną rękę przyłożyła do obolałego policzka. Drugą miała uwięzioną przez ciało Mariana.
Ojciec sięgnął swoją dłonią do spodni. Rozpiął je, razem z bielizną pociągając w dół. Dziewczyna zobaczyła jak coś groteskowo sterczy z jego krocza. Widziała to tylko przez moment, ponieważ on położył się na niej. Był ciężki, ale dla dziewczyny wszystko dookoła stał się kompletnie nieistotne. Chciała zniknąć! Zapaść się pod ziemię! Lecz nie mogła, więc musiała znieść wszystko do końca. W jej głowie rozbłysła ulotna myśl: gdzie jest Bóg, gdy dzieje się coś takiego, gdzie On jest do kurwy nędzy?!
Strumień żalu wymieszany z nienawiścią przerwał się w momencie, w którym ojciec zanurzył w nią tę groteskowo stojącą rzecz. Zacisnęła usta z bólu, a w głowie wirowały jej konstelacje nieznanych gwiazd. Pierwsze pchnięcie przebiło błonę dziewiczą powodując krwawienie – przy każdym poruszeniu mężczyzny czuła jak drobny strumyczek krwi spływa po udzie.
Bolało ją tak bardzo, że razem z ustami musiała zacisnąć zęby, lecz pomimo tego cierpienie wcale się nie zmniejszyło. Słyszała jak Marian dyszy – od tego dnia 22 listopada 1997 roku ten odgłos prześladował ją na jawie oraz w snach.
Pocił się ze zmęczenia, a ona leżała pod nim bezruchu szlochając. Czekała na jakąkolwiek pomoc, ale nic się nie stało. Ciągle była w pokoju z własnym ojcem, który gwałcił ją nie zważając na płacz, nie przejmując się jej bólem – a może doszedł już do takiego punktu, że wszystko dookoła zrobiło się dla niego mało istotne, a liczyło się tylko zaspokojenie tego pieprzonego pożądania?
Pomimo bólu odczuwała każdy jego ruch, to jaki jest spocony i twardy. Umysł dziewczyny rejestrował poszczególne pchnięcia reagując na nie kolejnymi falami cierpienia. Myślała, że nigdy nie przestanie, kiedy tata zaczął głośniej dyszeć, przy czym szarpnął się konwulsyjnie kilka razy zadzierając ją do góry. W jej wnętrzu rozlało się coś mokrego i gęstego – tak samo jak krew ściekało później po udach, ale było bardziej obrzydliwe.
Nie zszedł z niej, tylko opadł ze zmęczenia, przygniatając Agnieszkę swoim ciężarem. Sapał dziewczynie tuż przy uchu, a ona wzdrygała się słysząc to. Jej umysł wypełnił się nienawiścią do niego, a co najgorsze wstydem i potępieniem do samej siebie…
Po dziesięciu minutach przerwy zaczął cały rytuał od początku. W ciągu najbliższych dziewięćdziesięciu minut zgwałcił ją jeszcze trzy razy, a to był dopiero początek – cykl miał trwać osiem lat, aż do tego wieczoru, kiedy dziewczyna postanowiła ugotować dla niego wspaniała kolację.
Przez te osiem pieprzonych lat cierpiała, lecz w końcu nadeszła pora na to, żeby z tym skończyć i odejść tam, gdzie zazna spokoju…

3

Najłatwiej jest odejść, zostawiając po sobie tylko zgliszcza – pomyślała ponownie, przy czym spojrzała do gotującego się sosu.
Pachniał wspaniale, a co najbardziej istotne był już gotowy. Zanurzyła w nim łyżeczkę, napełniła gęstym brązowym płynem, a następnie uniosła do ust. Smakował lepiej niż pachniał. Interesującego posmaku dodały mu grzyby – zbierane w pobliskim lesie, a nie kupowane na bazarze lub w supermarkecie – oraz gama przypraw jaką wsypała zaraz na początku gotowania. Na pewno mu zasmakuje.
Jednym ruchem ręki zmniejszyła gaz pod garnkiem z sosem. Na dodanie czekał jeszcze jeden składnik, który wyniesie prostą potrawę na szczyt kulinarnego rzemiosła.
Wszystkie wspomnienia, tego wieczoru sprzed prawie ośmiu lat, ponownie schowały się w jej podświadomości, umożliwiając dokończenie gotowania. Lecz, gdyby przystanęła nawet na parę sekund, to noce, od momentu w którym skończyła czternaście lat, powróciłby z siłą nadjeżdżającego pociągu.
Teraz, gdy umysł przypomniał jej, dlaczego ma zamiar zrobić coś tak drastycznego, poczuła się jeszcze lepiej i nie mogła się nie uśmiechać. Najwyższa pora odwdzięczyć się za to wszystko, co od niego dostała – za prezent z 22 listopada 1997 roku, za każdy wieczór wypełniony płaczem, nienawiścią, wstydem oraz bólem; najwyższy czasu wystawić tatusiowi rachunek, bo przecież za to, co kupimy trzeba prędzej czy później zapłacić.
Zupę wyłączyła pięć minut temu (w chwili, gdy wspominała pierwszy z serii gwałtów), a teraz zrobiła to samo z ziemniakami. Już myślała, że nigdy się nie ugotują i zaczynała się powoli denerwować.
Na zegarku w kuchni dochodziła właśnie godzina 21:45. Za mniej więcej pięć minut powinien wrócić. Już wczoraj wiedziała, że dzisiaj się spóźni, ponieważ jakiś ważny klient miał przyjechać do warsztatu i mieli razem dogadać ostatnie szczegóły dotyczące naprawy maszyn produkcyjnych.
Tak naprawdę gówno ją to obchodziło, ale dzięki jego spóźnieniu zyskała sporo czasu.
Uniosła garnek z gotowymi ziemniakami, zbliżając się do zlewu. Odlała niepotrzebną wodę wzbijając sporą chmurę pary, odłożyła pojemnik na stół obok, aby zaraz zacząć tłuc jego zawartość. Podczas wykonywania tej czynności wyglądała podobnie jak osiem lat temu: jej zgrabna sylwetka, ukryta pod granatowymi dżinsami, różową bluzką i białym fartuchem, falowała przy każdym ruchu, tylko ciało miała wyższe oraz bardziej krągłe niż wówczas. Na szczęście tym razem nikt się jej nie przyglądał.
Skończyła tłuc ziemniaki. Odstawiła garnek całkiem na bok, gdzie zmuszony był czekać do nakładania posiłku. Teraz pora na ostatni składnik – stwierdziła, po czym zanurkowała w stronę szafki pod zlewem. Wprawnym ruchem otworzyła dębowe drzwiczki, włożyła do środka rękę i wyciągnęła czarną reklamówkę ze znakiem Adidasa na boku. W worku ukryto coś ciężkiego.
Wyprostowała się. Odłożyła torbę na blat stołu, a później odetchnęła ciężko. Serce waliło jej jak młot w kamieniołomach, wydając przy tym tyle hałasu, co maszerujący pułk piechoty. Nie miała czasu na zastanawianie, więc wyciągnęła ze środka dwulitrowy plastikowy pojemnik – w środku coś zachlupotało.
To, co wydobyła spod zlewu, było równie czarne jak reklamówka, a na środku producent ostrzegawczo wyrysował białą czaszkę z dwoma piszczelami pod spodem – pod czaszkom widniały jeszcze trzy inne emblematy: przekreślona dłoń, kosz na śmieci oraz szklaneczka unosząca się do ust człowieka.
Agnieszka Sikora w życiu nie widziała tyle ostrzeżeń na jednym opakowaniu. Zadrżała.
Przekręcając w dłoniach pojemnik bała się, ale z ciekawości chciała sprawdzić, czy środek mam faktycznie takie działanie, jak to opisał sprzedający na aukcji internetowej – globalna sieć to piękne miejsce, można w niej znaleźć i kupić po prostu wszystko; nawet największy wykolejeniec znajdzie coś dla siebie (od narkotyków, przez zdjęcia molestowanych zwierząt oraz dzieci, po fotografie zmarłych w tragiczny sposób ludzi).
Z tyłu dwulitrowego zbiorniczka widniała nazwa produktu wypisana pogrubioną czcionką: “ReD-RuM”.
Przyjrzała się po raz drugi dziwnemu słowu czując jak skóra marszczy się jej z zimna. Zaczęła czytać ostrzeżenie zamieszczone na opakowaniu. Napisano je w trzech językach: angielskim, niemiecki i polskim.
“Zawartość dwulitrowego pojemnika – zaczynało się ostrzeżenie – to produkt nazwany przez naszą firmę ReD-RuM. Ze względów na toksyczność płynu nie podajemy składu chemicznego, chcąc zaniechać prób jego odtworzenia. Produkowany przez nas środek służy przede wszystkim do przeczyszczania rur systemu kanalizacyjnego rozległych kompleksów sanitarnych. Bez żadnych przeszkód usuwa wszelkiego rodzaju zatory, kamień czy rdzę, konserwując przy tym powierzchnię, do której został wprowadzony. Przy stosowaniu preparatu wskazane jest zachowanie pełnej ostrożności. Nie należy dotykać rozlanego płynu, wdychać jego oparów ani spożywać. Każdy, nawet najkrótszy kontakt, może doprowadzić do poważnych uszkodzeń ciała i przewlekłych chorób. Po dostaniu się środka do organizmu trzeba niezwłocznie zgłosić się do najbliższego lekarza. Nadmiar spożytej substancji może doprowadzić do śmierci. Zużyte opakowanie wyrzucać tylko do oznaczonych pojemników na śmieci. Produkt jest bezbarwną cieczą, nie wykazującą smaku ani zapachu. Jego opary stają się toksyczne po około piętnastominutowym kontakcie z tlenem. Objawy po zatruciu: gwałtowne torsje, zabarwione na czerwono gałki oczne, krwotok z nosa (…)”
W chwili, gdy zbliżała się do końca wyliczonych objawów klinicznych zatrucia, usłyszała jak samochód ojca wjeżdża na podjazd. Odstawiła w pośpiechu czarny pojemnik i dużym nakładem sił odkręciła nakrętkę – po uniesieniu jej do góry coś pyknęło.
Nie zastanawiając się nad tym, co robi, zbliżyła się po raz kolejny do kuchenki (miała już dosyć tego ciągłego biegania w kółko). Pochyliła zbiorniczek z trującym płynem i wlała go do sosu. Nie oszczędzała cieczy. Specjalnie ugotowała mniej sosu, aby zostawić sobie miejsce na dodanie Najważniejszego Ze Składników. Zanim usłyszała kroki przy drzwiach frontowych zakręciła pojemnik. Włożyła go z powrotem do torby, chowając pod zlewem.
Wyprostowała się w momencie, gdy on wszedł do domu.
Żeby uniknąć zmiany smaku w sosie, dodała jeszcze trochę przypraw. Pieprz, sól, “wegeta”, powinny załatwić sprawę. Zamieszała danie łyżką. Nie śmiała go spróbować, osądzić potrawę miała tylko jedna osoba.
Wsłuchując się w odgłos kroków na korytarzu wyciągnęła trzy talerze. Jeden do sosu i ziemniaków dla ojca, dwa do zupy dla niego oraz dla niej (musiała coś zjeść dla niepoznaki). Do głębokich talerzy nalewała zupy – 19 listopada 2005 roku była to ogórkowa – kiedy on uchylił drzwi, a później wszedł do kuchni.
– Cześć, córeczko! – krzyknął.
– Cześć, tato – mruknęła.
– Nawet nie wiesz, jaki głodny dzisiaj jestem…
(pewnie tak bardzo, że zjadłbyś konia z kopytami, co?)
– No nie wiem, ale sądzę, że mi powiesz? – powiedziała na głos.
Marian nie odpowiedział, ale spojrzał na nią. Jak zawsze coś w jego wnętrzu drgnęło, a w głowie poczuł przyjemny szum narastającego podniecenia. Już wiedział, co za deser weźmie sobie wieczorem.
Do tej pory cały czas była odwrócona plecami, ponieważ kończyła nalewać zupę oraz nakładać ziemniaki na talerz, ale teraz odwróciła się do niego. Nienawidziła jak ktoś na nią patrzył tak, jakby pieprzył ją samym spojrzeniem. Udało się jej wywołać na twarzy uśmiech, ale tylko dzięki temu, że przypomniała sobie objawy zatrucia: gwałtowane torsie, krwotoki….
Położyła dwa talerze z zupą na stole przy ścianie kuchni.
– Jakbyś mógł, to wyciągnij z szuflady sztućce, a ja poleje ziemniaki dla ciebie sosem – rzuciła.
Nie mówiąc nic podszedł do szuflady i grzebał w niej. Teraz ona patrzyła na niego. W ciągu tych ośmiu lat zmienił się niewiele. Przede wszystkim we włosach pojawiła się większa ilość siwizny, a na twarzy głębokie zmarszczki. Z biegiem miesięcy garbił się coraz bardziej, przez co wydawał się jeszcze niższy od córki.
Agnieszka zabrała się za polewanie ziemniaków sosem. Nalała go dużo, aż prawie się wylewał – co mu będzie żałować, prawda?

4

Ona zjadła zupę i wstała od stołu. Nie chcą słuchać jego siorbania wyszła z kuchni do łazienki. Teraz uśmiechała się prawie machinalnie, jakby należała do jakiegoś stowarzyszenia fanów Jokera.
Zanim odeszła od stołu on zdążył zjeść zupę oraz dwie porcje ziemniaków z sosem – najwidoczniej nie czuł różnicy, ponieważ chwalił ją bez przerwy. Wszystko szło po jej myśli. Dziewczynę cieszyła perspektywa tego, że sam na pewno weźmie sobie kolejne dokładki Specjalnego Dania.
Zapaliła światło w łazience. Zbliżyła się do półki nad zlewem i wygrzebała z koszyka na leki trzy opakowania tabletek. Z każdego z nich uśmiechała się do niej nazwa Relanium – pakowane po dwadzieścia sztuk. Wsunęła je do przedniej kieszeni fartucha, a później zgasiła światło. Wyszła z łazienki.
Ojciec brał Relanium na uspokojenie od dwóch lat. Co za ironia, że dopiero teraz posłuży się tabletkami do wykonania swojego planu.
Nie poszła od razu do kuchni, żeby zobaczyć jak obiad smakował Marianowi. Najpierw udała się do jego pokoju (kiedyś zajmowanego także przez ukochaną matkę, za którą nadal płakała w zimne noce, gdy leżała naga na łóżku, czując jak nasienie wypływa jej z pochwy). Jak prawie osiem lat temu, dzisiaj również wnętrze rozświetlał księżyc, dlatego nie musiała zapalać światła.
Znalazła butelkę wódki, którą ojciec trzymał na nocnym stoliku. Przy zażywaniu czterdziestu trzech powlekanych tabletek – pozostałą część zużył on – popijała jej solidnymi łykami alkoholu. Za każdym razem krzywiła się z niesmaku.
Wlewała w siebie wódkę powoli, aby nie zwymiotować.
Unosząc trunek pierwszy raz do ust butelka była prawie pełna, a gdy go odłożyła ubyło w niej blisko jedną trzecią srebrzystego płynu. W końcu mogła ruszyć do kuchni. Chciała popatrzeć, jak faktycznie działa ReD-RuM. Miała tylko nadzieję, że sprzedawca nie wcisnął jej czystej wody…
Poruszała się chwiejnym krokiem, zastanawiając się nad tym ile zostało jej czasu. W pokoju ojca zostawiła po sobie porozrywane opakowania po lekach.

5

Marian był strasznie głodny, a dzisiejszy obiad smakował mu tak dobrze, że mógłby go jeść bez końca. Łącznie wmusił cztery dokładki i gdy kończył ostatnią poczuł się dziwnie…
Najpierw zaczęło się od najzwyklejszych mdłości wymieszanych z bólem głowy, którym towarzyszył dźwięk śpiewających ptaków. Później przyszła pora na zaburzenie widzenia połączone z brakiem siły do czegokolwiek – trzymany w dłoni widelec wypadł mu z bezwładnych palców. Jego umysł pracował na wolnych obrotach, a oczy zasnuwały się gęstą mgłą.
Dzieję się ze mną coś dziwnego – pomyślał.
Mdłości zmieniły się w gwałtowane torsje. Z braku sił nawet nie próbował się podnieść z kuchennego krzesła. Zgiął ciało, otworzył usta i zwymiotował we własny talerz, gdzie widniały resztki ziemniaków; ochlapał sobie przy tym roboczy kombinezon w zielonym kolorze, którego nie ściągnął po wejściu do domu.
Zwymiotował po raz drugi. Do kuchni, na trochę chwiejnych nogach, weszła Agnieszka. Jej oczy nabrały niebezpiecznego blasku.
– Niedobrze mi jakoś – wybełkotał do niej.
– Wiem. Tak działa środek, który dodałam do sosu. Czeka cię bolesna śmierć, tato – odpowiedziała z uśmiechem.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zwymiotował ponownie. Później opadł głową na stół, lecz nie pozostał na nim długo – zaraz ześlizgnął się z krzesła. Upadł na plecy dysząc ciężko, brodząc we własnych wymiocinach. Z ust spływała mu żółć.
Spojrzała mu w oczy. Dostrzegła w nich ból. Białko dookoła tęczówki miał całkowicie czerwone. Z nosa wypływała krew.
Czuł jak dodana do potrawy trucizna go zabija. Trawiła wnętrzności, które pękały od jej działania powodując krwotoki wewnętrzne. Nieustannie wymiotował krztusząc się przy tym – papka wydobywająca się z ust stawała się z każdą sekundą mocniej zaczerwieniona. Jęczał chrapliwie z bólu.
– Dla-dla-dlaczego? – wyjąkał w przerwie między torsjami, połykając gorzką żółć.

6

On mnie pyta dlaczego! – krzyczał jej pijany umysł. Przełykając gęstą ślinę odezwała się do niego ostatni raz.
– I ty mnie pytasz czemu? Nie wiesz? Aż tak tępy jesteś, że nie możesz pojąć co doprowadziło do takiego zakończenia?! To nagroda dla ciebie za te ostatnie osiem lat. Za każdą noc, podczas której mnie gwałciłeś! Gdy leżałam na łóżku naga, obolała, z twoim nasieniem w sobie! To jest mój prezent dla ciebie, skurwysynu! Nienawidzę cię, choć kiedyś tak bardzo kochałam! – splunęła mu w twarz i rozpłakała się.
Opuściła wzrok. Usiadła na krześle nie patrząc na śmierć ojca, czekając na swój upragniony koniec.
Marian, nawet gdyby chciał, to nie mógł już mówić. Oczy miał zamknięte, a ciałem wstrząsały ostatnie spazmy. W środku jamy brzusznej zrobiła się krwawa miazga. Cienki strumyczek z nosa zamienił się gęsty potok. Na policzkach dostał rumieńca. Czoło miał tak rozpalone, że temperatura sięgała pewnie czterdziestu stopni.
Drgnął ostatni raz i umarł. Podczas przedśmiertnego świstu wypuszczanego powietrza wypróżnił się. Człowiek, który gwałcił własną córkę, odszedł dostawszy to, na co zasłużył. Prędzej czy później musimy zapłacić za to, co kupiliśmy.
Agnieszka siedziała płacząc. Sama nie wiedziała, czy to łzy żalu czy szczęścia. Koniec się zbliżał i dla niej – czuła to. Zrobiło się jej niemiłosiernie gorąco. Oczy, jak ojcu, zasnuwały się mgłą, a umysł zwalniał swoją pracę. W odróżnieniu do niego jej śmierć była prawie bezbolesna, a przyszła wtedy, gdy lekko opuściła głowę. Płuca po prostu przestały pracować – ich funkcje blokował nadmiar Relanium we krwi, wspomagany przez alkohol.
Bezwładny organizm opadł na stół – naprzeciwko miejsca, gdzie siedział wcześniej Marian – z którego mieli podnieść dziewczynę policjanci, ale dopiero za dziewięć godzin.
Z pięknych, otwartych oczu spłynęło kilka łez. Umarła, nareszcie zaznając spokoju. Po tylu latach mroku dusza dziewczyny dostrzegła światło i mogła być naprawdę szczęśliwa w miejscu pozbawionym gwałtów oraz przemocy…
Na głośno tykającym zegarku ściennym zbliżała się godzina 22:41.
Najłatwiej jest odejść, zostawić po sobie dymiące zgliszcza – lecz czasami nawet z nich potrafi buchnąć spory płomień parzący nie nas, ale osoby żyjące tuż obok. Tym bardziej, jeśli w czyimś sercu zakwitnie niespełniona miłość…

Krótkie interludium:
Niedokończony spacer

1

Adam Piskorski drgnął z zaskoczenia. Podczas przypominania sobie wydarzeń z ostatnich dwóch dni całkowicie stracił poczucie czasu i dopiero padający deszcz wyrwał go z zadumy. Nadal było zimno, a brak ciepłego stroju powodował drgawki rąk. Starał się tym nie przejmować, ale kapiące z nieba krople przypominały mu, że dookoła rządzi chłód.
Do niedawna towarzyszące chłopakowi drzewa po prawej, oraz zniszczone domy po lewej, zniknęły pozostawiając odkrytą przestrzeń. Teraz droga ciągnęła się przez polanę – jeszcze sporo czasu minie nim pokryją ją asfaltem, więc jego obuwie przestało uderzać o twardą nawierzchnię. Razem z domami zniknęły także latarnie rozświetlające noc.
Gdzie ja jestem? – zastanawiał się.
(bardzo dobrze wiesz gdzie!)
Obraz ukochanej odszedł, ale na jego miejsce powrócił nieposkromiony głos z najgłębszych zakamarków umysłu. Przeszedł go dreszcz. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że faktycznie wie dokąd idzie.
(na cmentarz!)
Tak na cmentarz – chciał odkrzyknąć, ale postanowił zignorować wewnętrzny szept.
Dopiero teraz zastanowił się na tym, że tak naprawdę od początku chciał dotrzeć aż tutaj – na miejsce, gdzie jutrzejszego poranka pochowają zwłoki ukochanej przez niego kobiety. Pragnął ujrzeć to mroczne miejsce, poczuć jego klimat i zobaczyć, czy bez problemu da się wejść na jego teren w nocy. Podejrzewał, że tak, ale czy na pewno…
Po prawej stronie, około trzystu metrów przed nim, zamajaczył nareszcie kształt tylniej bramy miejskiego cmentarza. Nigdy nie wchodził od tej strony i panująca dookoła pustka przerażała go. Do samego wejścia nie rosły żadne większe rośliny; skraj drogi, oraz otaczającą ją polana, pokrywała tylko wysoka trawa – szumiała przy podmuchach wiatru, uginając się od ciężaru padającego deszczu.
Zbliżając się do wejścia myślał o tym, jakie wspomnienia dzisiaj podsunął mu umysł. Zagłębiając się w powracające obrazy pragnął zobaczyć tylko twarz ukochanej dziewczyny, ich każde (przypadkowe) spotkanie.
Szokowały go szczegóły jej śmierci, które policja podała do opinii publicznej. Sporo informacji, przede wszystkim dotyczących powodów samobójstwa i śmierci ojca, dowiedziano się z listu, jaki zostawiła po sobie oraz z zapisków w pamiętniku.
Nie chciał wspominać Agnieszki w taki sposób, ale jak widać jego umysł był dzisiaj nie do powstrzymania. Jeszcze ten głos… ten przeklęty głos, który ma w sobie coś złowieszczego, a jednocześnie prawdziwego.
Jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny i opuszczony. Tak bardzo czekał na bliskość tej jedynej osoby, a ona odeszła zanim zdążył jej powiedzieć o swoich uczuciach. Gdy tylko myślał o Agnieszce serce podskakiwało mu w piersi. Najmilej wspominał dzień, w którym się poznali…
(tchórz!)
Szept był cichy, ale dobitny. Wyrwał Adama z zadumy i ten spojrzał przed siebie. Z zaskoczeniem stwierdził, że właśnie dotarł do tylnej bramy cmentarza. Pierwsze, co rzuciło się chłopakowi w oczy, to to, że brama zwisała krzywo, a co najważniejsze wydawała się tak zdemolowana, iż niemożliwa do zamknięcia.
Coś mrocznego w duszy chłopaka poruszyło się.
Nie myśląc o niczym podszedł do bramy. Właśnie miał przez nią przejść, kiedy po lewej stronie – między kupką wysuszonej trawy uginającej się od deszczu – dostrzegł kwiatek.
Krople zimnej wody wpadały mu za kołnierz koszuli, dając do zrozumienia, że nie śni. Przecież jest ciemno, a księżyc zasłoniły chmury, to jakim sposobem go widzę? – zastanawiał się. Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, ale patrząc na drobny kwiatek odrzucił pomysł wejścia na teren cmentarza. Podszedł do kupki trawy, z której wyrastał, chcąc przyjrzeć mu się lepiej.
Schylił się, odgarnął trawę, a następnie dotknął palcami kwitnącej rośliny. Pomimo chłodu, oraz jesieni, kwiat wyglądał zdrowo, a jego kielich zdawał się wręcz pochylać do Adama.
Pomimo mroku mógł stwierdzić, że to Niezapominajka. Pięć drobnych, niebieskich płatków składało się na cały kwiat. Rósł pojedynczo, co jest raczej dziwne w przypadku Niezapominajki, ale dla oglądającego nie stanowiło to żadnej różnicy. Gdy tylko dotknął opuszkiem palców jednego z płatków odleciał. Natłok myśli wypełnił głowę, a szare oczy roziskrzył się dziwnym blaskiem.
Szept z najgłębszych zakamarków duszy przemówił do Adama z niespotykaną wcześniej mocą; był silny, kojący i zachęcający jednocześnie.
(zrób to! zrób!)
(wtedy ponownie ją zobaczysz, słyszysz?!)
(zrób to!)
(jeśli nie posłuchasz, to zawsze będziesz Tchórzem!)
(samotnym Tchórzem!)
Na początku nie wiedział, co miał zrobić – przecież ona nie żyła! – ale głos, tym razem dochodzący z wnętrza błękitnego kwiatu, wszystko wytłumaczył. Mówił powoli, ze szczegółami, a serce Adama wypełniało się przekonaniem, że to jest właśnie to, bo przecież każdy zasługuję na szczęcie, prawda?
W głowie wirowała mu paleta barw, ale kiedy wstał zelżała trochę. Już nie czuł się smutny – widział, co zrobić! Postanowił dzisiaj nie wchodzić na teren cmentarza, wróci tu jutro na pogrzeb, no i oczywiście wieczorem. W nocy, gdy nikt go nie zobaczy…
Odwrócił się od Niezapominajki, która błyszczała jaskrawym światłem, ruszając w drogę powrotną do domu. Pora się przespać – wypocząć przed jutrzejszą dziką pracą.
Ciągle odczuwał w sobie przyjemną moc.
Szept nie zniknął, tylko dalej mówił. Teraz Adam przyjmował go z czystą rozkoszą, nie zaważając na chłód oraz padający deszcz. Część trzecia:
Nie zapomnę – nigdy!

1

Pogrzeb Agnieszki Sikory był uroczystością krótką i wzruszającą. Jej długość uwarunkowała przede wszystkim nienajlepsza pogoda, a płacz zebranych spowodowało płomienne, pełne wyrzutów oraz nieskrywanego żalu, kazanie księdza. Do kościoła dotarło sporo ponad dwieście osób – znajomych ze szkoły i uczelni, nauczycieli, sąsiadów, itd. Każdy darzył ją sympatią, a ich smutek pogłębiały słowa kapłana, dlatego po prawie piętnastu minutach homilii niemal wszyscy mieli w oczach choć kilka łez. Wśród najbardziej rozpaczających znalazł się oczywiście Adam.
Cały tekst kazania wysłuchał z narastającym smutkiem, tym bardziej, że słowa księdza wydawały się pochodzić wprost z samego serca. Oprócz tego ton jego głosu świadczył, że doskonale rozumie wybór dziewczyny, choć go nie pochwala. Po trwającym około trzydzieści minut nabożeństwie (było ono krótkie, ponieważ zgodnie z zasadami religii katolickiej samobójcom nie przysługuję normalna msza pogrzebowa) zebrani udali się na cmentarz, oddalony od kościoła o dwa kilometry.
Jeszcze nie padało, ale przesuwające się na niebie kłębiaste chmury zapowiadały nadchodzącą ulewę. Żałobnikom doskwierał za to chłodny, porywisty wiatr, który nie miał w sobie litości i dął w tłum ludzi z ogromną siłą. Targał połami ich ubrań, wywracał poustawiane na cmentarzu znicze, wazony z uschłymi kwiatami oraz unosił do góry opadłe z drzew liście.
Kościelny zapał księdza gdzieś zniknął. Stojąc nad polakierowaną, błyszczącą trumną mówił szybko, a wcześniejszą charyzmę chyba wywiał wiatr. W jego końcowych słowach brakowało własnych przemyśleń, czy spostrzeżeń, a ich miejsce zastąpiły utarte frazesy z książeczki do nabożeństw. Po końcowej modlitwie za dusze zmarłej ruszył z czterema ministrantami z powrotem na plebanie. Tuż zanim podążali pozostali ludzie.
Został tylko Adam – nawet niewielka część rodziny odeszła.
Stał nad świeżo uformowanym kopcem – jego powierzchnię skrywały liczne wieńce, a z boku przyświecała niezliczona ilość zniczy – płacząc za kobietą, spoczywającą od kilku chwil pod warstwą wilgotnej ziemi. Wychodzący z cmentarza zatrzymywali się co jakiś czas, aby spojrzeć na niego. Następnie odchodzili z fałszywym poczuciem wykonanego obowiązku. Smucili się z powodu śmierci Agnieszki, lecz ich żal był bardzo krótkotrwały. W przypadku Piskorskiego nie wydawało się to takie proste.
Ignorował spływające po zimnych policzkach łzy oraz wiejący wiatr. Pomimo, że od kilku lat nie chodził do kościoła, to dzisiaj modlił się. Jednak kolejny raz nie dostąpił ukojenia. Zamiast tego smutek stał się bardziej dobitny, jakby żył własnym życiem, żywiąc się jego złym samopoczuciem.
W pewnym momencie powróciły głosy. Tym razem wręcz krzyczały, przypominając mu, że istnieje nadzieja, żeby zobaczyć ją ponownie. Adam w pełni się z nimi zgadzał. Już wiedział, co musi zrobić. Na upartego człowiek zawsze znajdzie jakieś wyjście ze złej sytuacji, nawet gdyby miało być nieprzyjemne bądź groźne dla życia…
Gdy głosy w końcu umilkły postanowił wrócić do samochodu. Podszedł do krzyża omijając wiązanki oraz znicze, pochylił się do tabliczki i przekrzywiając lekko głowę w lewo pocałował napis na niej. Wyprostował się i na odchodnym spojrzał na prosty kopiec zwieńczony krzyżem.
Przeczytał kilka wyrazów na czarnej tabliczce, które za każdym razem wstrząsały nim. Człowiek jest czymś więcej niż tylko imieniem, nazwiskiem oraz dwiema datami, a po śmierci traktowany jest jak coś nieważnego, jako coś, co przemija bezpowrotnie, smutne – pomyślał.
– Dołączę do ciebie, skarbie. Już niedługo wtulimy się w swoje ramiona, aby ukoić smutek – szepnął, po czym odwrócił się ruszając w kierunku głównej alei, a później w stronę wyjścia z cmentarza.
Po drodze nie myślał o niczym, ale oprócz gorączki i bólu głowy czuł coś jeszcze, jakby wewnętrzną moc do tego, co chciał zrobić.

2

Na przednią szybę powoli jadącego samochodu zaczęły opadać pierwsze krople deszczu. Na początku było ich niewiele – wydawały się prawie niewidoczne, a tę iluzję pogłębiała ich mała objętość. Z biegiem minut niebo wypuszczało z siebie więcej wody, która zalewała całe miasto i jego okolice. Granatowy Fiat Punto (rocznik 2003) jechał powoli, ponieważ daleko przed nim ktoś miał wypadek i grupa policjantów puszczała co jakiś czas tylko kilka samochodów. Gdyby kierowca przyśpieszył, to za około trzysta metrów utknąłby w krótkim korku.
Adam Piskorski przez padający deszcz widział coraz mniej, więc włączył wycieraczki.
W środku pojazdu było ciepło, a co najważniejsze sucho. Nie wyobrażał sobie dzisiaj spaceru – od wczorajszego wieczoru pokasływał, a z nosa ciekło mu jak z nieszczelnego kranu, którego nawet najlepszy hydraulik nie mógł naprawić. W głowie czuł pulsujący ból, któremu towarzyszyła lekka gorączka, rozpalająca jego ciało od wewnątrz. Jednym słowem czuł się po prostu paskudnie i gdyby nie pogrzeb, to nie ruszałby się w ogóle z domu.
Ustawił prace wycieraczek na wyższą częstotliwość, ponieważ drobny deszczyk w końcu zmienił się w prawdziwą ulewę. Następnie zredukował bieg z trójki na dwójkę. Dwadzieścia na godzinę, cóż za mordercza prędkość – pomyślał. Pomimo smutku, wywołanego pogrzebem, oraz złego samopoczucia uśmiechnął się na widok trzech moknących policjantów.
– Co za pieska robota – powiedział do siebie i roześmiał się w głos. Śmiech był pozbawiony wesołości. Wypełnił wnętrze samochodu na krótko, a jego brzmienie przypominało bardziej odgłos śrubokręta ześlizgującego się po kawałku blachy, niż cieszącego się człowieka.
Nienawidził jeździć po mieście i to jeszcze w taka pogodę! Patrząc na sznur ciągnących się przed nim samochodów stwierdził, że pewnie nie jest osamotniony w tych odczuciach. Bardziej zwalniając ściągnął rękę z gałki zmiany biegów, a później sięgnął do radia. Zaraz po włączeniu rozległ się głos spikera, a tuż po nim Celin Dione zaczęła odśpiewywać “The power of love”.
Adam mimowolnie wsłuchiwał się w tekst piosenki. Oczywiście – jak zawsze podczas słuchania takich utworów – jego myśli skierowały się w stronę osoby, którą kochał, a która od jakiś trzydziestu minut spoczywa pod moknąca ziemią miejskiego cmentarza. Nie rozmawiali za często ze sobą, a on tak bardzo za nią tęsknił! Gdyby ktoś się go spytał dlaczego tak jest, to nie umiałby mu odpowiedzieć na to pytanie.
Może dlatego, że od dziecka miał wszystko – pieniądze, najlepsze zabawki itd. – ale nigdy nie poznał jak to jest być naprawdę kochanym. Rodzice ciągle pracowali i jego wychowaniem zajmowała się niania. Widywał ich tylko czasami, ale przez bardzo krótko. Mówił czego potrzebuje, a oni bez żadnych problemów spełniali prośby. Nigdy nie zapytał się ich, czy go kochają, ponieważ bał się odpowiedzi. Niestety, podczas każdej rozmowy z nimi patrzył w puste, pozbawione uczucia oczy.
Przez wiele lat chciał wiedzieć jak to jest być kochanym, ale na rodziców nie mógł liczyć. Dla nich najważniejsza była firma i dochody jakie przynosiła. Gdy zrobił się starszy szukał miłości u dziewczyn, ale nie potrafił jej znaleźć. Oczywiście do czasu Agnieszki – tylko ona jedyna nie zwracała uwagi na stan jego konta.
Lecz podczas każdej rozmowy z nią nie był w stanie dobrze się zaprezentować. Zakochał się w niej, lecz nie umiał tego powiedzieć. Sam się sobie dziwił, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie miał problemu z dziewczynami. Jakimś zrządzeniem losu miłość blokowała w nim myśli i aparat mowy, a im częściej się nad tym zastanawiał, tym gorzej wypadał.
A teraz ona nie żyję! Umarła zanim zdążył z nią poważniej porozmawiać! Najgorsze w tym wszystkim wydawało się to, że jej śmierć doprowadziła go na skraj, do dolnej granicy, za która kryją się tylko rzeczy mroczne, kuszące swymi cieniami. Lecz gdy się do nich zbliżymy – odgonimy mrok – ukazują nam swoje szkaradne oblicze, a ich zakończone szponami łapy zaciskają się na naszym karku nie chcąc puścić. Wtedy jest za późno i nie możemy uciec, ani odwrócić wzroku. Musimy patrzeć i słuchać, a na dodatek wykonywać polecenia – zgubne rozkazy.

3

Minął policjantów oraz dwa roztrzaskane samochody. Spojrzawszy na jeden z nich stwierdził, że gdyby nie koła, to nie potrafiłby odgadnąć, iż wcześniej tym czymś jeździł człowiek. Kierowców, którzy zderzyli się ze sobą, nie było widać nigdzie w pobliżu, więc najprawdopodobniej karetka zabrała ich do szpitala
(albo do kostnicy!)
– Tak, do kostnicy – powtórzył, a jego głos wymieszał się z początkowymi taktami piosenki Bryan’ a Adamsa “Haven”.
W końcu mógł przyśpieszyć. Wskazówka prędkościomierza podskoczyła z niecałych dwudziestu, do czterdziestu kilometrów na godzinę. W międzyczasie wrzucił wyższy bieg, później następny, jeszcze przyśpieszając. Gdy wskazówka zbliżyła się do sześćdziesiątki przestał dociskać dalej pedał gazu. Przytrzymywał go, a zbliżając się do skrzyżowania znowu wsłuchiwał się mimowolnie w tekst utworu.
Włączył kierunkowskaz, by po chwili zmienić pas na ten do skrętu w lewo. Na skrzyżowaniu miał akurat zielone światło, więc zwalniając skręcił, dokonując przy tym niezbędnej redukcji. Gdy zmienił ulice wrócił do poprzedniej prędkości i rozglądał się po bokach w poszukiwaniu sklepu z artykułami ogrodowymi, który kiedyś widział w tej części Szczecina.
Bryan Adam zdążył się zmienić na Piaska z piosenką “Imię deszczu”, a Adam nadal nie mógł odszukać sklepu.
– Ale, kurwa, trafił z tym przebojem. Za oknem pada, a oni takie coś puszczają, chyba chcą, żeby człowiek do końca oszalał – zamruczał pod nosem, ale nie zmienił stacji radiowej na inną.
Już wydawało mu się, że nigdy nie wypatrzy szyldu z nazwą, a tu nagle, zaraz po prawej stronie, dostrzegł niewielki budynek, którego szukał.
Nie zastanawiając się długo skręcił w ulicę dochodzącą do sklepu i zaparkował przed wejściem do środka. Wyłączył samochód, odbierając w ten sposób głos Andrzejowi Piasecznemu. Zapinając szczelnie skórzaną kurtkę wysiadł z pojazdu. Nacisnął guzik od centralnego zamka, a pojazd zawtórował mu mrugnięciem świateł oraz odgłosem zamykanych drzwi. Wrzucił kluczyki do jednej z kieszeni kurtki.
Strugi deszczu zalewały jego rozgrzaną głowę powodując nieprzyjemny szok. Szyld nad wejściem głosił: “Gard-Land – wszystko, czego potrzebujesz do ogrodu”
(oraz do odkopywania świeżych grobów na cmentarzu).
Zignorował szept. Ruszył w kierunku drzwi.
Budynek był przeszklony i bardzo… zielony z zewnątrz. Za szybami można było dostrzec niewyraźne stosy narzędzi ogrodowych oraz bóg-wie-czego-jeszcze. Za oknem w drzwiach wejściowych widniała kartka z napisem: “OTWARTE. ZAPRASZAMY”.
Chwycił za klamkę pociągając drzwi do siebie. Wszedł do środka, a tuż nad nim odezwał się cichy, elektryczny dzwonek wygrywający krótka melodyjkę. Pomyślał, że wysłuchiwanie czegoś takiego przez cały dzień to prawdziwy masochizm.
Znajdował się prawie przy samej kasie, gdy z zaplecza wyszedł młody sprzedawca.
Wyglądał na około dwadzieścia pięć lat, lecz dodatkowo postarzał go strój, który miał na sobie w pracy. Był ubrany w zielone ogrodniczki, z żółtym logo firmy w okolicy mostka, a spod spodni wystawała również zielona koszulka z krótkim rękawkiem – w środku panowała wręcz afrykańska pora sucha, co Adam przywitał z dużym zadowoleniem. Sprzedawca należał do ludzi niewysokich, ale o dużej muskulaturze. Pomimo tego, że twarz miał zbyt okrągłą, oczy zbyt zapadnięte, a nos za duży, to na pierwszy rzut oka wydawał się dosyć przyjazny. Głowę zakrywała mu… zielona czapeczka z daszkiem, spod której wystawało trochę niesfornych blond włosów.
Swoim strojem, oraz wzrostem, komicznie kontrastował z wysokim Adamem, ubranym w garnitur, z narzuconą na marynarkę skórą.
– Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc? – odezwał się pierwszy zielony człowieczek.
Adam zbliżył się do blatu z kasą. Przywitał się ze sprzedawcą i po krótkotrwałym, wymuszonym namyśle, zaczął wymieniać czego potrzebuje:
– Chciałbym kupić szpadel, najlepiej taki o krótkim, poręcznym trzonie. Do tego brezentowy worek ze sznurkiem u góry, tak żeby można było go szczelnie zamknąć. Będzie mi potrzebna lina o grubości mniej więcej centymetra oraz długa na trzy, a szeroka na dwa metry płachta z brezentu lub plandeka.
– Coś jeszcze? – spytał sprzedawca.
– Nie, raczej nie. Jeśli sobie przypomnę, to na pewno tutaj wrócę.
– Jeśli chodzi o worek z brezentu, to jakich wymiarów ma być?
Adam zastanowił się chwilę, dokonując odpowiednich obliczeń, próbując sobie wyobrazić ile zajmie mu wszystko, co musi ze sobą wziąć.
– No nie wiem – zaczął. – Z siedemdziesiąt centymetrów wysokości, o objętości około ośmiu, dziesięciu decymetrów sześciennych.
Zielony człowieczek zapisywał cyferki na kartce obok kasy fiskalnej z wielkim skupieniem na twarzy. Widocznie starał się wszystko dokładnie zanotować, aby ponownie nie pytać o to samo. Podniósł wzrok z nad kartki i otworzył usta:
– Jaką długość ma mieć lina?
– Lina? – i nie czekając na potwierdzenie sprzedawcy szybko dodał – Tak około pięciu metrów powinno wystarczyć.
– Dobra. Poczeka pan chwilkę, a ja pójdę na zaplecze i przyniosę wszystko tutaj.
Adam nie odpowiedział tylko odwrócił się na pięcie do tyłu, żeby dokładniej przyjrzeć się asortymentowi sklepu. W tym samym czasie sprzedawca niemal pobiegł do magazynu, biorąc ze sobą kartkę, na którą wcześniej nanosił starannie swoje notatki.
Sklep nie miał dużej powierzchni. Rozglądając się po nim człowiek odnosił wrażenie, że artykuły poustawiane są bardzo chaotycznie, a na dodatek niedbale. Jednak wszystko było na wyciągnięcie ręki, więc klienci zapewne nie mieli problemów ze znalezieniem przedmiotu, jakiego szukali.
Spojrzał na półki wypełnione środkami ułatwiającymi wzrost kwiatów, czy niszczących szkodniki. Nie zauważył wśród nich nic ciekawego dla siebie
(z czasem będziesz mógł użyć jednego z nich, do zabijania robaków w swojej ukochanej)
więc odwrócił od nich wzrok, spoglądając tym razem przez okna. Po szybach spływały strugi deszczu uniemożliwiając dokładne przyjrzenie się ulicy za nimi. Lecz Adam w miarę dobrze widział idących po chodniku, śpieszących niewiadomo gdzie, ludzi. Niemal każdy osłaniał się parasolem lub kilkoma stronami rozłożonej gazety – przynajmniej do tego nadawała się dosyć dobrze. Za chodnikiem migały rozmazane sylwetki jeżdżących samochodów i sporadycznie można było usłyszeć trąbienie klaksonu, bądź pisk hamujących opon.
– Proszę pana? – usłyszał za sobą cichy głos sprzedawcy i odwrócił się do niego.
– Słucham? Znalazł pan wszystko, o co prosiłem?
– Tak, tylko zamiast worka o wysokości siedemdziesiąt centymetrów i pojemności dziesięciu litrów będzie inny. – Podczas mówienia ściągał z rąk złożoną w kostkę płachtę, zwiniętą linę oraz wspomniany worek unosząc go trochę do góry, aby zaprezentować produkt klientowi. – Ten ma wysokość dziewięćdziesięciu centymetrów i pojemność około siedmiu, ośmiu decymetrów sześciennych.
Adama uderzyła gama kolorów w jakich były kupowane przedmioty – wszystko miało zielony odcień oprócz liny, która barwą przypominała wysuszona, ludzką kość. Na ten widok nie mógł się nie uśmiechnąć.
– Może być. Na pewno sobie poradzę. A co ze szpadlem? – odparł.
Zielony człowieczek schylił się pod ladę. Dopiero teraz Adam dokładnie zauważył jaki niski był. Gdyby nie urósł o dziesięć centymetrów wyższy, to pewnie nie musiałby się w ogóle schylać po oparty o biurko z kasą fiskalną przedmiot.
– Robioną ją na wzór saperki, tylko jest znacznie większa. Ma długość około osiemdziesięciu pięciu centymetrów, jest wygodna w użyciu, a jej trzon wykonano tak, aby podczas długiej pracy nie dorobić się odcisków.
Wymachiwał Adamowi szpadlem przed oczami, prezentując mu jego kształty. Robił to z takim animuszem, że jeszcze trochę a Piskorski dostałby nim w głowę.
– Będzie dobry. Ile płacę?
– Musi pan chwilkę poczekać. Nabiję to tylko na kasę i zaraz po tym się rozliczymy. Spakować to wszystko w jakąś wygodną torbę?
– Nie, nie trzeba. Skasuj to spokojnie, a ja w tym czasie schowam to do tego worka brezentowego
(żeby zobaczyć, czy uda mi się to wszystko zmieścić przed rozkopywaniem grobu) – odpowiedział Adam, omal nie dodając na głos ostatniej myśli.
Sprzedawca wbijał kolejne produkty, czemu towarzyszył charakterystyczny odgłos wydawany przez kasę fiskalną. W tym samym czasie Adam chował kupione rzeczy do worka. Najpierw włożył szpadel, który następnie odsunął maksymalnie na bok opakowania, aby nie przeszkadzał we wkładaniu kolejnych przedmiotów. Później schował linę, a na końcu płachtę z brezentu – złożona miała wymiary pięćdziesiąt na trzydzieści pięć centymetrów. Wszystko zmieściło się bez większych problemów, więc zacisnął sznurek przy worku, zamykając szczelnie to, co do niego włożył.
Kasa fiskalna zamilkła i zaraz potem odezwał się zielony człowieczek:
– Należy się sześćdziesiąt trzy trzydzieści dziewięć.
Adam odpiął skórzaną kurtkę, sięgnął prawą ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki w poszukiwaniu portfela. Przez jedną straszliwą chwilę myślał, że zostawił go w samochodzie, ale w ułamek sekundy później wyczuł jego kształt. Wyciągnął go z kieszeni, otworzył i wydobył z niego stuzłotowy banknot. Podał go sprzedawcy.
– Proszę.
Ten nacisnął coś na kasie i szuflada z gotówką wyskoczyła na zewnątrz pobrzękując cicho. Po włożeniu do środka banknotu zaczął wybierać pieniądze, aby wydać resztę Piskorskiemu.
Adam położył sobie worek obok swoich nóg w czarnych półbutach i niecierpliwił się czekaniem. Po wydawałoby się wiekach zielony człowieczek położył trzydzieści sześć złotych i sześćdziesiąt jeden groszy na ladzie. Piskorski zgarnął je do portfela, zapiął kurtkę, podniósł worek i odwracając się ruszał w kierunku drzwi wyjściowych.
– Dziękujemy za zakupy i zapraszamy ponownie – wydyszał sprzedawca. Jego głos brzmiał bardzo cicho.
– Ja również dziękuję. Do widzenia – odpowiedział Adam.
Odwracając się widział, że zielony człowieczek chciał coś jeszcze dodać – pewnie spytać po co mu to wszystko – ale w ostatniej sekundzie zrezygnował.
Piskorski podszedł do drzwi. Od wewnętrznej strony wisiał na szybie napis “DO WIDZENIA. ZAPRASZAMY PONOWNIE!”, który przeczytał bez większego zainteresowania. W końcu opuścił sklep, czemu towarzyszyła ponownie krótka melodyjka.
Szukając kluczy od samochodu w kieszeni pomyślał, że nareszcie może spokojnie pojechać do domu, aby przespać się przed nocną pracą.

4

Podniecenie rozlało się po jego ciele. Serce biło mu tak szybko, jakby chciało przy następnym uderzeniu wyrwać się z piersi, albo wyskoczyć przez gardło. Mózg wydawał się wyłączony z obiegu i cała krew odpływała mu w jedno miejsce, przez które mężczyźni najczęściej pakują się w kłopoty. Lecz teraz liczyła się tylko ta przeklęta potrzeba spełnienia – to nie do ubłagania żadnymi prośbami podniecenie.
Rozebrał się już jakiś czas temu, a pomimo tego, że w pokoju było zimno, nie odczuwał chłodu. Organizm miał wręcz rozpalony do czerwoności, jakby cierpiał na grypę. I po części była to choroba, zaraza zwana pożądaniem, która doprowadza nas na skraj każdej z dróg, uniemożliwiając dalszy spacer po niej.
Położył się na leżącej dziewczynie, zaczynając unosić się w górę i w dół. Wchodził w jej ciało, niczym rozgrzany nóż w kostkę masła. Całował twarz ukochanej, usta, szyję, piersi. Jedną z rąk podtrzymywał się, a drugą dotykał stwardniałych brodawek, czekając na jęk zadowolenia, który nie nadchodził.
Jednak on nie zastanawiał się dlaczego, ponieważ tak naprawdę go to nie obchodziło. Chciał tylko dotrzeć na szczyt, a z niego sięgnąć do najbliższych gwiazd. Mając w głowie taką perspektywę każdy z nas robi się egoistą, bo przecież wszyscy marzymy o tym, aby być jak najbliżej nieba, prawda?
Był już coraz bliżej i dopiero wtedy dotarło do jego myśli, że coś jest nie tak. Dziewczyna nie oddawała pocałunków. Nie poruszała się razem z nim. Po prostu leżała i nic więcej, a z jej ciała bił zastanawiający chłód, mieszający się z rozpaleniem chłopaka.
Chciał przestać, ale nie mógł. Coś, jakaś siła, którą wyczuwał w swoim wnętrzu, nie pozwalała mu na to. Pchnął jeszcze kilka razy do przodu i fala rozkoszy rozlała się po zakończeniach nerwowych. Orgazm wstrząsał organizmem wyrzucając z niego kolejne porcje nasienia, które trafiały w zimną, pozbawioną czucia pochwę.
Spełnienie nadeszło, a nieboskłon przybliżył się niemal na wyciągnięcie ręki. Niestety, całość trwała krótko – żałosną chwilę! Opadł dysząc na dziewczynę, całując ją w chłodne usta. Poczuł jak coś z niej wpełza do niego, ruszając się delikatnie. Zawinęło mu się na języku, a później zniknęło głębiej razem z porcją gęstej śliny. Z całych sił powstrzymywał odruch wymiotny, kiedy zza chmur wyłoniła się poświata księżyca oświetlając wnętrze pokoju.
Spojrzał na twarz swojej ukochanej, a na ustach zamarł mu krzyk przerażenia. Umysł zalały fale odrazy do samego siebie oraz potęgującego strachu.
Między martwymi wargami dziewczyny znajdował się mały niebieski kwiatek. Niezapominajka. Jej powieki były uniesione, a oczodoły puste – po oczach pozostał tylko mokry ślad na zapadniętych policzkach. Z nosa wychodziły liczne białe robaki wijące się przy poruszeniu. Ich jeszcze większe ilości kłębiły się w czarnych, patykowatych włosach.
(ona nie żyję!)
Coś krzyknęło w proteście w głowie chłopaka.
Lecz jednocześnie inna część jego umysłu poruszyła się z satysfakcją, jakby chciała wrzasnąć: “CO Z TEGO! PRZECIEZ LICZY SIĘ TYLKO POŻĄDANIE, POŻĄDANIE, POŻĄDANIE… I JEGO ZASPOKOJENIE, A RESZTA JEST NIEISTOTNA!”
Wysunął się z ciała dziewczyny. Chciał się od niej odsunąć, kiedy zobaczył jak błękitny kwiatek wpada do ust, a wargi poruszają się.
– Kochanie – szepnęła wypluwając z siebie małą porcję robaków.
Zawtórował jej krzykiem. Szarpnął się w bok i poczuł, że znowu spada w dół…

5

…coraz niżej i niżej, aż na podłogę.
W chwili uderzenia przestał krzyczeć. Walnął ciałem o twardy parkiet, czemu towarzyszył mlaszczący odgłos. Zabolało go to, ale na szczęście nie spadł z wysoka, a przy okazji obudził się z kolejnego koszmaru.
Początkowo myślał, że nie starczy mu siły na to, żeby podnieść się z zimnej podłogi. Długo zbierał w sobie chęci oraz mobilizował ciało do wstania, aż wspierając się rękoma uniósł do góry tors. Później więcej mięśni zaczęło pracować i po dziesięciu sekundach gramolenia się usiadł obok łóżka, wspierając plecy o jego bok. Przełamując całą niechęć do samego siebie podźwignął się na równe nogi. W pierwszym momencie mało brakowało, a upadłby ponownie.
(brawo! cóż za koordynacja!)
Zmęczonymi oczami rozejrzał się po swojej sypialni. Jak wczoraj po przebudzeniu, dzisiaj również panował w niej spory bałagan. Na śnie znowu porozrzucał posłanie, które teraz zasłaniało różne rzeczy w pokoju. Jedyne, co zostało na łóżku, to zmaltretowana poduszka – w oczach Adama wyglądała trochę jak poskręcany zbiór brudnych szmat.
Ruszył od posłania do prześcieradła. Skrywało ono jego ciuchy, więc musiał je odrzucić na bok. Pogrzebowy garnitur wisiał w szafie, ale ulubiona koszula flanelowa oraz sztruksy zawsze tu na niego czekały. Schylił się po nie i ubierał się powoli.
Na dworze zrobiło się już całkiem ciemno, ale rozglądanie się po pokoju ułatwiało mu blade światło księżyca – w niewielkim stopniu zasłaniały je gałęzie drzewa, ale nie utrudniało to za bardzo poruszania się po pomieszczeniu. Podczas ubierania się głowę wypełniały mu bolesne wyrzuty sumienia.
Wiedział, że jego plan jest dosyć niebezpieczny, a co najważniejsze wiąże się z profanacją, ale nie przypuszczał, iż nawet w snach pojawią się obrazy z nim związane. Zastanawiając się głębiej nad tym stwierdził, że potwierdza to tylko fakt braku władzy nad własnym umysłem. Nie rozpatrywał tego długo, postanowił zapomnieć chociaż na najbliższe kilka godzin o koszmarach.
Ubrał się do końca, a zdecydowanie najwięcej czasu zajęło Adamowi odnalezienie nieśmierdzących skarpetek pośród bałaganu. Gdy już tracił nadzieję okazało się, że były tuż obok prawej ręki, przywalone jakąś gazetą, zapewne z opisem śmierci Agnieszki Sikory.
Wyszedł z pokoju nawet nie spoglądając na drzwi do łazienki. Nie miał czasu na mycie, a zresztą bardziej będzie tego wymagał po powrocie. Szedł ciemnym korytarzem mijając drzwi do kuchni i gabinetu, aż trafił na ganek, gdzie założył puchową kurtkę oraz buty. O mały włos zapomniałby o kluczykach. Sięgnął ręką do kieszeni skórzanej kurtki wiszącej na wieszaku, wyciągnął brzęczący cicho brelok i wyszedł na dwór. Zanim zszedł z trzech prowadzących do wejścia schodków zamknął drzwi na klucz, który zawsze nosił w kieszeni spodni.
Dzisiejszej nocy nie ruszył prosto do furtki, tylko skręcił w lewo w kierunku garażu. Przybliżył się do bocznych drzwi, wymacał włącznik oświetlenia zewnętrznego i wewnętrznego, a następnie nacisnął go. Osiemdziesięciu watowa żarówka, umieszczona bez klosza nad głową Adama, rozbłysnęła z oślepiającą mocą. Oświetliła sporą część podwórka, ukazując boczną ścianę małego domku, odbijając się od jego szyb oraz wydłużając cienie rosnącego niedaleko, niskiego drzewa – poruszającego się skrzypliwie od podmuchów wiatru.
Wszedł do środka garażu. Nie musiał używać klucza, aby je otworzyć, ponieważ prawie nigdy ich nie zamykał – zawsze zapominał. We wewnątrz również paliło się światło, z taką różnicą, iż padało z trzech umieszczonych równomiernie jarzeniówek. Jeszcze nie przyzwyczaił się do jasności i oczy go trochę szczypały, ale mózg działał na najwyższych obrotach, doskonale pamiętając, co musi ze sobą wziąć na cmentarz.
(aby odwiedzić swoją ukochaną)
Większą część garażu zajmował oczywiście granatowy Fiat Punto. Obok samochodu stały pułki na narzędzia, które – jak w każdym pomieszczeniu do napraw – walały się w nieładzie. Na hakach wbitych w ścianę wisiały niepotrzebne nikomu fragmenty pordzewiałych drutów, rozwalonych kabli czy brudnych od smaru i oleju szmat. W tylnich kątach pomieszczenia leżało kilka zużytych opon – nigdy nie mógł znaleźć czasu na to, aby je stamtąd zabrać.
Ominął tył samochodu (zawsze tak go parkował, żeby łatwiej wyjechać z podwórka – jego mała powierzchnia znacznie utrudniała nawracanie), zbliżając się do podłużnego blatu z narzędziami różnego rodzaju. Jedno spojrzenie wystarczyło Adamowi na znalezienie latarki i sięgnął po nią, pochylając się do przodu oraz przesuwając w bok.
Miała czarna obudowę i była niewielkich rozmiarów – o długości około piętnastu centymetrów, ze średnią na pięć w najgrubszym miejscu, czyli przy żarówce. Wziął ją w lewą rękę, naciskając mały żółty guziczek. Latarka zaświeciła jasnym światłem; w ciemnych warunkach promień sięgał na pięć metrów do przodu i trzy po bokach.
Wyłączył dodatkowe światło, podchodząc do samochodu od strony kierowcy. Nacisnął guzik od centralnego zamka na breloku z kluczami, który niósł cały czas w prawej ręce (ten od drzwi wejściowych wrzucił po zamknięciu domu z powrotem do kieszeni). Fiat zamrugał światłami, pisnął krótko, przy czym dało się słyszeć odgłos przesuwanych mechanizmów w drzwiach.
Otworzył jedne, a w środku rozbłysło malutkie światełko nad przednią szybą, między siedzeniem pasażera, a kierowcy. Ze względu na swój wzrost musiał się sporo schylić przy wsiadaniu. Gdy był w środku rozsiadł się wygodnie przed kierownicą, włożył kluczyki do stacyjki, a później sięgnął na tylnie siedzenie.
Złapał za górną część worka brezentowego (położył go tam zaraz po zrobieniu zakupów w sklepie ogrodniczym), rozsuwając szybko sznurek prawą ręką. Lewą włożył do środka, wypuszczając z niej latarkę – odbiła się raz od trzonu szpadla i zaraz upadła na linę (którą wcześniej rozłożył, przecinając na dwie części) oraz złożoną płachtę. Z powrotem zamknął opakowanie, popychając je do tyłu, gdzie oparło się o kanapę i złożony koc o dużych wymiarach – przyniósł go do samochodu po powrocie do domu.
Wyprostował się, następnie zamykając drzwi Fiata. Przekręcił kluczyk w stacyjce, czemu towarzyszył wspaniały odgłos odpalającego od razu silnika. Lampki kontrolne zamrugały do Adama w momencie, w którym on spoglądał na panel radia, aby dojrzeć jaka jest godzina. Cyfrowy wyświetlacz wskazywał 22:54.
Nacisnął guzik na pilocie leżącym we wgłębieniu niedaleko gałki zmiany biegów i przednia brama garażu zaczęła unosić się do góry. Nareszcie zwolnił hamulec ręczy, wrzucając przy tym bieg. Położył nogę na pedale gazu. Brama uniosła się całkiem, a Adam puszczając powoli sprzęgło, oraz dodając gazu, ruszył.
Po wyjechaniu z garażu nacisnął ponownie przycisk na pilocie i brama zaczęła się opuszczać. Nie zatrzymał się, żeby zgasić siwiało w garażu – stwierdził, że w tej chwili to najmniejszy problem.
Wyrwał z piskiem z podjazdu na ulicę. Wjazdu do garażu nie otaczał żaden płot, więc nie musiał martwić się otwieraniem kolejnej bramy. Po prostu pomknął przed siebie, ruszając tą samą trasą, co poprzedniej nocy.
Po drodze mijał te same podniszczone domy oraz powyginane drzewa, więc nie rozglądał się na boki. Gdyby to robił, to może dostrzegłby, jak na skraju jednego z podjazdów stoi ciemny radiowóz, który ruszył niedługo w ślad za nim, ponieważ nadmierna prędkość Adama wzbudziła zainteresowanie policjantów.
Jechali za Fiatem Punto nie za szybko, nie tracąc go z oczu. Włączyli tylko światła mijania, nie uruchamiając koguta na dachu.

6

Gdy skręcił w niewylaną asfaltem drogę światło księżyca oślepiło go na chwilę. Ostatni dom, a z nim latarnie uliczną, minął jakieś czterysta metrów wcześniej i blade światło padające z nieba (razem z reflektorami samochodu) ułatwiło mu orientacje w terenie. Daleko przed sobą zobaczył metalowy płot oraz porastające cmentarz drzewa. Zdewastowana tylnia brama była tylko małą, ciemną plamką, niewiele większą od cienia człowieka.
Przez całą drogę żałował dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że przed wyjściem nic nie zjadł. Jego jedynym posiłkiem w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin było poranne śniadanie, złożone z dwóch jajek sadzonych z majonezem i kromki chleba, zapijane kawą. Przez to żołądek odgrywał mu rozciągniętą do granic możliwości serenadę. Po drugie karcił sam siebie, że nie wstąpił do łazienki. Nie umył zębów po wstaniu i teraz czuł się tak, jakby wypalił od razu paczkę papierosów, jeden za drugim. A na dodatek nie miał przy sobie żadnej gumy do żucia czy cukierka!
Teraz niestety nie mógł już nic z tym zrobić. Pozostało Adamowi poczekać, aż wróci do domu,
(ze zwłokami przewieszonymi na ramieniu…)
ponieważ dopiero wtedy będzie mógł coś na to poradzić. W chwili obecnej nie brał w ogóle pod uwagę tego, iż może być wówczas zbyt zajęty czymś innym…
Minął wąski zakręt, wyjeżdżając kołami poza drogę. Szarpnął ostro kierownicom, wracając na trasę.
Brama cmentarza przybliżała się w równym tempie. Dzieliło go od niej teraz mnie więcej dwieście metrów. Docisnął pedał gazu, a wskazówka prędkościomierza podskoczyła do osiemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Nawet nie zdążył zapaść ponownie w zadumę, kiedy musiał hamować.
Nie przejmował się naciskaniem sprzęgła. Docisnął tylko pedał hamulca, a samochód – wzbijając w górę grudki mokrej ziemi – zatrzymał się, przekrzywiając się przy tym w prawo. Silnik zgasł prawie natychmiast. Zatrzymywaniu zawtórował Adam unoszący się z siedzenia kierowcy i uderzający głową w dach pojazdu – gdyby zapiął pasy, to nie dorobiłby się guza, ale siniaków na klatce piersiowej oraz obojczyku.
Opadł z powrotem na siedzenie oddychając ciężko. Zgasił światła mijania, wyciągnął kluczyki ze stacyjki, chowając je do kieszeni kurtki. Wysiadł z samochodu i nie zamykając drzwi schylił się do wnętrza samochodu, aby wyciągnąć brezentowy worek. Złapał go za górną część, a następnie wydobył na zewnątrz. Zatrzasnął drzwi, ruszając w stronę bramy cmentarza.
Gdy był tuż przy niej włożył rękę do kieszeni, naciskając guzik od centralnego zamka na breloku. Nie zwrócił nawet najmniejszej uwagi na symfonie odgrywaną przez pojazd.
Zanim wszedł na pogrążony w ciemności teren cmentarza, spojrzał z zaciekawieniem w lewo, gdzie wczorajszej nocy dostrzegł drobny kwiatek. Księżyc jasno świecił, lecz nie był w stanie dostrzec, czy z kępki roślin wystaje pięć niebieskawych płatków. Nie musiał podchodzić bliżej, aby przekonać się, iż roślina zniknęła. Odruchowo, tak żeby się tylko upewnić, skierował wzrok w prawo. Niestety, po przeciwległej stronie nie rosła żadna trawa, a co dopiero kwiaty – jeszcze o tej porze roku!
Z niewiadomego powodu zrobiło mu się smutno. Pewna część podświadomości Adama chciała dodać sobie otuchy jedynym spojrzeniem na Niezapominajkę. Może wtedy zadanie wyda się choć odrobinę łatwiejsze. Może wtedy będzie to zwyczajna praca przy użyciu łopaty – taka sama jak w ogródku.
Ruszył z miejsca z ziarenkiem żalu w duszy. Brak kwiatu zabolał go, ale za niedługo zobaczy ponownie swoją ukochaną – a czy może być coś piękniejszego i radosnego ponad to?
Z mocno bijącym sercem złapał za jedną z części opadłej bramy ciągnąc ją do siebie. Pręty, z których była wykonana, porażały chłodem. Na dodatek okazały się strasznie nieprzyjemne w dotyku; przede wszystkim przez odchodzącą z nich farbę i dużą ilość rdzy. Podczas otwierania zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie, jakby ktoś (może jakiś duch?) otworzył naraz wszystkie stare drzwi w nawiedzonym domu.
Adam zadrżał. Z gęsią skórka na ramionach przeszedł przez powstały wylot sporych rozmiarów. Musiał odwrócić się bokiem, ale zmieścił się. Na końcu pociągnął z całej siły brezentowy worek, który zaraz dołączył do niego na drugą stronę. Po kilku sekundach znalazł się na terenie cmentarza, gdzie dominował mrok rozjaśniany tylko blaskiem księżyca i palącymi się w wielu miejscach zniczami.
Jego przechodzenie przez bramę wyglądało tak, jakby wpadł prosto w usta potwora o szerokiej paszczy, wypełnionej ostrymi zębami mięsożercy.
Za niedługo zza zakrętu, odległego o mniej więcej trzysta metrów od wejścia na cmentarz, wyłoniły się kształty radiowozu. Policjanci teraz jechali bez świateł, z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę. Silnik samochodu pracował cicho, nie powodując niemal żadnego hałasu. Zbliżając się do Fiata Punto robili się coraz bardziej podejrzliwi. Zastanawiała ich nocna wizyta nieznajomego kierowcy, który kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś go śledzi.

7

Adam Piskorski odetchnął głęboko. Rześkie powietrze wdarło się do jego płuc, a później, dostając się do krwioobiegu, dodawało mu sił potrzebnych do pracy. Przerzucił brezentowy worek przez ramię i ruszył w kierunku grobu Agnieszki Sikory. W głębi siebie stłumił lęk przed tym, że mógłby zabłądzić w tym mrocznym miejscu.
Przy każdym wydechu z ust mężczyzny wydobywała się biaława para, która w bladym świetle księżyca wyglądała jak złowieszcza mgła, gotowa bezwzględnie otulić człowieka, zatruwając mu myśli oraz nigdy już nie puszczając.
Na razie nie musiał wyciągać latarki, ponieważ jego oczy doskonale sobie radziły.
Napisy na nagrobkach, które mijał, uśmiechały się krzywo. W niewielkim stopniu przypominały postrzępione zęby czekające na dogodny moment, aby zaatakować niczego niespodziewającą się ofiarę. Adam starał się nie zwracać na nie uwagi i prawie mu się to udawało, lecz czasami spoglądał na nie mimochodem, żeby upewnić się, iż gdzieś obok na pewno nie czai się niebezpieczeństwo.
Niepokój wzmagały niecierpliwe ogniki palących się w wielu miejscach zniczy. Wiatr targał drzewami dookoła, które gęsto porastały cmentarz – spora ich ilość wznosiła się do góry obok grobów, a także na skrajach alei. Krzywe cienie rzucane przez gałęzie, czy płyty nagrobne, poruszały się do taktów wygrywanych przez wicher. Niektóre z ruszających się gałęzi za bardzo przypominały suche, długie szpony, gotowe zacisnąć się na ramieniu przechodnia…
Adam zadrżał przyglądając się jednej z takich plątanin cieni.
Zbliżył się do pierwszego rozstaju dróg. Chwile trwało zanim przypomniał sobie gdzie mniej więcej znajduje się grób Agnieszki, ale w końcu zorientował się w swoim położeniu. Skręcił w lewo. Wytknął sobie kolejne niedopatrzenie. Nie przyszedł sprawdzić, jak dojść od tylnej bramy do kopca ukochanej. Obecnie polegał po części na intuicji, a po drugie na topografii zapamiętanej podczas odwiedzania jednego ze znajomych.
Był na jego grobie niedawno, ale teraz – w nocy! – mijane miejsca wydawały się inne, jakby skrzywione przez coś nieokreślonego. Wiedział, że przyjaciel leży niedaleko, gdzieś po prawej obok dużego, skrzypiącego głośno dębu o rozłożystych gałęziach. Zginął w pożarze remizy, w której pracował.
Nawet jeśli faktycznie tam leżał, to w tym momencie nie jest to istotne – pomyślał.
(ależ oczywiście, że jest istotne!)
(przecież pamiętasz, że to dzięki niemu ją poznałeś)
(jeśli się mylę to mnie popraw, ale coś mi się wydaję, że mam rację, prawda?)
Adam musiał się zgodzić. Głos miał absolutną, stuprocentową racje. Poznali się z Agnieszka na jednej z imprez organizowanych przez zmarłego strażaka.
(zawsze było gorrrąco!)
On i jego dziewczyna chcieli zeswatać ich ze sobą. Adam na początku podszedł do tego niechętnie. Aż do poznania Agnieszki zawsze trafiał na dziewczyny, które interesowała tylko ilość gotówki w portfelu. Widział, że ona również nie była zainteresowana nawiązywaniem nowych znajomości – dopiero po trzech latach dowiedział się dlaczego – ale rozmawiało się im całkiem przyjemnie.
Później spotykali się przypadkowo w kilku miejscach, zawsze zamieniając ze sobą kilka zdań. Na dłuższa rozmowę przyszła chwila, kiedy całkiem nieświadomie jej ojciec wynajął firmę rodziców Piskorskiego do przeprowadzenia remontu.
Wtedy nadzorował prace robotników, ponieważ nie ukończył jeszcze studiów. Remont trwał ponad tydzień i codziennie popołudniu mógł z nią rozmawiać. Po każdym spotkaniu czuł się oszołomiony, a także coraz bardziej zakochany. Gdy myślał, że go nie widzi, przyglądał się jej ukradkiem, wzdychając w duszy. Pragnął wtulić się w ramiona ukochanej, ucałować cudownie uśmiechające się usta….
Lecz coś blokowało w nim odwagę. Im częściej się widywali, tym bardziej nieśmiały był Adam
Po skończeniu remontu spotykał ją tylko przypadkowo. Zawsze rozmawiali, ale nie umiał jej powiedzieć, co czuję. A teraz ona nie żyję! Zabiła się przez ojca, który gwałcił własną córkę!
Piskorski potrząsnął głową, przerywając ciąg napływających wspomnień. Do czasu, kiedy znowu ją zobaczy, nie chciał myśleć o tym, co było. Przez moment zastanawiał się gdzie pochowali jej ojca, bo na pewno nie na tym samym cmentarzu… Jednak zastanowienie nie trwało długo. Ta sprawa była zdecydowanie najmniej ważna.
(liczyło się to, że skurwysyn nie żyję!)
Ponownie skręcił w lewo. Nie miał zielonego pojęcia, czy dobrze idzie, ale starał się zapamiętywać cechy charakterystyczne alejek, aby później bez problemu wrócić do samochodu. Przerzucił brezentowy worek do drugiej ręki, ponieważ zaczął mu ciążyć. Ciągłe trzymanie go w jednej pozycji spowodowało tępy ból w mięśniach.
Pomimo kurtki odczuwał zimno. Oprócz tego Adamowi dokuczała choroba, której nabawił się poprzedniej nocy. Z nosa kapało mu nieustannie – już nawet się tym nie przejmował, tylko od czasu do czasu wycierał go w chusteczkę, którą nosił w tylnej kieszeni sztruksów.
Wszędzie dookoła drzewa skrzypiały, poruszając się do melodii granej przez wiatr. Gdyby coś takiego usłyszał człowiek uważający się za normalnego, to w mig straciłby całe poczucie rzeczywistości. Do tego jeszcze te cienie, ogniki palące się w smutku za zmarłymi…
Po wydawałoby się wiekach pokonywania alejek cmentarza, zobaczył coś, co utwierdziło go w przekonaniu, że idzie w dobrym kierunku. Było to nic innego, jak przenośna toaleta, z której korzystali odwiedzający. Plastikowe drzwi były otwarte i przy każdym podmuchu uderzały o główną cześć kabiny, wydając przy tym głośnie łuuup!
Z tyłu, na lekkim podwyższeniu terenu, dostrzegł miejsce do którego szedł. Wyróżniało się na tle innych olbrzymią ilością zniczy rozświetlających nowy grób. Zdecydował się przebiec ostatni kawałek drogi.
Po minucie dobiegł do kopca ukochanej. Nie czekając na żaden znak z nieba zabrał się za robotę. Najpierw odsunął na bok wszystkie znicze i wieńce. Przystanął na chwilę przyglądając się gołemu piaskowi. Dzięki księżycowi, oraz płomieniom z wyrażających pamięć lampionów, widział na tyle, aby zrezygnować z używania latarki.
Schylił się do upuszczonego wcześniej worka, otworzył go i wyciągnął ze środka łopatę. Złapał ją wygodnie. Zebrał w sobie siłę
(zrób to!)
a następnie zanurzył ją w wilgotnym pasku. Uderzeniu towarzyszyło kolejne łupnięcie drzwi toalety.
Nie myśląc o niczym niszczył to, co z takim mozołem usypali rano grabarze.

8

– Jędrek, poczekaj chwilę! – powiedział jeden z policjantów.
– Co się stało? – odpowiedział odwracając się do partnera.
– Chyba powinniśmy podać przez radio numery rejestracyjne tego samochodu – mówiąc wskazał palcem Fiata. – Oprócz tego musimy zameldować, że opuszczamy radiowóz…
– Kamil, nie pierdol – przerwał Jędrek. – Zanim to zrobimy, to ten typ zdąży zdemolować kolejne groby, albo odprawić czarną msze, składając ofiarę z jakiejś dziewicy. A jak nas zobaczy, to spierdoli i tyle go będziemy widzieć. Jest ciemno, a cmentarz nie należy do najmniejszych. Wystarczy, że pójdzie inną alejką, a my go nie zobaczymy. Wsiądzie w samochód i odjedzie. Nim przyjedzie wsparcie, to już dawno będzie po sprawie. Ruszaj się, bo go zgubimy!
Kamil stał niezdecydowany. Nie podobało mu się to. Nie lubił cmentarzy w dzień, a co dopiero w nocy! Przerażała go wizja spacerowania po jego terenie, ale chyba nie ma innego wyboru. Zatrzasnął drzwi radiowozu, zamykając go na klucz. Wyciągając latarkę ruszył z Jędrzejem w kierunku podniszczonej bramy.
Przenośne radia zostawili szumiące w pojeździe, kompletnie o nich zapominając.
– Już myślałem, że nigdy nie ruszysz swojej dupy spod radiowozu.
Kamil pozostawił to bez komentarza. Za niedługo byli za brama idąc w ślad za Adamem, błądząc od czasu do czasu.

9

Piskorski wyrzucił kolejną porcję ziemi. Wyprostował się i spoglądając w dół stwierdził, że odsłonił już cała trumnę. Wewnątrz mogiły było znacznie ciemniej, ale docierało tam światło księżyca – w jego promieniach dębowe wieko błyszczało złowieszczo.
Adam przymierzył, skierował czubek łopaty w zamek, który od celnego uderzenia rozpadł się. Schylił swoje ciało, wyciągnął wolną rękę wstrzymując powietrze w płucach. Z drżącymi ramionami uniósł wieko trumny w górę. To, co zobaczył w środku ożywiło jego serce.
Smród nie był intensywny – dało się go znieść – ale twarz Agnieszki spowodowała, że całkowicie zapomniał o nim. Nawet po śmierci wyglądała pięknie. Oczy miała zamknięte, a usta niestety nie układały się w uśmiech.
W zakładzie pogrzebowym ubrali ją w białą, długą suknię, której zwieńczeniem były niewielkie buciki, w takim samym kolorze. Gdyby jeden zgubiła, to przypominałaby Kopciuszka wracającego z balu. Spoglądając na jej ciało, aż nie można było uwierzyć, iż ona nie żyję. Tylko anioły potrafią być tak piękne, tylko one są w stanie zauroczyć mężczyznę, odbierając mu dech swoimi kształtami – pomyślał.
Kierowany wewnętrznym impulsem schylił się całując jej zimne wargi.
Serce mocniej podskoczyło mu w piersi. Krew szumiała w skroniach od dużego ciśnienia, przez co przez moment widział wszystko, jakby skryte za mgłą. Z rosnącym podnieceniem odsunął twarz od ust dziewczyny.
– Nie teraz – powiedział do siebie.
Nie wyprostował się, ponieważ przyszła pora na uniesienie Agnieszki z trumny, aby ponownie mogła oddychać świeżym, ziemskim powietrzem. Ręce bolały go od rozkopywania grobu – dorobił się krwawiących odcisków, co znaczyło, że sprzedawca kłamał w tej kwestii – lecz zostało bardzo niewiele do zrobienia i będzie mógł odpocząć u boku ukochanej.
Wyrzucił poza powierzchnie mogiły łopatę, a ona upadła z cichym plaskiem trzydzieści centymetrów od krawędzi dołu.
Jedną rękę włożył jej pod pośladki, a drugą pod plecy niedaleko karku. Zebrał w sobie pozostałe siły, dźwigając zwłoki Agnieszki do góry. Wyglądało to trochę jak parodia przenoszenia panny młodej przez próg mieszkania. Przy podnoszeniu się coś strzyknęło Adamowi w krzyżu – krzyknął krótko. Po raz pierwszy w życiu miał korzyść z tego, iż mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt: nie musiał wysoko unosić rąk z ciałem dziewczyny, aby ułożyć ją na hałdach wilgotnego piasku.
Dysząc ciężko ze zmęczenia puścił delikatnie Agnieszkę, która bezwładnie upadła obok swojego grobu. Adam miał już dosyć zimnej i wilgotnej mogiły, więc w pośpiechu dźwignął się do góry, stając obok ukochanej. Wsparł dłonie na biodrach, chcąc odpocząć przez kilkadziesiąt sekund. Chwytając duże ilości powietrza spoglądał na to, co zrobił w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut.
Znicze z wieńcami stały na wąskiej alejce dwa metry od miejsca, gdzie wcześniej był wbity krzyż. Płomienie nadal szalały w środku, smagane przez wiatr, oprócz tego wstęgi przy wiązankach szeleściły, targane przez podmuchy. Krzyż, wyciągnięty podczas pracy przez Adama, leżał rzucony niedaleko nich – błyszczał niewyraźnie w bladym świetle księżyca. Świeżo wykopana ziemia walała się dookoła otwartej ponownie mogiły. Spoglądając dalej, poza pobliska alejkę oraz kilka drzew, można było dostrzec miejskie światła.
Cmentarz wybudowano na uboczu, ale od centrum nie jechało się do niego długo. Adam podziwiał świetlny, tworzony przez oświetlenie budynków, całun, który przysłaniał mu obłoki pary wydychane z ust. Tak stojąc mógł swobodnie obserwować główną drogę, prowadzącą na miejsce wiecznego spoczynku. Była całkowicie pusta, a jedyny znak, że ktoś z niej w ogóle korzysta, stanowiły umieszczone po bokach latarnie – niedaleko jednej z nich stał pogrążony w ciemnościach dom, przy którym mieścił się sklep ze zniczami, kwiatami itd.
Kolejne łuuup! trzaskających drzwi wyrwało go z patrzenia przed siebie. Musiał skończyć to, co zaczął. Kompletnie zatracił poczucie czasu i nie wiedział ile zostało do świtu. Gdyby wziął ze sobą zegarek nie miałby takiego problemu, poza tym dowiedziałby się, że jest na cmentarzu dopiero ponad godzinę.
Schylił się obok ciała ukochanej, szukając wzrokiem brezentowego worka. Złapał go, przyciągając do siebie. Rozsunął wcześniej zamknięcie, dlatego teraz tylko sięgnął do środka wyciągając z niego linę oraz brezentowa płachtę.
Operując wprawnie palcami rozplatał cienkie druciki, jakimi zacisnął poszczególne fragmenty sznura. Później rozerwał plastikowy worek, w który zapakowano brezentową płachtę – po wyprostowaniu się szarpnął trzykrotnie rękoma, a ona rozłożyła się ukazując swoją powierzchnię, przysłaniając nieznacznie światło. Z brezentu skorzysta na końcu, więc położył go z dala od grobu Agnieszki, na wolnej przestrzeni, gdzie za niedługa na pewno wykopią kolejna mogiłę.
Wziął linę, przybliżając się do ukochanej. Chciał obwiązać jej ręce i nogi, aby podczas niesienia nie latały bezwładnie, uderzając go przy gwałtowniejszym ruchu.
– Przepraszam, kochanie – wyszeptał, biorąc się ponownie do roboty.

10

Kamil z Jędrzejem dotarli do otwartej toalety. Zaraz po wejściu na cmentarz stwierdzili, że jest w miarę jasno i Kamil zgasił latarkę. Nie byli na tyle szybcy, aby nadążyć za Adamem – już po przejściu przez bramę stracili go z oczu – dlatego podążali przed siebie, sprawdzając każdą mijaną przestrzeń. Wiele razy wydawało się im, iż już więcej go nie zobaczą, ale znając dobrze rozkład cmentarza szli przed siebie, w kierunku głównej bramy.
Łuuup!
– Co to, kurwa, było! – krzyknął Kamil podskakując w miejscu.
– Uspokój się, człowieku, to tylko drzwi kibla przed nami. Co ty własnego cienia się boisz?
– Nie, tylko nie lubię cmentarzy i to jeszcze o takiej porze – odparł.
– Dobra, spokojnie. Jesteśmy niedaleko głównej bramy, widzisz? – uspakajał Jędrzej, pokazując palcem na aleję prowadzącą do wyjścia.
– Tak, widzę, co nie zmienia faktu, że wolałbym zostać w radiowozie.
Jędrzej chciał dodać, iż jak dojdą do bramy, to zawrócą i szybko pójdą do samochodu, ale z przodu zobaczył poruszając się cień. Serce drgnęło mu w przypływie strachu. Widział, że Kamil również dostrzegł coś przed nimi. Jednocześnie wyciągnęli tąfy, aby użyć ich w razie niebezpieczeństwa.
Wsłuchując się w uderzające drzwi, oraz w skrzypiące drzewa targane przez wiatr, zbliżali się do grobu Agnieszki Sikory.

11

Adam zauważył ich, a dokładniej usłyszał, znacznie wcześniej. Początkowo nie wiedział, co zrobić – myślał, że to koniec – lecz po upływie niecałej sekundy do głowy przyszedł mu pewien pomysł. Innego rozwiązania, jak pozbyć się nieproszonych gości, nie widział, bo przecież nie może pozwolić na to, aby rozdzielono go od ukochanej.
Podniósł z ziemi szpadel – leżał wygodnie w prawej dłoni, dając Piskorskiemu osobliwą przyjemność z trzymania; w tym momencie nie czuł odcisków na dłoniach. Zmęczenie stało się nieistotne – przynajmniej na jakiś czas.
Schylił się do Agnieszki dotykając ją krótko w zasłonięty policzek.
– Za niedługo wrócę, kochanie. Tylko muszę załatwić pewną sprawę – rzekł tak cicho, że słowa były prawie niesłyszalne.
Przeszedł przez aleję do pobliskich drzew, chowając się w plątaninie ich cieni. Stał obserwując zbliżających się policjantów. Czuł się podniecony, jak nigdy w życiu. Za chwilę zrobi coś naprawdę zakazanego, co na wieki połączy go z ukochana dziewczyną. Pozostało tylko poczekać.
Odetchnął płytko, próbując uspokoić galopujące serce.

12

Policjanci przybliżyli się do rozkopanego grobu z wyrazami zdumienia i niedowierzania na twarzach.
– O-mój-Boże – wychrypiał jednym tchem Jędrzej. – Kto mógł zrobić coś takiego?
– Nie mam zielonego pojęcia, ale na pewno jest zdrowo pierdolnięty. Ale gdzie on się podział? Przysięgam, że niedawno widziałem tu ruszający się cień – szeptał Kamil.
– Ja też go widziałem. Może schował się do rozkopanego grobu? Mój Boże, kapitan miał racje, że to demolowanie cmentarza kiedyś zmieni się w coś gorszego. Dobrze, że za nim pojechaliśmy.
Tylko szkoda, że nie wezwaliśmy pomocy przez radio – dodał w myślach Kamil. Cholernie żałował tego, że nie sprzeciwił się koledze. Ale nie chciał wyjść na tchórza, a teraz było już za późno.
Przybliżyli się na skraj mogiły. Dopiero teraz dostrzegli, że obok niej leży sporych rozmiarów zawiniątko.
– Weź sprawdź czy grób jest pusty, a ja zobaczę, co kryje się pod tą płachtą – zwrócił się Kamil do partnera.
Bez słów, trzymając w pogotowiu tąfy, zajęli się swoją pracą.
W tym samym czasie Adam postanowił zaatakować. Wyszedł z cieni pobliski drzew i idąc bardzo cicho zbliżał się do dwójki policjantów.
– Grób pusty – zameldował Jędrzej nie odwracając się, szukając wzrokiem śladów przestępcy.
Kamil nie odpowiedział. Zszokowało go to, co zobaczył pod brezentową płachtą. O mój Boże, przecież to dziewczyna, którą ktoś wykopał z grobu, a teraz chce ją przenieść w inne miejsce! – pomyślał. Odruchowo opuścił tąfe, chcąc sięgnąć do przenośnego radia. Niestety, nie wyczuł go opuszkami palców. Chciał poszukać z drugiej strony, ale akurat w tym momencie Adam uderzył go z całej siły szpadlem w kark. Rdzeń kręgowy pękł od ciosu, a policjant padł na zwłoki dziewczyny bez przytomności.
Nie zdążył nawet jęknąć.
Jędrzej odwrócił się zaalarmowany hałasem. Zdążył zobaczyć jak Kamil upada bezwładny.
– Dobry wieczór panie władzo – usłyszał piskliwy głos mężczyzny, który wynurzył się jakby z nikąd tuż przed nim.
Zamachnął się pałką, ale okazał się zbyt wolny. Szpadel z doskonałą precyzja wbił mu się w twarz rozcinając wargi, łamiąc zęby oraz nos. Jędrzej zawył z bólu, opijając się przy tym własnej krwi. Miała metaliczny posmak. Chęć walki osłabła w nim, chciał uciec przed szaleńcem, ale gdy się odwracał, Adam wyprowadził kolejny cios, trafiając bezbłędnie w skroń. Czaszka pękła. Poleciała krew, wyglądająca w balasku księżyca na ciemną ciecz. Nieprzytomny policjant zwalił się do rozkopanej niedawno mogiły.
(sprawnie poszło)
Głosowi towarzyszył obłąkańczy śmiech. Piskorski uśmiechnął się z satysfakcją. Przyjemne ciepło rozlało się po jego ciele. Podniecenie niestety mijało, ale on nie rozpaczał długo za nim.
– Trzeba dokończyć to, co zacząłem. Kochanie wróciłem – szepnął, a później roześmiał się w głos. Śmiech wymieszał się z monotonnym łuuup! uderzających drzwi oraz ze skrzypieniem drzew poruszanych przez chłodny wicher.
Złapał za nogi leżącego policjanta, podciągnął pod grób i bez zastanowienia wrzucił go do środka. Ciało Kamila z przytłumionym plaskiem uderzyło o Jędrzeja. Spoczęli razem w zbiorczym grobie, pozostając już na wieki partnerami.
Po tym, jak obydwaj znaleźli się w trumnie, jej wieko opadło zasłaniając ich nieprzytomne twarze. Oczywiście, nie zatrzasnęło się całkowicie, ponieważ trumna była przeznaczona na jedną osobę, a nie na dwie…
Adam Piskorski schylił się do Agnieszki, zasłonił jej twarz brezentową płachtą, owijając ją szczelniej. Pozostało mu tylko zasypać grób, uformować na nowo kopiec i ruszy z powrotem do domu z ukochaną na rękach. Zanim wziął się do roboty cisnął brezentowy worek do mogiły; umieszczona w nim latarka walnęła w wieko z głośnym trzaskiem.
Złapał mocno szpadel i pociągłymi ruchami zsuwał hałdy piasku, które z biegiem sekund coraz bardziej przykrywały ciała dwóch rannych oraz ogłuszonych policjantów.
Nie był tak wprawny w tej czynności jak grabarze, więc całość zajęła mu ponad trzydzieści minut. W blasku księżyca wszystko wyglądało jak najbardziej w porządku. Krzyż stanął na swoim miejscu, a wieńce ze zniczami zasłoniły piasek oraz nowo uformowany kopiec. Gdyby Adam był zwykłym odwiedzającym, to nie dostrzegłby różnicy – przynajmniej w nocy. No może całości była mniej zgrabna i niższa (jak zawsze okazało się, że piasku jest mniej niż przy rozkopywaniu), ale ogólnie nie rzucało się to w oczy. Za niedługo rodzina (miedzy innymi siostra matki Agnieszki) kupią pomnik, który zasłoni te niedociągnięcia.
Z rosnącym zdenerwowaniem włożył szpadel między linę, którą związał również płachtę i łapiąc dwoma rękoma ciało Agnieszki, podrzucił je do góry. Brezent wydał ciche mlaśnięcie podczas tej czynności. Adam odwrócił zawiniątko tak, aby jedna ręka znalazła się pod karkiem, a druga tuż pod pośladkami dziewczyny.
Spoglądając po raz ostatni na uformowany przez siebie kopiec odczuł ulgę. Wracał do domu ze swoją ukochaną na rękach, czyż to nie wspaniałe? Wyszedł na pobliska alejkę, idąc powolnym krokiem w stronę samochodu. Był zmęczony. Naciągnięte mięśnie promieniowały przenikliwym bólem. Jednak pomimo tego wiedział, że da radę dojść do samochodu. Martwił się tylko tym, iż po drodze może błądzić…
Maszerując w kierunku niezamkniętej toalety usłyszał, jak ciche wrzaski spod ziemi
(czyżby policjanci?)
mieszają się z wyciem wiatru, trzaskaniem drzwi oraz z nieustannym skrzypieniem okolicznych drzew. W końcu przestał o nich myśleć i pociągając nosem, z rozpalonym od gorączki czołem, zbliżał się do tylnego wyjścia z cmentarza. Jego płowe włosy rozwiewały zimne podmuchy.

13

Do domu dotarł w cztery godziny po jego opuszczeniu; dochodziła trzecia rano w środę 23 listopada. Pogoda zmieniała się podczas drogi, jakby niebiosa wyrażały sprzeciw wobec tego, co się stało. Zaczęło ponownie padać, a kłębiaste chmury skryły całkowicie księżyc. Na szczęście dopiero wtedy, gdy Adam jechał już do domu z Agnieszką przykrytą kocem na tylnim siedzeniu.
Z szybko bijącym sercem wjechał na podjazd, a następnie do garażu. W między czasie manipulował odpowiednio pilotem od bramy. W samochodzie przez całą drogę panowała cisza, tak samo jak wcześniej nie odważył się włączyć radia. Wsłuchując się w odgłos zamykanej bramy wyciągnął z pojazdu zawiniątko ze zwłokami ukochanej. Ułożył je na betonowej nawierzchni i zgasił samochód, gasząc światła, zamykając go na końcu.
Schylił się do Agnieszki. Załapał za szpadel, wyciągając go spod liny. Jednym ruchem ręki wrzucił go na blat z narzędziami; uderzył z brzękiem o spory młotek. Teraz był zmuszony zostawić dziewczynę samą w garażu.
Wyszedł przez boczne drzwi, kierując się do wejścia do domu. Deszcz zacinał mu w rozpaloną twarz, siekąc boleśnie skórę. Temperatura powietrza była niska i drżał całym ciałem. Po drodze schował kluczyki od samochodu do kurtki, szukając tych od domu. Wyciągnął je z kieszeni, wkładając z marszu w dziurkę od klucza. Otworzył drzwi, wpadł do środka chłodnawego mieszkania – był tak zajęty, że nie miał czasu, żeby popołudniu rozpalić w centralnym.
Zamaszystym krokiem, nie ściągając butów ani kurtki, poszedł do swojego pokoju, zapalając w nim po wejściu światło. Chciał posprzątać odrobinę, zanim wniesie tu ukochaną – przecież zasługiwała na to, prawda? Odczuwał zmęczenie, ale z zadowoleniem poukładał porozwalane ciuchy, posłał porządnie łóżko oraz zaniósł do prania brudne skarpetki i bieliznę. Będąc w łazience umył szybko zęby.
Nareszcie mógł wrócić po Agnieszkę. Przebiegł ponownie przez korytarz – podczas mijania drzwi od kuchni nawet nie pomyślał o jedzeniu, choć żołądek odezwał się nerwowo.
Podbiegł do garażu gasząc światło. Nie mógł pozwolić na to, aby ktokolwiek widział, jak wynosi coś rozmiarów człowieka na dwór, a następnie wnosi do domu. Taki widok obudziłby dziwne zaciekawienie sąsiadów, a z nim wiązałyby się niezręczne pytania. Wiedział, że najprawdopodobniej śpią, ale lepiej nie ryzykować…
Niemal na ślepo znalazł jej ciało, uniósł z podłogi i ruszył z powrotem do pokoju. Po drodze zamknął drzwi od garażu oraz od domu wprawnym pociągnięciem nogi. Jasne światło sypialni oślepiało go po prawie całonocnym przebywaniu w ciemnościach.
Był spocony ze zdenerwowania. Serce skakało mu w piersi z podniecenia, a myśli krążyły dookoła jednego: “w końcu jesteśmy razem!”. Ułożył Agnieszkę na tapczanie. Zanim do niej dołączył ściągnął z siebie kurtkę oraz buty, bo przecież już nie były potrzebne, zaraz i tak zrobi się ciepło…
Położył się obok niej, zaczynając rozplątywać linę, którą skrępował brezent z ciałem. Z zewnątrz poszło łatwo, więc niedługo odwijał płachtę ukazując poszczególne fragmenty materiału sukienki i twarzy dziewczyny. Po około dwóch minutach pierwszy fragment sznura, razem z brezentem, wylądowały na podłodze. Niecałą minutę zajęło Adamowi uwolnienie rąk oraz nóg ukochanej.
W świetle lampy zawieszonej na suficie wyglądała pięknie. Czarne włosy zasłaniały jedną z dwóch poduszek, między wargami utworzyła się malutka, zachęcająca szczelina. Woń rozkładu była prawie niewyczuwalna – przynajmniej nie przeszkadzała Piskorskiemu, który z szalejącym sercem zbliżył palce do ust dziewczyny rozszerzając je jeszcze bardziej.
Zanim pochylił się do niej przypomniały mu się dwa koszmary, jakie miał przed pogrzebem i wyprawą na cmentarz. Zadrżał.
– Czy ja zwariowałem, kochanie? – spytał.
– Nie! – usłyszał w głowie i jednocześnie w pokoju szept, dziwnie przypominający kobiecy głos.
Zadrżał ponownie przykładając rozgrzane wargi do zimnych, rozsuniętych ust Agnieszki Sikory, kładąc jej prawą rękę na lewej piersi, a lewą dłonią szukając zamka odpinającego pogrzebową suknię. Wsuwając dziewczynie delikatnie język w usta, dotykając nim chłodnych zębów, pomyślał, że sny się spełnią, a on nareszcie będzie szczęśliwy…
Tej ostatniej myśli, przed poddaniem się pożądaniu, towarzyszył drwiący śmiech powodujący ból głowy. Na szczęście był bardzo krótki, ponieważ zaraz zastąpiła go trwająca długo fala przyjemności, wymieszana ze spełnieniem.

KONIEC?

(…) O! pierwej piekło! Niżby czoło dumne
Na twoim zimnym sercu kiedy spało!
A niż całować twe usta rozumne

I twoje białe marmurowe ciało
Owionąć ogniem i żyć z taką skałą,
Jaką ty jesteś? zimna! – lepiej w trumnę!
Juliusz Słowacki
Do A[leksandry]M[oszczeńskiej]

Gryfice – Kołobrzeg
październik – listopad 2017 roku

Oczywiście – jak zawsze na zakończenie – muszę dopisać coś od siebie. Ostatnio przeczytałem w pewnej książce Stephena Kinga, że nie powinno się analizować umysłu osoby piszącej opowieści grozy i horrory. Stwierdziłem wtedy, że facet ma absolutną racje. Lecz po przeczytaniu swojego powyższego opowiadania, zacząłem się zastanawiać, nad tym, iż czytelnik zawsze będzie myślał o tym, co dany pisarz miał akurat wtedy w głowie. No i najważniejsze, czy jest jeszcze normalny… Jeśli chodzi o kwestię normalności to samemu nie można się oceniać, choć wiadomo pisząc takie rzeczy człowiek się zastanawia. Nie ukrywam, że pomysł na tę opowieść jest na pewno dosyć makabryczny i napisałem w niej kilka ostrych scen, wywołujących niesmak. No niestety taki był wymógł tej historii, lecz gwarantuję, że sam nigdy nic takiego nie zrobiłem, ani nie zrobię. To jest tylko przykład rozwinięcia pytania: “co by było gdyby?”. Dosyć skrajny przykład. Pomysł powstał na zasadzie połączenie mojego starego opowiadania, które chciałem napisać od nowa, i książki “Cmętarz zwieżąt” S. Kinga. Na trzydziestu czterech stronach znajduję się kilka aluzji do twórczości Króla – choć bardzo niewielkich. Za wszystkie błędy przepraszam. Wszelkie skrzywienia rzeczywistości są jak najbardziej zamierzone i miały mi ułatwić pisanie oraz zbudowanie nastroju szaleństwa wymieszanego z grozą. Mam nadzieję, że mi się udało. Teraz sam waham się, czy dać komuś to do przeczytania, bo przecież jest to typ historii, która raczej nie będzie się podobać. No cóż, nie będę więcej marudził. Pora kończyć, ponieważ i tak zapisałem sporo papieru jak na opowiadanie. Dziękuję wszystkim, którzy dotarli aż tutaj, tym bardziej jeśli stwierdzili, że było warto – pomimo tej całej makabreski. Kolejny pomysł będzie z całkiem innej beczki. Jeszcze raz dziękuję za uwagę:).

Aha. Jeśli chodzi o kwiat (Niezapominajkę) to inspiracja z nim związana nie pochodzi od Wieży. Nie należy doszukiwać się w niej głębszych połączeń z innymi światami (oraz Różą). W tym wypadku stanowi po prostu najzwyklejsze odbicie obłędu bohatera. Któż to wie, może tak naprawdę ten kwiat nie istniał, a Adam go sobie wyobraził – uroił? Ważniejszą kwestią jest podwójne dno zakończenia – tak, istnieje takie coś. Miłego myślenia…:)

Czarny Lis