– I to chyba wszystko… – Zabrzmiał niepewnym tonem głos młodej dziewczyny.
– Chyba? – Zapytał młody mężczyzna z głową spuszczoną w dół, robiąc notatki w małym notesie.
– Tak, wszystko, więcej grzechów nie pamiętam – Oznajmiła dziewczyna, oglądając się za siebie, gdy usłyszała dochodzące zza drzwi konfesjonału szepty; były to jej znajome, które siedziały w ławce obok konfesjonału. Rozmawiały półgłosem, śmiejąc się czasem. Były to 3 inne dziewczyny, w wieku 15 lat, które czekały na swoją koleżankę.
– Darujmy sobie te kościelne formułki – Odpowiedział młody ksiądz uśmiechając się lekko, spojrzał za kart w oczy dziewczyny, która też oddała mu uśmiech.
– I jaką dostane pokutę? – Zapytała uśmiechając się.
– A odmówisz pokutę jeśli Ci ją zadam? – Zapytał młody ksiądz nie odwracając wzroku od dziewczyny, która zarumieniła się lekko, jej oczy powędrowały w inną stronę.
– Tak… – Znów niepewnie odpowiedziała dziewczyna, spuszczając wzrok w podłogę, aby nie zdradzić tego płytkiego kłamstwa.
– Przed chwilą się spowiadałaś, nie wypada kłamać,
pewnie w tym roku masz bierzmowanie? – Poważnym tonem oznajmił ksiądz.
– Tak, mam i czy ksiądz podpiszę mi kartkę? – Zawstydzona wykrztusiła z siebie zdanie.
– Jasne – Z uśmiechem odpowiedział ksiądz widząc iż dziewczyna zawstydziła się.
Wyszła z konfesjonału, rzucając spojrzenia na chichoczące koleżanki w ławce, które dobrze się bawiły pod jej nieobecność, podeszła do środkowych drzwi konfesjonału, które otworzył młody ksiądz, mający nie więcej niż 26-28 lat. Mimo iż w sutannie, wyglądał bardzo przystojnie, szczery uśmiech i włosy sięgające do ramion; gdyby nie sutanna, to nikt by go nie wziął za księdza.
Podpisawszy karteczkę podał ją dziewczynie, która miała na sobie dżinsowe obcisłe spodnie i jasną bluzeczkę, spod której można było dojrzeć zarysy jej stanika; włosy miała jasne i długie, związane gumką. Ksiądz wpatrywał się w jej oczy.
– Proszę, w rozpuszczonych włosach było ci ładniej – Oznajmił podając karteczkę.
– Dziękuję… – Odpowiedziała, lecz nie wiedząc jak się zachować, spuściła wzrok i powoli próbowała oddalić się od spowiednika. Jednak on cały czas się w nią wpatrywał, widząc iż zamierza odejść zapytał:
– Jak masz na imię?
– Monika – Odpowiedziała, czując się zakłopotana szybko dodała:
– Muszę już lecieć, koleżanki czekają, do widzenia…
– Na wieki wieków Moniko – Powiedział cichym głosem, jakby do siebie, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Monika podeszła do koleżanek, zamieniając z nimi parę słów; po chwili dziewczyny wstały i cała czwórka skierowała się w stronę wyjścia; było słychać oddalającą się rozmowę dziewczyn: „…Mówiłam to spoko ksiądz…”, „…Jaki przystojny i te jego włosy, jest boski…”
Ksiądz rozejrzał się wokoło, kościół stawał się coraz bardziej pusty, w drugim końcu siedziało kilku chłopców, rozmawiając, kilku innych stało w kolejce do konfesjonału. Spojrzał jeszcze raz na wychodzące dziewczyny, pisząc coś w swoim notesie, wstał i skierował się w stronę ołtarza, przyklęknął przed nim, przeżegnał się i wyszedł na zewnątrz. Na placu przed kościołem także było pusto, gdzieniegdzie stali młodzi ludzie, czasem przechodziła jakaś starsza kobieta lub mężczyzna. Skierował się w prawą stronę, w małą alejkę ciągnącą się między budynkami kościelnymi.
Po kilkunastu minutach był całkowicie sam, na drodze prowadzącej w stronę niewielkiego lasku, który także znajdował się na wielkim obszarze sanktuarium. Idąc ciemną drogą przez ten las słuchał cichego wiatru i śpiewu ptaków… Kawałek dalej w głębi lasku stała niewielka szopka, właściwie w to miejsce nikt nie przychodził, więc stała tam nie narażona na schadzki młodych ludzi, czy też spacery pielgrzymów.
Podszedł do szopki, z której wydobywał się cichy szmer, słychać było różne odgłosy, jakby zwierzęcia zamkniętego w worku, które próbuje się z niego wydostać.
Ksiądz wyjął garstkę kluczy i dopasował odpowiedni do drzwi, otworzył je, z wewnątrz opadło na niego ciężkie gorące powietrze. Zapach zgnilizny drewna i czegoś jeszcze, nieprzyjemny zapach potu albo też moczu, najprawdopodobniej jednego i drugiego…
Wszedł do środka, zamknął drzwi od wewnątrz, na wieszaku obok drzwi powiesił swój czarny „kostium”. Pod nim miał czarne spodnie i koszulę w tym samym kolorze . Klucze schował do kieszeni spodni; otworzył drzwi do jedynego pomieszczenia po prawej stronie.
Za tymi drzwiami ten nieprzyjemny zapach był jeszcze intensywniejszy…
– Śmierdzisz! – Podniesionym głosem powiedział mężczyzna. Zbliżył się do łóżka, na którym leżała zakneblowana i związana młoda naga dziewczyna, miała nie więcej lat niż ta, którą kilka minut temu spowiadał. Leżała tam, spocona i wystraszona, jej oczy, rozbiegane i załzawione, były koloru błękitnego, za nimi rozciągały się potargane blond włosy. Ręce miała przywiązane do łóżka, całkiem rozłożone w poziomej pozycji, nogi także były przywiązane w niedużym rozkroku, w którym odznaczała się żółta plama. Na całym ciele dziewczyny znajdywały się niewielkie zadrapania, na brzuchu, na nogach, nawet na twarzy.
Dziewczyna widząc postać młodego księdza próbowała po raz kolejny się wydostać, wypowiedzieć coś spod szmatki, która była zawiązana na jej ustach. Płakała i szaleńczo kręciła głową w każdą stronę, jej serce znów biło coraz szybciej.
Mężczyzna podszedł do niej, spojrzał w jej oczy, które błagalnym spojrzeniem wpatrywały się w niego. Stanął nad nią, prawą rękę położył na jej brzuchu i powoli przesuwał do góry, dotykał jej piersi i ściskał sutek, lekki ból powodował stłumiony krzyk. Mówił spokojnym głosem:
– Monika…. Monika to kolejna kłamliwa kurwa, to kolejna kłamliwa kurwa, która musi odkupić swoje grzechy, tak jak ty.
Zamilkł na chwilę, cały czas dotykał piersi dziewczyny, po chwili wstał i skierował się w stronę szafki naprzeciw łóżka, dalej mówił spokojnym głosem:
– Ty już niedługo odkupisz swoje grzechy, tak jak inne kłamliwe kurwy!
Otworzył szafkę i wyjął z niej nie duży sekator używany do przycinania żywopłotów lub gałęzi niewielkich drzewek. Trzymał go obiema rękoma i podchodził w stronę przerażonej dziewczyny, jej strach stawał się coraz większy, oczy jej zaczęły się czerwienić, a z ust wydobywał się głuchy odgłos. Teraz za wszelką cenę chciała się uwolnić, jednak ręce i nogi były zbyt mocno związane.
Mężczyzna dotykał zimnym ostrzem brzucha dziewczyny, która wyrywała się, nie mogąc poruszać rękoma i nogami, poruszała całym torsem, w górę i w dół, była jak opętana, ze wszystkich sił próbowała się uwolnić.
– Nie chcesz przyjąć kary spokojnie… – Odezwał się mężczyzna, kładąc sekator na podłodze, spod łóżka wyjął długi pas, który przeciągnął pod piersiami dziewczyny i mocno zawiązał z drugiej strony łóżka.
– Teraz możesz wierzgać ile chcesz – Z uśmiechem powiedział mężczyzna, jego oczy błyszczały. Poprawił dłonią włosy i sięgnął po sekator, znów przesuwał go po brzuchu dziewczyny, która już przestała się wyrywać, gdyż nic to nie dawało, zacisnęła mocno powieki i przechyliła głowę.
Mężczyzna rozszerzył ostrze narzędzia ogrodniczego i powoli zaciskał je na sutku dziewczyny, powoli, bardzo powoli, ostrza wbijały się w ciało z obu stron sutka, ból poderwał głowę dziewczyny, która pocąc się otworzyła szeroko oczy. Usta młodego księdza roześmiały się delikatnie. Krew spłynęła po jej prawej piersi. Gdy sutek opadł, strumień ciepłej krwi niczym gejzer wystrzelił w powietrze, oblewając twarz mężczyzny. Odrzucił natychmiast narzędzie tortur, nachylił się i ssał spływającą krew, ssał jak niemowlę mleko matki z piersi. Głowa dziewczyny opadła na bok nieprzytomnie. Po kilkunastu sekundach mężczyzna wstał, krew dalej płynęła z piersi dziewczyny, z jego brody, skapywała na bluzkę, na spodnie. Jego oczy znów zabłysnęły, uśmiechał się, zęby miał teraz całe w czerwieni. Wytarł ręką usta i zaczął uderzać w twarz dziewczynę, krzyczał przy tym:
– Obudź się kurwo, to jeszcze nie koniec pokuty!! Obudź się, słyszysz!!!
Dziewczyna po chwili ocknęła się, widziała krew spływającą po jej piersi, jej oczy były pełne łez i bólu, nie miała już siły się wyrywać, próbować krzyczeć; patrzyła tylko na czerwoną ciecz, która spływa po jej ciele i ten okropny ból. Głośno oddychała nosem i płakała, lecz każdy oddech wywoływał kolejną dawkę bólu, coraz większego bólu.
Duchowny uśmiechał się, podniósł sekator i znów zbliżał się do dziewczyny, jej głowa obracała się, kiwając że nie, że już nie chce, już nie chce drugi raz, lecz jemu to sprawiało jeszcze większą radość, lubił patrzeć jak te kurwy próbują go przebłagać, aby tylko przestał. Ale nie, on nigdy nie przestawał, teraz była najlepsza chwila aby dokończyć swojego działa, trzymał w ręce sekator z plamami krwi na ostrzach, podszedł do dziewczyny, rzucił jej swoje okrutne spojrzenie i szyderczy uśmiech. Teraz się już nie bawił w powolne zadawanie bólu, stanął przed jej rozszerzonymi nogami, odwrócił odpowiednio ostrza, twarz dziewczyny pobladła; w oczach pojawił się strach i niewyobrażalne przerażenie. Mężczyzna patrzył wprost w oczy dziewczyny i mocno dolne ostrze wsunął poniżej włosów łonowych; mimo związanych ust, dziewczyna zapiszczała, wydobyła z siebie niski dźwięk, niczym piszcząca mysz. Ból rozdzierał się we wnętrzu jej brzucha, ostrze penetrowało jej wnętrze.
Księdza nie opuszczał uśmiech i kiedy ostrze było już całkiem w środku, z jej pochwy wypłynęła struga krwi, zakrywająca wcześniejszą żółtą plamę. Cieszył się na widok jej cierpień i teraz szybkim ruchem przeciął jej skórę. Z poszarpanej rany brzucha, z pochwy, krew wypływała strumieniami, zalewając nogi dziewczyny i łóżko. Mężczyzna wsunął ostrze jeszcze głębiej, z ust dziewczyny znów wydobył się przerażający cichy pisk, źrenice przesunęły się w głąb oczodołu, widać było tylko białka poprzecinane czerwonymi żyłkami, głowa wbiła się materac. Pojawiła się krew, ostrze kaleczyło jej organ płciowy, pot spływał po twarzy dziewczyny. I znów oprawca z wielkim uśmiechem i w szale który go ogarnął, rozciął kolejną partię skóry brzucha, rana sięgała prawie do pępka dziewczyny; tryskała krew. Mężczyzna odrzucił z całych sił sekator, dziewczyna z bólu wstrzymała oddech, białka nabiegły krwią i stały się całe czerwone niczym oczy demona. Duchowny szybkim ruchem rozpiął rozporek, spuścił spodnie, jego penis był teraz w pełnym wzwodzie; rzucił się na swą ofiarę, próbował spenetrować jej ranę na brzuchu, wsuwał penis w środek rany i wysuwał, gwałcił jej rozdarte ciało, z ust spływała mu ślina zmieszana z resztkami krwi, wydawał warczące dźwięki i po chwili szczytował. Ciało dziewczyny już nie reagowało; przyłożył głowę do serca, biło jeszcze – powoli, coraz wolniej, ale wciąż biło.
Wstał z łóżka, jego penis był cały we krwi, spływała z niego wzdłuż nóg; podciągnął spodnie, podszedł do szafki, wziął z niej nie wielki nóż i wrócił do dziewczyny, która nadal żyła, nadal oddychała. Zbliżył się do jej nóg i rozciął więzy którymi były skrępowane, rozciął następnie wiązy przy jej dłoniach i rozpiął pas na jej brzuchu.
Była nieprzytomna, lecz nadal żyła. Teraz jest wolna, sznury jej nie krępują, ale to już nic nie zmienia; nie ma siły aby ruszyć choćby palcem, w jej głowie jest tylko jedna błagalna myśl, aby ten koszmar jak najszybciej się skończył, chce tylko umrzeć, ten ból jest zbyt wielki, aby z tym żyć dłużej. Mężczyzna podniósł na wpół martwe ciało dziewczyny z łóżka, przełożył je przez ramię, krew z ran oblewała jego ubranie, spływała po bluzce, po spodniach, ale mężczyzna nie zwracał na to uwagi. Trzymał dziewczynę na ramieniu, wychodził z nią na zewnątrz. Wyszedł z szopki i udał się w głąb lasu. Około 50 metrów dalej leżał duży drewniany krzyż, podparty z każdej strony dużym pustakiem; był zrobiony ze sporych, grubych, drewnianych belek. Na górnym końcu dłuższej poziomej belki był przyczepiony sznur, przed drewnianą konstrukcją był wykopany dół mniej więcej na metr głęboki.
Ksiądz delikatnie położył krwawiące ciało dziewczyny na skrzyżowanych belkach, dokładnie je ułożył w pozycji w jakiej ukrzyżowano Jezusa, podniósł z ziemi sznur i przywiązał ręce i nogi do krzyża, aby nie ześlizgnęły się z niego. Dziewczyna nie dawała znaku życia, z jej ran cały czas wypływała krew spływając na ziemię. Mężczyzna podszedł do głowy dziewczyny, przyłożył dwa palce prawej ręki do szyi aby sprawdzić tętno, wyczuł lekki puls, na jego twarz znów wyszedł niewielki uśmiech. Obok krzyża była niewielka drewniana skrzynia, mężczyzna ją otworzył, wyjął z jej wnętrza średniej wielkości młotek oraz trzy duże, długie gwoździe. Skierował się w stronę twarzy dziewczyny, spojrzał na jej bezwładnie pochyloną głowę. Przybliżył się do lewej ręki, przyłożył gwóźdź do dłoni, lekko wbił w skórę, podniósł drugą ręką młotek i mocno uderzył w gwóźdź. Słychać było pękanie kości i krew wypłynęła z dłoni dziewczyny; nadal trzymał jedną ręką gwóźdź i znów uderzył w niego młotkiem, teraz ów szpiczasty metal wbił się w drewno. Ból w dłoni wyrwał dziewczynę z nieprzytomnego stanu, otworzyła szeroko oczy i próbowała krzyknąć, lecz na jej ustach nadal była szmatka która uniemożliwiała wydostanie się dźwięku. Oprawca nadal wbijał gwóźdź, już niewiele brakowało aby wbił do końca, jeszcze 3-4 uderzenia i powinno starczyć. Dziewczyna zaczęła płakać, była przerażona i zagubiona, ból z każdym uderzeniem rozprzestrzeniał się po dłoni, po całym ciele, czuła resztkami sił, jak krew spływa z jej dłoni, z jej starych ran, jednak rana na piersi już zakrzepła. Co innego z raną w kroczu, ta była duża i bolesna, krwawienie z niej nie ustępowało, z każdym oddechem rozerwana skóra unosiła się i lekko poruszała, wypływało wtedy więcej krwi. Z kolejnym uderzeniem młotka coraz mniej życia pozostawało w dziewczynie. Mężczyzna wstał; teraz podszedł do drugiej dłoni, kiedy dziewczyna spojrzała na niego, obdarzył ją swoim uśmiechem. Był zadowolony z jej cierpienia. Przyłożył gwóźdź do dłoni i mocnym uderzeniem trafił prosto w jego środek, tym razem wystarczyło jedno uderzenie aby przebić dłoń na wylot, krew wypłynęła z rany i znów przeszywający ból roznosił się po całym ciele. Dziewczyna już odpływała, coraz mniej czuła, jej oczy powili się zamykały, lecz następne uderzenia z kolejną falą bólu znów podrywały w górę brwi… Kolejne uderzenie, niezbyt udane, mężczyzna nie trafił w gwóźdź, młotek spoczął na jednym z palców, całkowicie go łamiąc, z transu śmierci dziewczynę obudził ten ból. Z połamanego palca spływała kolejna struga krwi, nastąpiło ostatnie uderzenie. Dziewczyna mogła spokojnie umierać. Mężczyzna wstał, wziął kolejny gwóźdź i zbliżał się do stóp dziewczyny, teraz go czekało najtrudniejsze zadanie. Przyłożył metalowy pręt do skrzyżowanych stóp i mocno uderzył, potem następny raz i następny, gwóźdź przechodził przez kości, kruszył je i łamał. Oczy dziewczyny znów były otwarte, jej ciało pokryło się potem. Dziewczyna nie pragnęła niczego bardziej niż śmierci; chciała już teraz umrzeć, jednak kolejne fale bólu jej to utrudniały. Koniec, ostatnie uderzenie, oprawca wstał i odłożył zakrwawiony młotek; teraz chwycił za sznur, który był przymocowany na czubku belki nad głową dziewczyny i powoli wsunął całą konstrukcję do dziury przed nim. Teraz podnosił krzyż; kiedy ten stał już pionowo, obwiązał sznur o drzewo, z drugiej strony także znajdował się sznur lecz ten był już przymocowany do drzewa, aby podczas zakopywania nie przechylił się. Dziewczyna wisiała pionowo, krew z jej ran spływa w dół. Mężczyzna pobiegł do szopki; dziewczyna podniosła głowę, chciała zobaczyć co się stało, resztkami sił otworzyła oczy, rozejrzała się i ku swemu zdumieniu zobaczyła dwa inne krzyże oddalone od niej o kilka metrów. Na każdym z nich wisiała dziewczyna, jedna była pozbawiona całkiem piersi, były wycięte, jej rana była już zaschła, wokół niej było pełno much, które siadały na jej ciele, ptaki wydłubywały z jej ciała resztki mięsa. Ciało powoli rozkładało się, musiała tu wisieć już przynajmniej 3-4 tygodnie, między nogami także miała ranę, lecz nie tak rozległą jak ona.
Jeszcze kawałek dalej stał drugi krzyż, dziewczyna na nim powieszona też była okaleczona, miała wydłubane oczy, piersi miała przebite dużą szpilą, w kroczu także posiadała rozciętą ranę. Była w dalszym stadium rozkładu, musiała wisieć około 2 miesięcy; po jej ciele chodziły robaki, wgryzając się w skórę, jeden z nich wychodził z oka.

Dziewczyna nie mogła dłużej na to patrzeć. Wiedziała, że z nią stanie się to samo; zapłakała i spuściła głowę, zamknęła załzawione oczy, czuła jak powoli wychodzi z niej życie.
Mężczyzna wrócił, znów miał na sobie sutannę, w ręce trzymał foliowy worek wewnątrz którego było zakrwawione jego ubranie, a także ubranie dziewczyny. Na dnie spoczywał też ucięty wcześniej sutek. W drugiej ręce trzymał szpadel, który oparł o pobliskie drzewo, wrzucił worek do dziury i zaczął ją zakopywać. Zajęło mu to kilkanaście minut, kiedy odszedł, dziewczyna już nie żyła, w czasie gdy był zajęty zakopywaniem – odpłynęło z niej życie. Odszedł kawałek, podziwiał przez kilka minut swoje dzieło, patrzył na wszystkie krzyże, na wszystkie dziewczyny…
– Kurwy, ten las się jeszcze zapełni kurwami!!! – Wykrzyknął i wrócił do szopki, sprawdził czy drzwi są zamknięte i odszedł. Jego twarz była lekko obmyta, ale nadal były widoczne ślady krwi, usiadł przed drzwiami i czekał aż będzie zmrok. Będzie mógł wtedy wrócić do mieszkania i nikt nie zwróci uwagi na te ślady.
Było już po dwudziestej trzeciej kiedy zmrok był na tyle gęsty iż mógł spokojnie wrócić do mieszkania, noc była ciepła, wiał delikatny wiatr. Młody mężczyzna wracał z powrotem drogą do domu, kiedy był już przy kamienicy w której mieściły się mieszkania dla księży, zauważył iż jedno z okien na parterze jest otwarte. Biło z niego jasne światło i słychać było muzykę. Trochę speszony, postanowił iść dalej, kiedy przechodził pod tym oknem, muzyka skończyła się, z radia wydobywał się głos spikera:
– „Policja nadal szuka kolejnej zaginionej dziewczyny, jest to już trzecia ofiara i tym razem jest to 15-letnia dziewczyna, przygotowująca się do bierzmowania w Licheńskim kościele. Policyjni detektywi nadal nie potrafią ustalić kto stoi za porwaniami, milczą też co do tego czy dziewczyny jeszcze żyją. Rodzice następnej porwanej, są zrozpaczeni, nie wiemy ile jeszcze zginie dziewczyn zanim policja wpadnie na ślad porywacza lub porywaczy.
Pan Wacław Cieślak z Koła, wyhodował w swoim mieszka…”
Audycja została naglę przerwana, z okna wyłoniła się postać starszego, siwiejącego już księdza, który zwrócił się do młodego mężczyzny, przysłuchującego się audycji:
– Słyszałeś Artur? Policja nadal nie złapała tego… Boże wybacz za określenie… skurwiela!
– Nie wiemy czy ktoś je porywał, może same uciekły z domów? – Zakrywając częściowo twarz odpowiedział mężczyzna.
– Ja Ci powiem Artur jak jest, a jest tak że jakiś… Boże znów wybacz… popierdolony zboczeniec, porywa te młode dziewczyny, gwałci je i morduje! Tak właśnie jest mówi Ci Artur. – Starszy ksiądz z oburzeniem wyrażał swoje zdanie.
– Może masz rację, ale na razie nie mamy co zgadywać, zobaczymy do czego dojdzie policja i… – W tej chwili przerwał młodemu księdzu wypowiedź.
– Eee policja? Już siedem tygodni się tym zajmuje i nic nie wie, zanim go znajdą zginą kolejne dziewczyny, tu trzeba działać, a nie się… wybacz Boże… pierdolić!!! – Ze złością mówił starszy duchowny.
– Nie wiem co możemy więcej zrobić, już nie raz była mowa na kazaniach, aby młodzi uważali i tak dalej… Na chwilę przerwał i już znudzony rozmową dodał:
– Ja już muszę iść, zmęczony jestem…
Przez chwilę starszy ksiądz był zamyślony, westchnął i odpowiedział spokojniejszym tonem:
– Tak masz racje… Znów na spacerze byłeś? I dobrze ładna noc, zatem dobranoc i szczęść Boże. Też już będę się kładł do łóżka.
– Dobranoc i szczęść Boże – Odpowiedział mężczyzna, skierował się w stronę drzwi, wszedł do środka i poszedł do swojego pokoju.
Minęło osiem dni od ostatniego morderstwa, policja nadal szukała porywacza lub porywaczy, ale śledztwo wciąż nie przynosiło rezultatów. Nawet częste pokazywanie zdjęcia w telewizji nie pomogło w rozwiązaniu zagadki, zdawało się że sprawa zostanie nie rozwikłana…
Dochodziło południe, kiedy młodego księdza Artura obudziły krzyki z pokoju z piętra niżej „Co za pierdolony, wybacz Boże telewizor…” dało się słyszeć spod podłogi. Artur podniósł się z łóżka, wziął prysznic, ubrał się i zszedł na dół, zapukał do pokoju księdza Roberta. Po chwili przed drzwiami, pojawiła się zdenerwowana twarz starszego siwiejącego księdza.
– Co się stało, że tak wrzeszczysz i przeklinasz? Zapytał spokojnie Artur.
– Aaa widzisz, ten gów… ekhym… chol…. no ten przeklęty telewizor znów się spieprzył! Ooo wybacz Boże. – Tłumaczył zdenerwowany Robert.
– Eech byś już wywalił to stare pudło, ono chyba pamięta jeszcze czasy stworzenia raju – Żartobliwie podsumował Artur
Ksiądz Robert spojrzał na telewizor, obraz na nim był zniekształcony, a głos brzmiał nie wyraźnie, machnął ręką zrezygnowany i zmienił temat rozmowy:
– A ty? Dopiero wstałeś chłopcze?
– Gdyby nie Twoje krzyki bym jeszcze pospał – odrzekł.
– Eeech wy młodzi, pewnie na śniadanie idziesz? – Przytaknął Artur.
– Jak spotkasz księdza Marka przyślij go do mnie, on się zna na tych elektronicznych urządzeniach.
– Dobrze powiem aby do ciebie wpadł, jak go zobaczę, a teraz idę coś zjeść, miłego dnia.
– Miłego, miłego, jak telewizor zacznie działać będzie miły. – Westchnął Robert i dodał:
– Wzajemnie i szczęść Boże.
Artur odszedł, gdy Robert zamknął drzwi, z jego pokoju znów dobiegały krzyki i odgłos uderzenia w telewizor.
Po śniadaniu około godziny trzynastej , młody ksiądz poszedł na spacer, dobrze znaną sobie drogą prowadzącą do jego tajnej szopki. Dzień był bardzo słoneczny, na niebie nie było widać żadnych chmurek, tylko lekki wiaterek czasem powiewał. Była pierwsza połowa lipca temperatura dochodziła do 30 stopni Celsjusza. Droga którą szedł mężczyzna, była pusta, był już kawałek za terenem wszystkich budowli kościelnych, zmierzał w stronę lasu. Miał zamiar zbić kolejny krzyż z belek które leżały tuż pod ścianą za szopką. Były to dość ciężkie drewniane słupy, dlatego samemu trudniej było to wszystko zrobić, jednak kiedy ma się misje do wykonania, nie zwraca się uwagi na drobne niedogodności.

 

Gdy zbliżał się do miejsca, nagle zauważył biegnącą kobietę, pchającą wózek z małym dzieckiem, obok niej biegło drugie dziecko, starsze niż to w wózku miało może z 3-4 latka. Kobieta gdy dojrzała księdza zaczęła krzyczeć, gdy zbliżyła się dość blisko, widać było iż jej twarz jest strasznie blada. Oczy wyszły jej na wierzch i zrobiły się wielkie, oddychała głośno i ciężko. Była młodą kobietą, szczupłą i piękną, miała na sobie krótką spódniczkę i jasnozieloną bluzeczkę. Włosy koloru rudego sięgały jej do ramion, w świetle słonecznym lekko połyskiwały. Zmęczona biegiem i pchaniem wózka, wymamrotała do księdza:
– Tam, tam w lesie, to, tam to jest, to jest straszne to jest……. – Przerażenie odbierało jej głos, to co chciała powiedzieć było tak straszne, tak okropne.
– Co się stało? Niech się pani uspokoi, odsapnie. – Spokojnie mówił mężczyzna, lecz w jego oczach pojawił się błysk, już wiedział co zobaczyła ta kobieta, ale nie mógł dopuścić aby wyczuła jego sekret. Kobieta cały czas była blada i przerażona, starsze dziecko zaczęło płakać więc wzięła je na ręce i uspokajała, po chwili kontynuowała wątek.
– To jest straszne!
– Co takiego, niech pani opowie od początku, dobrze? – Powiedział Artur, uśmiechnął się i pogłaskał młodsze dziecko.
– Dobrze… Spacerowałem z dziećmi, szliśmy tą drogą, gdy Beatka, moja córeczka, powiedziała że chce jej się siusiu. – Przerwała na chwilę, aby się upewnić czy dziecku nic nie jest, po chwili spojrzała w oczy księdza który słuchał uważnie.
– No więc zostawiłam wózek na drodze, widziałam w lesie jakąś szopkę, poszliśmy tam i kiedy ona już zrobiła, ja zauważyłem w lesie. I tam… – Znów zaczęła dyszeć i zrobiła się blada, głos jej zaczął się urywać.
– Spokojnie, niech się pani nie spieszy i uspokoi – Pocieszał ją Artur.
– Gdyba ksiądz to widział, to, to… – Głos znów odmówił jej posłuszeństwa.
– Proszę się nie denerwować, przez to pani nie może opowiedzieć co się stało? Nastąpiła chwila ciszy, kobieta postawiła małą Beatkę na ziemi i mówiła dalej:
– Wydawało mi się że w głębi lasu ktoś jest, że ktoś się na mnie patrzy, kazałam iść Beatce popilnować mojego synka Adriana, i poszłam zobaczyć kto tam jest. Szłam powoli i gdy doszłam, BOŻE!!!!! – Oczy jej zalały się łzami, twarz była blada bardziej niż wcześniej, kobieta wyciągnęła z torebki chusteczkę, przetarła oczy i nos, po kilku sekundach kontynuowała:
– Boże, tam były trzy, trzy duże krzyże, a na nich były, o Jezusie najświętszy! Wisiały jak On, chyba te trzy porwane dziewczyny, Boże co one, co im ktoś…. Przerwała nie mogła dalej mówić, płakała cały czas. Artur podszedł do niej i przytulił ją delikatnie, dotykał jej włosów i spokojnym głosem powiedział.
– Już dobrze, już jest dobrze. Gdy kobieta przestała płakać, odsunął się, spojrzał jej w oczy i oznajmił:
– Jest gorący dzień, pani spaceruje, weszła pani z córeczką do lasu i cóż, drzewa gałęzie, mogło to wyglądać jak krzyże, może jakaś wiewiórka lub sowa tam siedziały i do tego to słońce, to wszystko… – Przerwała mu nagle kobieta
– Nie wierzy mi ksiądz? Ja wiem jak to brzmi, ale proszę posłuchać, wiem co widziałam!
– Niech pani trochę ochłonie, nie to, że nie wierze, tylko chce zauważyć iż wzrok może nam zrobić różne niespodzianki, sam kilka dni temu. – Kobieta znów przerwała:
– To nie była halucynacja! Wiem co chce ksiądz powiedzieć, ale to jest prawda! – Wykrzyknęła.
– Dobrze, ale jestem przekonany, że kiedy oboje tam pójdziemy to okaże się iż to były gałęzie i jakiś zwierzaczek – Uśmiechnął się szczerze, lecz za tym uśmiechem kryło się coś innego, krył się strach, że ktoś okrył jego miejsce. Wiedział, że musi to teraz naprawić. „Tak nie może skończyć się misja, jeszcze nie teraz, jeszcze za dużo kurew jest na tym świecie, jeszcze nie!” Powtarzał w myślach.
Kobieta stała przez chwile wpatrzona w księdza, nie chciała wracać w tamto miejsce, dobrze wie iż to co widziała to nie są żadne gałęzie i zwierzak. Jednak ksiądz zdawał się nie wierzyć jej, jedyny sposób aby go przekonać to zaprowadzić go w to miejsce pomyślała, w tej chwili odezwał się Artur.
– Jeżeli coś faktycznie tam jest, to najlepiej będzie sprawdzić to jeszcze raz dla pewności – Uśmiechnął się do siebie w myślach, już miał plan jak rozwiązać ten problem. Kobieta znów pobladła, nie uśmiechało się jej iść znów w to miejsce, jednak widząc iż nie ma wyjścia powiedziała:
– Dobrze, zaprowadzę księdza, ale ksiądz sam pójdzie to zobaczyć .
– Niech będzie – Odpowiedział.
Cała czwórka szła w stronę szopki, kobieta wzięła na ręce swoją córeczkę i bardzo ją tuliła, ksiądz Artur, pchał wózek z małym chłopczykiem. Widząc iż kobieta jest bardzo wystraszona, Artur zmienił temat rozmowy, przez te kilka minut drogi, rozmawiali o sobie, jak mają na imię, skąd pochodzą, co robią w życiu. Młodej kobiecie rozjaśniała się troszeczkę twarz, nawet uśmiechnęła się łagodnie. Wszyscy zbliżali się do szopki, było już ją widać wśród drzew. Niewielka drewniana czarna budowla, wydawała się być opuszczona i zapomniana przez wszystkich, były tam tylko 2 niewielkie okna, z tym, że jedno było zbite, a w jego miejsce było przybitych kilka desek.
Kobieta nie chciała iść dalej, razem z dziećmi stanęła przy szopce, wskazała miejsce makabrycznego odkrycia i postanowiła siedzieć razem z dziećmi. Nie zamierzała iść dalej razem z księdzem, co nie było to zgodne z planem mężczyzny. Uśmiechając się i przekonując iż na pewno tam nic nie ma, zdołał przekonać Martynę, bo tak miała na imię młoda kobieta, aby poszła razem z nim. Młodsze dziecko spało spokojnie w wózeczku, natomiast starsze usiadło obok wózka i zaczęło bawić się laką.
Artur i Martyna posuwali się w głąb lasu, do miejsca z okrutnego mordu, byli już całkiem blisko, kiedy Artur dostrzegł pod jednym z drzew całkiem sporą gałąź. Zbliżył się wystarczająco do tego drzewa, przykucnął mówiąc iż rozwiązało mu się sznurowadło. Martyna ze złożonymi rękoma, wpatrzona w ziemię, mówiła coś po cichu, była to modlitwa, jednak nie można było dokładnie jej zrozumieć. Artur widząc iż kobieta nie zwraca nie niego uwagi, podniósł powoli gałąź spod drzewa. Wstał najciszej jak potrafił aby Martyna nic nie usłyszała i nie odwróciła się w nieodpowiedniej chwili.
Trzymał gałąź obiema rękoma, jak kij baseballowy, do Martyny było parę kroków, cała czas była zajęta modlitwą. W pewnej chwili podniosła ręce i zaczęła przecierać załzawione oczy, zamierzała się odwrócić, kiedy Artur był już wystarczająco blisko. Podniósł kij nad głowę, zamachnął się i zanim Martyna zdążyła otworzyć przetarte przed chwilą oczy. Mocnym uderzeniem trafił w głowę młodej kobiety, wydała z siebie cichy dźwięk i opadła na ziemię. Z rany po uderzeniu natychmiast wypłynęła krew. Artur podniósł kobietę, przyłożył palce do jej szyi sprawdzając puls, cały czas żyła, straciła tylko przytomność. Wziął ją na ręce i szybko poszedł w stronę dzieci. Widząc zaniepokojenie na twarzy małej Beatki, oznajmił iż mama się źle poczuła i zemdlała; nie wiedząc czy dziecko zrozumiało.
Położył kobietę przy ścianie szopki, mała szybko zbliżyła się do mamy, zaczęła ją oglądać i po chwili wybuchła płaczem. Artur zbliżył się do dziewczynki i nie zbyt silnym uderzeniem w kark powalił ją na ziemie. Także sprawdził jej puls; żyła. Nie zamierzał ich zabić, chciał je tylko obezwładnić.
Pospiesznie wyjął klucz i otworzył drzwi od szopki, rozebrał kobietę i przywiązał ją do łóżka. Małą dziewczynkę także przywiązał do krzesła które stało w rogu. Nie wiedział co zrobić z małym dziewięciomiesięcznym dzieckiem, jednak spało nadal, więc zostawił je w wózku który postawił obok szafki.
Na ścianie naprzeciw łóżka wisiał nie wielki krzyż, tuż obok szafki, Artur przyklęknął:
– Boże odpowiedz mi, co mam zrobić? One nie mogą zniweczyć naszych planów, nie mogą zniszczyć mojej misji! – Mówił zwracając się do krucyfiksu, modlił się jeszcze przez kilka minut, kiedy naglę wstał. Zamknął drzwi i skierował się w stronę zabudowań kościelnych.
Młoda kobieta po kilkunastu minutach przebudziła się, była przywiązana do łóżka i miała zakneblowane usta; dokuczał jej ból głowy. Zobaczyła związaną córeczkę na krześle i synka leżącego w łóżku, nie była jeszcze pewna co się stało. Przypomniała sobie księdza, las, w którym widziała wcześniej krzyże z tymi trzema zaginionymi dziewczynami. Potem spotkała księdza i poszła z nim do lasu…. i…. i teraz leży tutaj. „To ten ksiądz, to ten ksiądz!”
Poukładała to wszystko w myślach, tak to musiał być on. Rozejrzała się wokoło zobaczyła nie duże pomieszczenie z jednym zabitym deskami oknem, wszędzie były zakrzepłe ślady krwi. Czerwone plamy, na ścianach, na podłodze, a nawet na suficie, to wyglądało jak rzeźnia. Nagle sobie uświadomiła, że ten ksiądz on je zabił, on je torturował. W jej oczach pojawił się jeszcze większy strach, pobladła, wiedziała już co ją czeka. Ze wszystkich sił próbowała się uwolnić z więzów, lecz były zbyt dokładnie i mocno związane.
„Moje dzieci, Boże moje dzieci, co on z nimi zrobi, co zrobi ze mną” – Te myśli nawiedzały jej głowę. Po paru minutach prób uwolnienia się zrezygnowała, z jej oczu polały się łzy, była bardzo przerażona. „Gdzie jest ten skurwiel, co zrobi, musze uratować choćby dzieci”, znów podjęła z góry przegraną próbę wydostania się. „Beatka, czy ona śpi, czy nie żyje, a Adrian, nie porusza się, czy on ich zabił?”, te myśli wywołały wielki gniew, próbowała krzyczeć, wyrwać się. Lecz wszystko na nic, naglę usłyszała jakiś odgłos, ktoś otwierał drzwi „To on już tu jest Boże!!!”.
Artur wszedł do środka, miał foliową reklamówkę, położył ją obok szafki, spojrzał na przerażoną twarz kobiety, nie był już w sutannie. Ubrany był w ciemne spodnie i buty, nie miał okrycia klatki piersiowej, był dobrze zbudowany, muskularny.
Podszedł bliżej do kobiety, spojrzał w jej oczy, uśmiechnął się, jego źrenice pojaśniały, jak wtedy gdy była tu ta dziewczyna. Piętnastoletnia Aneta, przypomniał sobie wcześniejsze kurwy. Wcześniej była Karolina też 15 lat i pierwsza jego ofiara Daria, teraz jest ona Martyna. Zupełnie przypadkiem, gdyby wybrała sobie inne miejsce na spacer, gdyby jej córeczce nie zachciało się siku, wszystko było by inaczej. Ale nie, musiała spieprzyć mu jego plany; musiał to naprawić. Z szafki wyjął nóż, duży z około 20 centymetrowym ostrzem. Na twarzy Martyny pojawił się strach, znów chciała krzyczeć, chciała się wyrwać i rozszarpać tego mężczyznę. Nie dało się, a on zbliżał się, był coraz bliżej, nachylił się między jej nogami, zaczął delikatnie dotykać włosów łonowych. Spojrzał prosto w jej oczy, w jej przerażone wielkie oczy, uśmiechnął się. Mocno zacisnął nóż w prawej ręce, odsunął go do tyłu i silnym ciosem trafił wprost w jej pochwę. Krew zaczęła płynąć, ale on nie przestawał, wysunął i znów wsunął całe 20 centymetrowe ostrze i jeszcze raz i jeszcze. Opaska na ustach kobiety tłumiła jej krzyk, miała oczy pełne łez i pot na całym ciele.
Ból okropny rozdzierający ból w kroczu, ścianki macicy roztarte ostrzem i po raz kolejny i kolejny. Martyna odchyliła w tył głowę, zamykała oczy, zacisnęła dłonie w pieść tak mocno iż wbiła w skórę paznokcie. Z pod których zaczęła wypływać krew. Ostrze co chwilę rozcinało jej narządy wewnętrzne, rozdzierało narząd rozrodczy.
Beatka obudzona hałasem otworzyła oczy, przed nią jakiś mężczyzna ranił jej matkę. Oczy jej ukochanej mamusi stały się wielkie, twarz pobladła i znów ostrze noża wsunęło się w sam środek. Coraz więcej krwi wypływało i kolejne uderzenie. Głowa kobiety opadała na bok, mężczyzna wyczuł na sobie wzrok dziewczynki. Odwrócił się i spojrzał wprost w jej niebieskie oczy, uśmiech ogarnął jego twarz. Chwycił nóż który wystawał z podbrzusza Martyny. Krew nie przestawała płynąć, trzymał nóż obiema rękoma, na brzuch Martyny skapywała z niego krew. Podniósł nóż do góry i szybkim zdecydowanym ruchem wbił ostrze w brzuch kobiety. Ostrze wbijało się w organy wewnętrzne rozdzierając je, krew zalewała wnętrze brzucha. Z kolejnej rany płynęła krew i znów wyciągnął i wbił i kolejny raz, zadawał ciosy w jej klatkę piersiową, w brzuch. Kobieta płakała cały czas, nie mogła krzyczeć, wydobywała z siebie tylko ciche stłumione pisknięcia; ból rozrywaj jej ciało. Widziała tylko ostrze, które poruszało się w górę i w dół, w górę w dół, kolejne rany.
Coraz mocniej zaciskała pięść, nie mogła oddychać każdy oddech sprowadzał rozprzestrzeniający się po całym ciele ból. Z każdą raną coraz większy, paznokcie palców dłoni sięgnęły do kości, z nosa zaczęła wypływać krew, krztusiła się nią.
Mężczyzna nagle przerwał, odrzucił nóż, nie mógł wytrzymać, rozpiął rozporek, penis i tym razem był sterczący i stwardniały. Chwycił go prawą dłonią, kilka szybkich ruchów i miał orgazm, głośno dyszał, zmęczony, stanął nad ciałem Martyny. Spermę spuścił na pokrwawiony brzuch. Jednak jego szał nie minął, Martyna żyła cały czas, mimo około dwudziestu ran kłutych na korpusie; żyła i wciąż była przytomna. Artur zapiął rozporek, wyjął z wcześniej przyniesionej torby, nie wielkie urządzenie, trzymał w ręce nie małą działającą na baterie wiertarkę. Kobieta obserwowała jak idzie się w stronę dziewczynki, mimo bólu, chciała krzyczeć, nie mogła, tylko łzy i coraz większe przerażenie. Nie chciała na to patrzeć, a jednak nie zamykała oczu. Artur podszedł do Beatki, wyjął z kieszeni śrubkę o długości trzech centymetrów, założył ją na specjalną końcówkę wiertarki.
Podniósł lewą ręką nóż leżący blisko krzesła do którego była przywiązana dziewczynka, rozciął więzy. Beatka chciała uciec, lecz powstrzymał ją, odrzucił szybko nóż, chwycił rękę dziewczynki i podniósł na wysokość swojej głowy. Dziecko płakało, uderzało drugą rączką w mężczyznę. Dziewczynka kopała go związanymi nóżkami, lecz jej siła nie była w stanie powstrzymać silnego mężczyzny. Przyłożył do niej wiertarkę i wwiercił się w jej małą rączkę, śrubka kruszyła kość powodując rozdzierający ból który wywołał grymas na twarzy Beatki. Śrubka przebijając się na wylot przytwierdziła rączkę do drewnianej ściany, kobieta wpadła w szał, piszczała, płakała, próbowała uwolnić się. Nie mogła po raz kolejny, jej rany zaczęły mocniej krwawić. Dziewczynka po wydaniu piskliwego dźwięku straciła przytomność, opadła na ścianę, zwisała z niej niczym szmaciana lalka. Przytwierdzona ręka utrzymywała ciężar ciała, krew spływała po ścianie. Artur wyjął kolejną śrubkę z kieszeni, zamocował na końcówce, podniósł drogą rękę dziewczynki i znów wwiercił się w nią. Beatka otworzyła oczy które była niebiegłe krwią i po chwili straciła przytomność. Zwisała ze ściany, z obydwiema przytwierdzony rączkami w poziomej pozycji, z ran spływała krew, ból był zbyt wielki dla małego dziecka.
Chłopczyk w wózku obudził się, zaczął płakać, lecz mężczyzna nie zwracał na niego uwagi. Odłożył wiertarkę, przyłożył ucho do klatki piersiowej dziewczynki, serce nadal biło, zaczął uderzać ją lekko po twarzy, aby ją przebudzić, zdjął z jej ust knebel. Dziewczynka po kilku chwilach ocknęła się, próbowała poruszać rękoma, nie mogła, znów ból przepłynął po jej ciele, płakała i krzyczała. Ksiądz rozciął sznur którym związane były jej nóżki, teraz w wielkiej złości i bólu, zaczęła nimi poruszać, uderzać o ścianę, machać. Martyna cały czas obserwowała córeczkę, powodowało to u niej ból, ból psychiczny. Teraz już nie miało znaczenia jak bardzo bolą ją rany, jej córeczka cierpiała, machała nóżkami z bólu, krzyczała i płakała, krew cały czas spływała z jej rączek. Mężczyzna wyjął z szafki nie wielką siekierę, spojrzał swymi błyszczącymi oczyma w oczy kobiety, uśmiech go nie opuszczał; był cały spocony. Zbliżył się do dziewczynki, wziął siekierę w obie ręce, spojrzał jeszcze raz czy Martyna patrzy na to, nie chciała patrzeć, lecz znów nie mogła zamknąć oczu. Artur wziął zamach, uśmiechnął się szeroko i na oślep skierował ostrze siekiery w stronę dziewczynki. Ostrze cięło powietrze i wbiło się wielkim impetem w ścianę, prysła wielką strugą krew. Tryskała we wszystkie strony, sięgnęła; twarzy, ciała Martyny, na ziemie opadła mała nóżka. W szale dziewczynka machała w każdą stronę kawałkiem swojej nóżki. Po kilku sekundach przestała to robić, z ust wypłynęła jej struga krwi, a razem z nią ostatnie tchnienie. Martyna wstrzymała oddech, nie poruszała się, szeroko otwartymi oczyma patrzyła niczym zahipnotyzowana na wiszące, martwe ciało swej córeczki. Artur odwrócił siekierę, teraz zamierzał uderzyć tępym końcem, wziął jeszcze większy zamach. Kobieta patrzyła jak mężczyzna oddaje cios, cios w jej martwą już córeczkę, która zakrwawiona zwisała z ściany, jak trofeum z polowania. Siekiera była coraz bliżej i……….
I naglę wyprysła fala krwi, w różnym odcieniu, to nie była tylko krew, kości czaszki i kawałki skóry rozprysły się po całym pokoju. Kawałki mózgu poleciały w każdą stronę, kilka dosięgło kobiety, część czaszki i mózgu spadła na małego chłopczyka. Reszta rozlała się na twarzy mężczyzny, oblizał się. Z korpusu dziewczynki wylewała się krew strumieniami, były tak wielkie iż sięgały sufitu na ścianie, powstała ogromna plama krwi. Artur skierował się w stronę łóżka do związanej matki dziecka. Podniósł siekierę nad głowę i zadał silny cios w jej klatkę piersiową, już za pierwszym ciosem trafił w serce, po raz kolejny wyprysły strugi krwi. Wydobył siekierę z rany i zadał kolejny cios, teraz trafił w gardło, prawie odciął głowę, trzymała się zaledwie na skrawku. I następne uderzenie i następne, w szalę rąbał całe ciało młodej kobiety. Trafiał w jej nogi, ręce, brzuch, głowę, w powietrze za każdym uderzeniem tryskały większe strugi krwi i kawałki ciała. Krew oblewała Artura, małe części ciała opadały na ziemie, niektóre przyklejały się do sufitu zwisając z niego, jedna ręka została odcięta, opadła na podłogę. Po kilku kolejnych uderzeniach przestał, całe pomieszczenie było teraz w świeżej krwi, na ścianach, na suficie, na podłodze, wszędzie kałuże krwi. Resztki ciała ofiar, małe kości dziewczynki, on też był cały we krwi, cała twarz, klatka piersiowa i spodnie, wszystko w tej czerwonej substancji. Oczy jego jaśniały, rzucił siekierę na łóżko, podszedł do płaczącego chłopczyka, na wózku też było pełno krwi, na ciele małego Adriana także. Wyjął chłopczyka, trzymał go za nóżki głową w dół, dziecko płakało i piszczało, zamachnął się dzieckiem, głośno oddychając, cisnął całą siła dziecko w stronę ściany. Chłopiec płakał i zbliżał się bardzo szybko na ścianę, był coraz bliżej. Gdy w pewnej chwili, mężczyzna zatrzymał dziecko, tuż przed ścianą zwolnił cios.
Spojrzał na dziecko, w jego zapłakane oczka i odłożył go z powrotem do wózka. Klęknął przed krzyżem, który był ledwo widoczny w plamach krwi i powiedział:
– Boże, nie zrobię tego, nie zabije go, to jest moje dziecko, wiesz, że nie mogę mieć dzieci, dlatego on będzie moim synem!!!
Po około trzydziestu minutach, kiedy mężczyzna ochłonął po tym wszystkim co zrobił, wyjął z szafki ręczną piłę, podszedł do ciała kobiety z którego nadal sączyła się krew. Przyłożył piłę do prawej nogi na wysokości kolana i zaczął ciąć, krew spływała z nowo zadanej rany. Lecz już tym razem kobieta nic nie czuła. Mniej więcej po dwóch godzinach Artur wrzucił do plastikowego worka poćwiartowane ciało kobiety, oraz jej małej córeczki. Umieścił tam też ich ubrania, oraz swoje poplamione krwią. Wyniósł worek z ciałami za szopkę, w okolicy postawionych wcześniej trzech krzyży, wykopał dół, wrzucił tam wór z poćwiartowanymi ciałami. Wrócił do szopki, zajął się dzieckiem, które bardzo płakało, nakarmił je mlekiem które znajdywało się w wózeczku.
Musiał jednak odczekać kilka godzin zanim wystarczająco się ściemni, aby mógł wrócić niezauważony do mieszkania. Była już godzina pierwsza w nocy, kiedy zdecydował się odejść. Wiedział iż ksiądz Robert lubi siedzieć długo przed telewizorem, lub radiem i mógł go znów zauważyć. Dziecko zostawił w szopce na całą noc, nie mógł zanieść go do domu, mogło by to zdradzić jego misje, jego plany.

Tego samego dnia, wczesnym rankiem, już około ósmej, ksiądz Artur wstał, poszedł od razu na śniadanie. O tej samej porze jadał także ksiądz Robert, z którym razem poszedł do stołówki.
– Nie widziałem żebyś wczoraj wracał do pokoju? – Zapytał podejrzliwie Robert.
– Wracałem późno, trochę się zasiedziałem z jedną miłą kobietą z pielgrzymki – wyjaśnił.
– Z kobietą co? Tylko nie zapominaj, że jesteś księdzem, młodym i przystojnym ale jednak księdzem – Tłumaczył dalej Robert.
– Wiem, wiem, zresztą to była zamężna kobieta z dziećmi.
– To nie ma znaczenia Arturze i ja będąc młody miałem różne okazje do grzechu – Ściszył głos i przybliżył usta do ucha Artura mówiąc szeptem:
– I raz dwadzieścia lat temu, gdy obchodziliśmy urodziny jednego z księży, za dużo wypiłem i doszło do małych przytulanek z siostrą tegoż księdza, hehe, kiedyś ci opowiem…
Odchylił głowę i weszli obaj do jadalni. Księdza Roberta zastanowiło to iż po śniadaniu poprosił kucharkę o gorące mleko i mimo iż Artur starał się być dyskretny, dostrzegł to Robert. Który uważnie śledził po śniadaniu Artura, a szedł on do szopki nakarmić zostawione tam na noc dziecko.
Robert z daleka obserwował jak mężczyzna wchodzi do lasu, z miejsca z którego się przyglądał nie było widać dokładnie co po wejściu w las zrobił Artur. Starszy ksiądz który zawsze był wszystkiego ciekawy, postanowił iż przy najbliższej sprzyjającej okazji sprawdzi co też ukrywa przed nim Artur. Kilka godzin później, po południu Artur znów wyruszył nakarmić dziecko, także tym razem nie przypuszczał iż Robert śledzi jego spacery. Teraz znacznie się przybliżył i mógł dostrzec iż Artur wchodzi do niewielkiej drewnianej szopki.
Po dwudziestej sytuacja się powtórzyła, aczkolwiek tym razem Artur nie wracał tak szybko. Więc Robert kilka minut przed dwudziestą trzecią postanowił wrócić do domu mówił do siebie podczas drogi powrotnej:
– Co on tam ukrywa, może znalazł jakieś zwierzę, kręcą się tu bezpańskie psy i koty. A może ma tam kochankę? – Myślał na głos.
– Hmm….. ale po co mleko kochance? Może dziecko tam trzyma? Eeech, jutro ma lekcje przygotowawcze do bierzmowania z dzieciakami, będzie okazja aby sprawdzić wszystko.
Była godzina dziewiętnasta kiedy kończyła się lekcja przygotowawcza do bierzmowania:
– Już czas się zbierać, uklęknijmy i pomódlmy się – Mówił poważnym tonem Artur, przyklęknął a za nim cała reszta młodych ludzi którzy przyszli na spotkanie. Była tam też Monika, którą miał okazje spowiadać kilka dni temu, od razu wypatrzył ją z tłumu. Gdy modlitwa dobiegła końca i młodzież wychodziła, podszedł do grupki czterech dziewczyn, były to te same koleżanki Moniki co wtedy w kościele podczas spowiedzi. Uśmiechnął się do dziewczyn i powiedział:
– Witajcie dziewczyny – Dziewczyny się troszkę speszyły, ksiądz kontynuował:
– Mogę chwilę z tobą porozmawiać Monika? Chodzi o ostatnią spowiedź.
Monika zrobiła się czerwona na twarzy, wyraźnie było widać iż zawstydziła się. Koleżanki spojrzały na nią, swymi dużymi oczyma i próbowały w myślach odpowiedzieć sobie co mogła na spowiedzi powiedzieć Monika. Jej najbliższa koleżanka Ewa, przypomniała sobie nagle, jak kilka tygodniu temu, spotkały dwóch miłych starszych chłopaków. Bardzo przyjemnie z nimi rozmawiali, potem zaprosili je na piwo, także chętnie się zgodziły. Po piwie Monika wyszła z jednym z chłopaków na spacer, była to już późna godzina, dochodziła dwudziesta czwarta. Następnego ranka opowiadała iż poszła z chłopakiem na cmentarz. Zaraz za cmentarzem była mała kapliczka, w której były otwarte drzwi. Monika opowiadała jak zaczęli się całować i chłopak posuwał się coraz dalej. Miała wtedy na sobie krótką spódniczkę oraz bluzeczkę bez rękawów. Chłopak sięgnął ręką pod spódniczkę i zdjął z niej majtki, mówiła iż na początku opierała się, jednak po chwili ulegała Bartkowi, bo tak miał na imię. Bartek zsunął jej majtki, położyła się na ziemi, przybliżył się do niej, patrzyła jak rozpina spodnie i opuszcza je, było tam ciemno więc nie widziała wszystkiego dokładnie. Potem Bartek położył się na niej i powoli wszedł w nią, poczuła ból i po chwili było jej już bardzo przyjemnie. Kochała się pierwszy raz w życiu, z chłopakiem którego poznała tego dnia, pewnie normalnie by tego z nim nie zrobiła, jednak te dwa piwa które wcześniej wypiła, przyspieszyły ciąg wydarzeń.
„Boże, chyba mu tego o opowiedziała” – pomyślała Ewa.
Monika z księdzem odeszła kawałek dalej, śmiejąc się i rozmawiając. W pokoju Robert, wyłączył nagle telewizor i szybko wyszedł na zewnątrz, wcześniej spojrzał na zegarek i było już dziesięć po dziewiętnastej, lekcja skończyła się kilka minut temu. A miał przecież iść sprawdzić co ukrywa Artur. Przed salą gdzie odbywała się lekcja, stało jeszcze kilku chłopców i kilka dziewczyn, podszedł do nich i zapytał czy nie wiedzą gdzie i kiedy poszedł ksiądz Artur. Jedna z dziewczyn powiedziała iż poszedł na spacer z jej koleżanką w stronę źródełka. Robert się ucieszył, źródełko było w całkowicie przeciwnym kierunku niż tajemnicza szopka. Skierował się więc w stronę lasku, wziął ze sobą latarkę, gdyby miało się ściemnić i jednak dziś dzień nie był tak słoneczny było dość pochmurnie, a rankiem nawet trochę padało.
Nie spieszył się idąc do szopki, co chwila jednak oglądał się za siebie i w boki, aby zauważyć czy czasem Artur nie wraca ze spaceru z dziewczyną.
Była godzina dwudziesta trzydzieści kiedy Robert zbliżał się do szopki, nadal było jasno, ale o wiele ciemniej niż przed godziną. Powoli zbliżał się do tego miejsca, gdy był kilka metrów przed drzwiami, rozejrzał się dokładnie, nikogo nie zauważył. Skradał się najciszej jak potrafił, obchodził szopkę z każdej strony. Zauważył okno, które było czymś od wewnątrz umazane. Zapalił latarkę i zaglądał do środka, przez poplamione krwią okno, jednak było ono zbyt brudne aby mógł coś dojrzeć. Po chwili zgasił latarkę bo zdawało mu się że coś usłyszał. Przyłożył ucho do okna i wsłuchiwał się, pewien był iż przez chwilę słyszy jakby dziecko które coś niewyraźnie mówi. Znów włączył latarkę i próbował dojrzeć co jest we wewnątrz tajemniczej szopki.
„Hmm….. może to tylko kot mały, albo piesek, a ja się bawię w detektywa”- Pomyślał. Obszedł szopkę do końca i postanowił jednak wejść. Złapał za klamkę, ale drzwi były zamknięte. „Hmm…. jeśli je wyważę to będzie wiedział, że ktoś tu był, jednak jeżeli tam jest dziecko albo kobieta, to muszę to sprawdzić” – Nawiedzały Roberta takie myśli. Wyjął z kieszeni kilka kluczy i próbował którymś z nich otworzyć wejście, nie bardzo wychodziło.
Odszedł kilka kroków aby poszukać jakiegoś kija którym można by wyważyć drzwi.
W tym czasie Artur rozmawiał dalej z Monika, która płakała i zwierzała mu się z przygody z chłopakiem która wydarzyła się kilka tygodni temu.
– Ja naprawdę nie wiedziałam co robię, byłam pijana i tak wyszło i czy ja – Mówiła urywającym się głosem, szlochała cały czas.
– Posłuchaj Monika, nic takiego się nie stało, rozumiem tamtą sytuacje – Mówił ze spokojem Artur, lecz jego myśli były zupełnie inne „Ta kurwa zgrzeszyła, musi za to odpowiedzieć, musi!”
– Czy ja za to nie będę mogła iść do bierzmowania? – Wyksztusiła z siebie dziewczyna.
– Będziesz mogła, oczywiście że będziesz mogła, a twoi rodzice co z nimi?
– Rodzice?! Boże oni nic nie wiedzą, tata by mnie z domu wyrzucił! Niech ksiądz nic nie mówi, proszę, błagam niech ksiądz nic nie mówi! – Prosiła przez łzy dziewczyna, Artur przytulił ją do siebie, głaskając jej głowę mówił:
– Bobrze nie powiem, możesz być spokojna, Bóg ten grzech też ci wybaczy.
– Dziękuje, bardzo dziękuje – oznajmiła Monika.
Robert znalazł mocny metrowy kij, podszedł do drzwi i próbował w jakiś sposób je wywarzyć. Podkładał kij i chciał je wypchnąć na zewnątrz ale to nic nie dawało, uderzał też w drzwi kijem, w miejsce gdzie jest zamek, aby go w jakiś sposób popsuć. Jednak i ta metoda nie przyniosła odpowiednich rezultatów i już trochę podenerwowany krzyknął:
– Pierdolone drzwi!!! Wybacz…
Po kilku kolejnych próbach był już zdenerwowany tak bardzo iż ze złości, z całej siły uderzył nogą w drzwi na wysokości zamka. I nagle zauważył iż zamek się trochę wyłamał, były to stare trochę już spróchniałe drewniane drzwi. Tym razem wycelował i znów posłał kolejnego kopa, zamek już prawię całkiem się wyłamał, ale drzwi nadal się trzymały. Uderzył jeszcze dwa razy, teraz zamek był już praktycznie wyłamany, podszedł i ciągnął za klamkę, drzwi zaczęły dawać za wygraną…
– Wiesz, znam pewne fajne miejsce, pokaże ci choć – Powiedział do Moniki ksiądz, uśmiechając się.
– Co to za miejsce? – zapytała.
– Zobaczysz, taka stara szopka, znalazłem parę dni temu dwa małe kociaki, dokarmiam je tam, jeśli chcesz będziesz mogła sobie jednego wybrać?
Dziewczyna uśmiechnęła się lubiła zwierzęta, miała kiedyś pieska, jednak półtora roku temu został rozjechany przez samochód, od tego czasu nie miała żadnego zwierzaka.
– Chętnie wezmę jednego kotka, dziękuje – Uśmiechnęła się jeszcze bardziej, zapomniała na chwilę o tym co powiedziała księdzu, o całej sprawię z tym chłopakiem. Teraz pójdzie zobaczyć kociaki i wróci do domu z jednym z nich, rodzice nie powinni mieć nic przeciwko.
I kiedy Artur z Moniką wyruszyli do szopki, Robert był już blisko otworzenia drzwi, zaprał się noga o ścianę, całą siłą ciągnął je w swoją stronę, siłował się chwilę. Po paru sekundach zamek wyrwał się z drewnianych drzwi uleciał w powietrze, drzwi szeroko zostały otworzone. A Robert upadł na ziemię, nie całe dwa metry od wejścia.
– No wreszcie puściły! – odpowiedział.
W pomieszczeniu było ciemno, nie było tam światła, dlatego Robert włączył latarkę i powoli wszedł do małego przedsionka. Po prawo były kolejne drzwi, przybliżył się do nich, zamierając na chwilę bez ruchu, wsłuchiwał się w odgłosy za ścianą. Usłyszał cichy szelest, coś się wewnątrz tego pomieszczenia poruszało, rozejrzał się czy nie ma czegoś do obrony. Pod ścianą stał szpadel, chwycił go w jedną rękę, odsunął się od drzwi, drugą dłonią sięgał do klamki. Przygotowany na uderzenie przeciwnika, drzwi nie były zamknięte, jednak nie otwierał ich całych, uchylił je lekko. Wziął teraz szpadel w obie ręce. Odetchnął głęboko kilka razy, przełknął ślinę i kopnął z całej siły w drzwi, wpadł nagle do pomieszczenia i zaczął krzyczeć.
Wszędzie było ciemno, odłożył szpadel opierając go o drzwi aby się przypadkiem nie zamknęły, w rogu usłyszał cichy szmer, nie mógł dojrzeć co to było. Wyjął latarkę i zaświecił w stronę skąd dochodziły dźwięki. Nagle zdał sobie sprawę co zobaczył, w wózku siedziało małe dziecko, bawiąc się misiem, spojrzało na niego, swoimi dużymi zielonymi oczyma. Robert, nagle bardzo pobladł, przesunął jeszcze raz światłem latarki wokół pokoju, wszędzie były ślady krwi, na suficie, podłodze, na łóżku i wkoło niego było ich najwięcej. Gdzieniegdzie leżały kawałki ciała i kości. Jego oczy zrobiły się wielkie, upuścił mimowolnie latarkę, jakby jego ręce przestały reagować, latarka potoczyła się pod łóżko. Blask żarówki padał akurat w miejsce w którym wcześniej Artur roztrzaskał siekierą głowę małej dziewczynki. Na ścianie była wielka plama krwi, kawałki mózgu i czaszki były przyklejone do zaschłej cieczy. Robert padł na kolana, jakby dostał nagłego paraliżu nóg. Otworzył usta, lecz nie mógł nic powiedzieć, to co zobaczył odebrało mu mowę. Skierował teraz wzrok na dziecko, które uśmiechając się i chichocząc znów zaczęło bawić się misiem, pomachało rączką do Roberta:
– Boże, o Boże!!! Ten, ten skurwiel, co on o..oo….. kurwa, o Jezusie to jest, ja… ja….. – Przerwał, przerażenie nie pozwoliło wypowiedzieć kolejnego słowa, zamknął oczy i spuścił głowę, złożył ręce do modlitwy. Modlił się w myślach, kiedy nagle szeroko otworzył oczy i poderwał się na nogi.
– Boże drogi, ta dziewczyna powiedziała, że poszedł z jej koleżanką na spacer! – W tej właśnie chwili dotarło do niego wszystko, to on, on jest tym porywaczem piętnastoletnich dziewczyn. On mieszkał w pokoju nad nim od około dwóch lat, ten skurwiel był cały czas obok, był cały czas!
Monika z Arturem byli już na drodze prowadzącej do szopki, jeszcze tylko kilka minut i będą na tam, dzieli ich od tego miejsca około pięćset metrów. Rozmowa już dawno zeszła na inny temat, Artur opowiadał dlaczego zapragnął zostać księdzem co go do tego skłoniło. Jednak nie mówił wszystkiego, nie mówił, że jego matka po śmierci ojca który zginął w kopalni kiedy on miał 6 lat, popadła w alkoholizm. Nie powiedział iż po czterech latach picia, kiedy wyrzucili ją z pracy, zaczęła mieć halucynacje i słyszeć głosy. Sytuacja była ciężka, pieniędzy z opieki brakowało, siostra matki czasem przysyłała trochę grosza, ale i tak było źle. Matka schizofreniczka, zamykała go w pokoju; mówiła, że taka jest misja iż ma tam siedzieć i czytać biblie. Kiedy miał dwanaście lat po raz pierwszy odważyła się go wykorzystać. Przez następne trzy lata wykorzystywała go seksualnie, co noc wpajała mu do głowy, że też będzie miał misje. Ten koszmar trwał trzy lata, trzy długie lata, kiedy popełniła samobójstwo. Zamknęła go jak zwykle w pokoju, upiła się prawie do nieprzytomności i podcięła sobie żyły nożem kuchennym, umierała powoli. Nikt tego nie widział ani nie słyszał, sam Artur myślał, że wyszła gdzieś, dopiero po paru dniach ciało matki i Artura zamkniętego w pokoju, znaleźli sąsiedzi. Artur trafił na krótko pod opiekę ciotki, jednak sprawiał duże kłopoty, mówił coś o misji, jego oczy czasem tak dziwnie błyszczały. Spał z nożem w ręku, nie chciał jeść, a gdy się zdenerwował niszczył wszystko wokoło niego, meble, sprzęt RTV, wybijał okna. Ciotka po pół roku oddała go do domu dziecka, tam też były z nim kłopoty. Kiedy miał siedemnaście lat, przebywał dużo czasu ze swoją dziewczyną, także z tego samego domu dziecka. Małgorzatą bo tam miała na imię , skończyła piętnaście lat on miał siedemnaście kiedy zdecydowali odbyć stosunek seksualny. W nocy zakradli się do niewielkiej sali gimnastycznej, oboje byli zdenerwowani tym pierwszym razem. Rozebrali się i Artur nie mógł patrzeć na ciało nagiej dziewczyny, był też rozebrany, ale nic nie mógł zrobić. Sparaliżował go strach i kiedy Małgorzata dotknęła jego nogi, wpadł w furie, zaczął krzyczeć, rzucił się na dziewczynę i zaczął ją bić. Uderzać z całych sił pięściami w głowę, w brzuch, dziewczyna krzyczała, twarz miała całą we krwi, po kilku minutach zbiegli się wychowawcy i powstrzymali Artura. Nie trafił jednak do poprawczaka, kilka dni później wyrzucono go z domu dziecka. Wtedy już wiedział co ma robić, jaka będzie jego misja, usłyszał to tej nocy kiedy zbił swoją dziewczynę, usłyszał od Boga iż ma zająć się takimi kurwami.
Podróżował po miastach i trafił do pewnej parafii, tam zaopiekował się nim stary ksiądz, zauważył iż chłopak zna prawię na pamięć biblię i jest bardzo wierzący i oddany Bogu. Ksiądz ten pomógł mu zdobyć wykształcenie duchowne, po paru latach dwudziesto trzy letni Artur został księdzem, trzy kolejne lata spędził na parafii. Jednak kiedy jego nauczyciel i opiekun zmarł, był to już stary człowiek miał siedemdziesiąt siedem lat. Artur przeniósł się do parafii w Licheniu, bywał tu czasem z starym księdzem, znał tu parę osób, dlatego nie miał problemu z przeniesieniem się do Liczenia. Od dwóch lat był tutaj i kiedy w tym roku został wybrany na głównego prowadzącego zajęcia przygotowawcze do bierzmowania, wiedział iż to jest odpowiedni czas do wykonania misji.
Robert poszukał latarki, wyjął ją spod łóżka i schował, zamknął drzwi, przejrzał szafkę i wziął do rąk siekierę. Stanął przy ścianie i czekał kiedy Artur się tu zjawi, zaplanował wszystko. „Kiedy on zauważy iż główne drzwi są wyważone, będzie wiedział że ktoś tu był, jednak nie będzie wiedział kto i czy nadal jest, wejdzie wtedy ostrożnie do pomieszczenia, a gdy będzie odpowiednio blisko przyłożę mu prosto w twarz siekierą” Myślał tak Robert, był zdenerwowany, ręce zaczęły mu się pocić, ale nie dawał za wygraną. Ścisnął jeszcze mocniej siekierę i czekał aż się zjawi tutaj ten skurwiel, a wtedy poczuje ostrze tej siekiery na swej parszywej twarzy. To dodawało mu odwagi, mówił:
– Boże ja wiem, że to jest ciężki grzech, wiem o tym, ale ten skurwiel zabił już trzy dziewczyny, dziś ma zamiar zabić kolejną. Ty wiesz o tym, że tak nie może być! On zasłużył na śmierć, kurewsko bardzo zasłużył i wybacz, że łamię Twoja prawa, ale nie pozwolę aby ten skurwiel zabił następną dziewczynę! I jeśli będę się za to smażył w piekle to niech tak będzie, jeżeli taka wola Twoja, ale będę się smażył z czystym sumieniem, także wybacz na chwilę…. amen.
Szopka była już w zasięgu wzroku i mimo, że było już ciemno dostrzec się dało jej zarysy.
– To tam? – zapytała Monika.
– Tak tu już tam – z uśmiechem oznajmił Artur.
Byli coraz bliżej, od szopki dzieliło ich około trzydziestu metrów, Robert słyszał jak tu się zbliżają, słyszał głos Artura i młodej dziewczyny, słyszał ich kroki. Weszli właśnie do lasu, są już blisko. Artur zbliżał się do drzwi frontowych, jeszcze nie widział iż są wyważone, że są tylko przymknięte, gdy przy nich stanął i wyjmował z kieszeni klucz dopiero spostrzegł co się z nimi stało. Stanął jak wryty, nie mógł w to uwierzyć, kto to zrobił, na jego twarzy pojawił się pot, może to mąż tej kobiety którą wcześniej zabił, stał tak i nie wiedział co zrobić, co się stało…
– Dlaczego nie wchodzisz, coś nie tak? – zapytała dziewczyna.
– Nie, nie, wszystko w porządku – Wypowiedział Artur, ale wcale nie było w porządku, ktoś go odkrył, po raz drugi, tu już nie było bezpiecznie. Postanowił w myślach iż to będzie ostatnia ofiara w tej miejscowości. „Jeśli ktoś tu był i zobaczył krew i dziecko, to pewnie je wziął i poszedł zawiadomić policje, a skoro ich tu nie ma to mam jeszcze trochę czasu, zabije ją szybko i wyjadę” – Pomyślał.
Otworzył powoli drzwi, Robert stał nieruchomo, żadnego ruchu aby go nie spłoszyć, „Zaraz tu wejdzie a wtedy go zabiję”, powtarzał sobie w myślach. Pot spływał mu z rąk i nosa, wstrzymał oddech i słuchał. Artur powoli wszedł do środka, odwrócił głowę i spojrzał na dziewczynę która była tuż za nim, uśmiechnęła się. Położył rękę na klamce. Robert cały czas nie oddychał, „Zaraz tu będzie, zaraz otworzy drzwi i…!”
Artur zacisnął dłoń na klamce, przyciskał ją ku dołowi, otworzył drzwi i powoli je uchylał. Robert szeroko otworzył oczy, był już przygotowany na cios, Artur powoli uchylił drzwi do połowy, postawił jedną nogę w pomieszczeniu. Kiedy naglę Robert z całym impetem skierował siekierę w stronę Artura, ostrze przecinało powierzchnie, dziewczyna widząc co się dzieje, cofnęła się szybko krok do tyłu, Artur zrobił to samo. Ostrze zatrzymało się przed jego twarzą, trzonek siekiery uderzył w futrynę od drzwi, struga powietrza niesiona przez ostrze musnęła włosy Artura, który momentalnie odskoczył do tyłu. Dziewczyna robiąc krok w tył potknęła się o próg, opadała na ziemię, kiedy Artur popchnął ją swym ciałem. Uderzył w nią z chwilą gdy zrobił odskok, teraz oboje spadali na ziemię. Monika upadła uderzając się w głowę, zaraz na nią upadł Artur przygniatając ją.
Robert wybiegł z pomieszczenia, widząc co się dzieje, zdał sobie sprawę, że nie trafił, zrobił to zbyt szybko, gdyby poczekał aż Artur zrobi jeszcze jeden krok już było by po nim. Teraz leżał na dziewczynie, gdy wybiegał, Artur szybko przetoczył się na bok. Robert uniósł siekierę nad głowę, przeskoczył dziewczynę, mocnym ruchem w dół, wprost na Artura skierował ostrze. Artur wyciągnął nóż który trzymał w spodniach pod sutanną, przetoczył się kolejny raz, w ostatniej chwili. Siekiera trafiła w ziemię, teraz zyskał te potrzebne sekundy. Robert widząc iż znów spudłował, wyciągał z ziemi trzon siekiery, kiedy Artur był już przy nim i poczuł bolesne ukłucie w okolicach serca. Artur wbił nóż w ciało Roberta, który wydał cichy odgłos i opadł na ziemie, ostrze noża wbiło się jeszcze głębiej w jego ciało.
Leżał na ziemi, jego klatkę piersiową rozdzierał ból, ciężko dyszał, obok niego znajdowała się nieprzytomna dziewczyna. Artur sprawdził czy żyje, wziął ją na ręce i zaniósł do pomieszczenia, szybko rozebrał i przywiązał do łóżka. Następnie wziął ciało Roberta które także zaniósł do krwawego pomieszczenia, chłopiec w wózku uważnie przyglądał się czynnością Artura. Który teraz wyjął z szafki inny nóż, podszedł do dziewczyny uśmiechnął się i przyłożył ostrze noża do jej brzucha. Jego oczy po raz kolejny zabłyszczały, wbił ostrze noża w brzuch dziewczyny, w tym miejscu od razu wypłynęła krew. Monika nadal się nie budziła, wbił jeszcze głębiej nóż i powoli rozcinał jej brzuch. Krew szybko wypływała z rany, rozlewając się po brzuchu i spływając na łóżko, a z łóżka na podłogę. Skóra rozdzierała się na brzuchu Moniki. Rana stawała się coraz większa i bardziej krwawiła i kiedy na prawię całą szerokość rozciął brzuch Monice, usłyszał jakieś odgłosy z oddali. Ucichł na chwilę, wsłuchiwał się, odłożył nóż i wyszedł na zewnątrz. Zauważył kilka świateł z latarek jakieś 300-400 metrów od niego, szło tutaj kilka osób.
– Kurwa!!! – wykrzyknął, musiał szybko działać, wpadł do pomieszczenia, dziewczyna cały czas była nieprzytomna. Schował nóż w spodnie, podniósł ciało Roberta i jego prawą dłoń zacisnął na nożu który był w niego wbity. Z brzucha dziewczyny spływa krew, umoczył ręce w niej i posmarował podłogę przed łóżkiem. Podniósł ciało starego księdza i rzucił je na dziewczynę, potem jedną z jego nóg umoczył w plamię krwi przed chwilą zrobionej.
Wziął dziecko i wybiegł z szopki, grupka ludzi była już około dwustu metrów od niego, pobiegł w głąb lasu, najszybciej jak umiał.

W gorący lipcowy dzień do autobusu wsiadał młody mężczyzna około trzydziestego roku życia, miał krótkie włosy i bródkę, w ręce trzymał małe dziecko. Z radia w autobusie dobiegał głos spikera „Przedwczoraj w nocy, policja odkryła miejsce makabrycznych mordów których dopuścił się starszy ksiądz z parafii Licheń. Na miejscu znaleziono zmasakrowane i ukrzyżowane trzy zwłoki młodych dziewczyn które zaginęły jakiś czas temu. Policja stwierdza iż ofiary umierały w bardzo bolesny sposób, „Tylko prawdziwy szaleniec mógł dokonać takiej rzezi”, powiedział jeden z policjantów. Ciało tego szaleńca znajdywało się w niewielkiej szopce, zaraz przy kolejnej ofierze, która na szczęście przeżyła, znajduję się teraz w szpitalu pod ścisła opieką lekarzy. Jak dowiedzieliśmy się od policji, ksiądz próbując zadać kolejny cios nożem dziewczynie, poślizgnął się na krwi, stracił równowagę i spadł na ciało dziewczyny wbijając sobie nóż w okolice serca. Na miejscu znaleziono też dziecięcy wózek, dziecka w nim nie było, poszukiwania trwają. Policja szuka też młodego księdza z długimi włosami, który zaginął, być może ksiądz jak i dziecko były ofiarami księdza szaleńca, jak do tej pory ich ciał nie znaleziono…”

Słońce bardzo grzało w ten lipcowy dzień, kiedy z autobusu wysiadł młody dwudziesto letni mężczyzna z długimi włosami. Przed nim na przystanku siedziała młoda piętnastoletnia dziewczyna, młody mężczyzna podszedł do niej i zapytał:
– A więc to jest ten sławny Licheń?
Dziewczyna podniosła głowę i ujrzawszy młodego chłopaka, uśmiechnęła się.
– Tak to jest ten Licheń – odpowiedziała.
– Chciałbym obejrzeć tą sławną bazylikę, czy wiesz jak tam trafić? – Pytał dalej chłopak.
– Może wiem – Z uśmiechem odpowiedziała dziewczyna.
– Hmm….. mogłabyś mi wskazać drogę, ale mógłbym nie trafić, może przydał by mi się przewodnik?
– Sam chyba nie trafisz, na pewno przyda ci się przewodnik – dziewczyna wstała, podała dłoń chłopakowi.
– Natalia jestem.
– Miło poznać, ja jestem Adrian.
Oboje poszli w stronę bramy kościelnej, Natalia mówiła dalej:
– Przyjechałeś tylko obejrzeć kościoły?
– Poniekąd, powiedzmy, że mam pewną misje, poza tym mój ojciec miał tu kiedyś wiele przygód – Mówił z uśmiechem Adrian, w jego oczach pojawił się dziwny blask…
– Przygody? Moją mamę dziewiętnaście lat temu w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym roku, chciał zabić jakiś popierdolony ksiądz, ale mu nie wyszło – oznajmiła Natalia.
– Ooo ciekawe, a tak właściwie to chciałem obejrzeć jedno fajne miejsce…