Dzień przed wigilią zapowiadał się cudownie; śniegowa kołderka z wolna okrywała wiejski krajobraz, słoneczko raz po raz wychylało się zza zasłony sinych chmur, lekki wietrzyk rumienił dziewczęce lica. Ludzie przemykali ulicami w wielkim pośpiechu, biegając od jednego sklepu do drugiego, byle tylko zdążyć przed zamknięciem. Listy zakupów mieli nieraz grubsze jak szkolne zeszyty, do tego pisane koślawym maczkiem z trudem dawały się odcyfrować, co tylko pogłębiało frustrację ich właścicieli. Torby pełne towarów stanowiły ?wyznacznik statusowy? – im większe posiadałeś pakunki i bardziej przepastny bagażnik, tym wyżej stałeś w hierarchii. To akurat logiczne i żadnej Ameryki tym nie odkryję. Pomińmy jednakże rozgorączkowanych zakupowiczów i przenieśmy wzrok nieco dalej, ku parkowi. Tam, w otoczeniu pobielonych choinek upstrzonych tysiącami lampek, bombek i złotych łańcuchów, biegały dzieci – te całkiem malutkie, ledwo chodzące, prowadzone za rączkę przez rodziców, jak i nieco starsze, mówiące już znośną polszczyzną, a czasem i własną odmianą łaciny. Rzucały się śnieżkami, tarzały w świeżym puchu, śmiały wesoło – tylko im zazdrościć beztroski. Nic a nic nie interesowała ich świąteczna gorączka zakupów, walka o lepsze miejsce w kilometrowej kolejce czy też na przepełnionym parkingu. Zabawa stanowiła istotę ich życia, i trudno im się dziwić, wszakże to rodzice żyli głównie stresem, a równowaga musi być w przyrodzie zachowana. Opisując tak chorobliwie zabieganych zakupowiczów, jak i idylliczny niemal obraz ich roześmianych pociech pokuszę się o prostą konkluzję – oni wszyscy byli szczęśliwi. Mniej lub bardziej, ale zawsze szczęśliwi. Każdy nowy zakup, każda trafiona śnieżka w jakiś sposób pozytywnie wpływały na ich samopoczucie. Dlaczego więc nie podzielałem uczuć ani jednych, ani drugich? Odpowiedź jest trywialna – człowiek samotny nie może być szczęśliwy.

Chybie tętniło przedświątecznym życiem, co uważnie obserwowałem zza przybrudzonych szyb jednego z kilkudziesięciu barów, z czego nasza wieś słynęła. Opróżniałem właśnie trzecie piwo, a pustka ziejąca w chudym portfelu nie chciała się zapełnić. Westchnąłem ciężko i udałem się toalety za potrzebą. Aby tam trafić, należało przebić się przez gęstą, szarą poświatę, zwaną dymem, krztusząc się przy tym jak stary astmatyk. Otwarłszy drzwi toalety, uderzył mnie smród tak obrzydliwy, że aż mną zachwiało i mroczki wylazły mi przed oczyma. Gdy odzyskałem zdolność trzymania pionu, zrobiłem, co miałem zrobić, po czym uciekłem stamtąd w te pędy. Wracając, zerkałem po klientach szukając znajomych twarzy. A nóż ktoś postawi mi kolejkę. W dymie trudno było kogokolwiek rozpoznać, ale nie przeszkodziło mi to dostrzec rzecz niezwykle niezwykłą i całkowicie nie na miejscu. Aż mi dech w piersiach zaparło z wrażenia.
Usiadłem na powrót przy zajmowanym uprzednio stoliku i zastanowiłem się nad przed chwileńką odkrytym, cokolwiek podejrzanym fakcie. Spojrzałem w jej kierunku po raz drugi, tym razem ukradkiem, by przypadkiem nie pomyślała, że się jej przyglądam. Siedziała tam, gdzie przedtem, toteż nie mogłem uznać jej postaci za alkoholowy miraż. Zmarszczyłem brwi w zamyśleniu. Co też ją mogło sprowadzić do tej obskurnej speluny? Nikt się do niej nie dosiadał, więc raczej była sama. A to już w ogóle zakrawało na absurd. Samotna dziewczyna w pełnym zdradliwych pijaków barze sama prosiła się o kłopoty. Podejrzane było to, że jej nie znałem. Jako częsty bywalec, orientowałem się mniej więcej, kto bar odwiedza, a kto nigdy w nim stopy nie postawił. Ona zdecydowanie należała do tych drugich. Popełniłem wtedy fatalną gafę – zagapiłem się na nią, jak młokos jakiś albo niewyżyty dziadek, co to za dużo viagry się nałykał. Zmierzyła mnie nieodgadnionym spojrzeniem, jeśli w ogóle było to możliwe w zalegającym dymie. Kolejną dziwną rzecz w ogólnej dziwności sytuacji stanowił fakt, że była blondynką, co nie mieściło się w dokładnie sprecyzowanych ramach mego gustu. Mimo to zaintrygowała mnie, czego żadnej białogłowej nie udało się jeszcze dokonać. Korciło mnie, by do niej podejść i zagadać, ale strach przed porażką zmiękczył mi nogi, uniemożliwiając ruszenie tyłka. Odwróciłem więc głowę i udałem, że zaśnieżone ulice są niezwykle wdzięcznym obiektem obserwacji. W głębi duszy katowałem się myślą o zaprzepaszczonej szansie, lecz – jak mówi stare porzekadło – głupi ma szczęście. I właśnie ono się owego popołudnia do mnie uśmiechnęło. Po raz pierwszy w życiu.
– Mogę? – dobiegł mnie aksamitny głosik zza pleców. Zadrżałem pod jego wpływem, a lodowe mrówki zbiegły mi po kręgosłupie. Serce zdawało się ścigać z myślami, coraz szybciej krążącymi w mrocznej otchłani pełnej ropuch i karaluchów zwanej moim umysłem.
Przełknąłem grudkę śliny wielkości złotego samorodka i niepewnie odwróciłem głowę, sprawdzając, czy umysł nie spłatał mi wyjątkowo okrutnego figla. Jednak nie, stała przede mną w pełnej krasie, a ciepło od niej bijące zarumieniło mi policzki. Zakląłem w duchu, przypominając sobie, że o coś pytała.
– Pewnie – powiedziałem tonem o oktawę wyższym niż normalnie. Czułem, jak twarz mnie piecze, lecz ona zdawała się tego nie zauważać.
Usiadła naprzeciw i wtedy ujrzałem dokładnie jej oblicze. A była wcale ładna, rzekłbym nawet: jak z żurnala. Zielone oczy szkliły się niczym klejnoty, podkreślając szlachetne rysy twarzy i kontrastując z mocną opalenizną. Na sobie miała czarny wełniany sweter, skrzętnie skrywający jej pozostałe „walory”. Zaiste, intrygująca postać.
– Dlaczego na mnie patrzyłeś?
Wiedziałem… Przygryzłem wargę, skrzywiłem twarz.
– Jeśli powiem, że bez powodu, uwierzysz?
– Nie.
– Tak myślałem. No cóż, szukałem znajomych i tak jakoś samo wyszło…
Uśmiechnęła się, pokręciła głową.
– Oczywiście. Jak masz w ogóle na imię?
– Wojtek.
– Ola.
Delikatnie ująłem jej dłoń, która nagle pojawiła się nad stolikiem. I chociaż byliśmy w tanim barze, strasznie głupio się poczułem widząc pusty kufel przed sobą. Po jego ściankach spływały resztki pianki, przywodząc na myśl górską lawinę, tyle że w znacznie mniejszej skali. Prawdziwą lawinę to miałem w głowie, gdzie tysiące myśli biło się ze sobą, ustalając, o co pierwsze mam zapytać. W takich chwilach moją zwyczajową elokwencję trafiał szlag i byłem zmuszony improwizować.
– Mogę wiedzieć, dlaczego wstąpiłaś do tak obleśnego miejsca? – spytałem nieśmiało.
– Możesz.
– A więc?
– Powiedzmy, że miałam ochotę na piwo – odparła uśmiechając się kącikiem ust. Coś nie mogłem jej uwierzyć.
– Wiesz, mógłbym mieć pewne obawy co do twej normalności.
– Nie zdziwiłabym się, gdybyś miał.
Zastukałem palcami o blat.
– Dlaczego mnie męczysz? – spytałem pół żartem, pół serio.
– To dlaczego się na mnie gapiłeś? – odpowiedziała pytaniem unosząc cienkie, faliste brwi.
Pokręciłem głową z niedowierzania. Niezła zawodniczka mi się trafiła, naprawdę niezła…
– Powiedzmy, że tak swym wyglądem, jak i samą obecnością wzbudzasz w ludziach usprawiedliwione zainteresowanie.
– Co znaczy usprawiedliwione? – drążyła dalej.
– Zasłużone.
– Aha. Mam to traktować jako komplement?
– Traktuj to jak chcesz – wzruszyłem obojętnie ramionami, choć daleko mi było do obojętności.
– Słaby z ciebie aktor, Wojtku – stwierdziła.
– Nigdy nie twierdziłem, że dobry, Olu.
– Ale takiego udawałeś – spoważniała nagle.
– O co ci chodzi?
– Wszyscy jesteście tacy sami – wycedziła z zapiekłą nienawiścią, ale nie ruszyła się z miejsca. – Udajecie kogoś, kim nie jesteście i nigdy nie będziecie, byle tylko wskoczyć nam do łóżek i zerżnąć jak…
– Hej! – krzyknąłem, tracąc powoli nerwy. – Co masz za problem? Po co się dosiadałaś, żeby na mnie najeżdżać?
W tym momencie zadziwiła mnie po raz kolejny.
– Już mi lepiej, wybacz.
Spojrzałem na nią w bezgranicznym zdumieniu.
– Musiałam się wyżyć na kimś. Akurat trafiło na ciebie – powiedziała z zabójczą wprost szczerością.
– Teraz to mam poważne obawy co do twej normalności – grymas zwany lichwiarskim uśmiechem wykrzywił mi usta.
– I całe szczęście.
– Jesteś najdziwniejszą dziewczyną, jaką w życiu spotkałem, naprawdę.
– To jeszcze nic – uśmiechnęła się lubieżnie, co można było zinterpretować w wieloraki sposób.
Westchnąłem przeciągle.
– Powiedz mi chociaż, dlaczego do mnie podeszłaś?
– Ech – machnęła ręką – mało ważne.
– To niesprawiedliwe.
– I co na to poradzisz?
– Już ja coś wymyślę.
– No mam nadzieję.
Nie mogłem uwierzyć, że ona jest naturalną blondynką. To było wręcz niemożliwe. Ale głupio było pytać.
– O, wymyśliłem.
– Tak? – uniosła pytająco brew.
– Wiesz, na dworze jest dużo śniegu – uśmiechnąłem się szyderczo.
– Nawet bardzo dużo – odparła prawie poważnie.
– No, a ja jestem mistrzem w jego zlepianiu.
– A ja mistrzynią w rzucaniu – powiedziała z błyskiem w oku.
– Wojna?
Wciągnęła głośno powietrze, które zasyczało między jej zębami.
– Nie boisz się mnie? – zapytała.
– Ja, ciebie? W sumie cię nie znam…
– Właśnie, różne dziewczyny po świecie chodzą. Ja należę do tych niebezpiecznych – dodała uśmiechając się promiennie.
– Dobrze wiedzieć.
– Chodźmy zatem na pole bitwy.
– Masz sekundanta?
– Mnie niepotrzebny, Wojtku. Ale jak ty chcesz, nie krępuj się poprosić któregoś ze „znajomych” – wskazała palcem na kiwającego się na krześle, głośno bekającego pijaka.
– Niemożliwa jesteś – przewróciłem oczyma nad wyraz wymownie.
– Och, dzięki.
Nie odezwałem się więcej, ona miała niezliczoną ilość ripost w zanadrzu, ja zaś tylko mętlik w głowie.

Otworzywszy drzwi, zdałem sobie sprawę, że na zewnątrz jest zimno. Bardzo zimno. Zapiąłem szybko polar, ubrałem czapkę i rękawiczki i przystąpiłem do lepienia kulek ze śniegu. Ola zjawiła się kilka sekund później. Miała puchową kurtkę, gruby wełniany szal i obszerną czapkę. Wszystko szarego koloru. Niesprawiedliwe było to, że miała znacznie lepszą ochronę przed uderzeniami. Mój polar nie miał startu do gęsiego puchu.
– No i co, cwaniaku? – rzekła zawadiacko.
W ręku miałem już gotowy oręż, zastanawiałem się tylko, w co najpierw celować. Gdy schyliła się po śnieg i odwróciła wzrok, nadarzyła się okazja. Z odległości trzech metrów nie miałem większych problemów z trafieniem. Idealnie w plecy.
– Ej! A masz!
Ani się nie spostrzegłem, a wielki kawał zmrożonego śniegu rozbił się na mojej głowie. Jęknąłem i osunąłem się ziemię. Oczywiście udawałem, ale dramat był.
– Jezu, nic ci nie jest? – nachyliła się nade mną przejęta.
Wybuchnąłem śmiechem i pociągnąłem ją za rękę, aż upadła obok mnie. Migiem się przekręciłem i usiadłem na niej.
– I co teraz?
– Nic, zejdziesz ze mnie, a ja ci oddam.
Udałem, że się zastanawiam.
– Uczciwa propozycja, ale nie przyjmę jej. W końcu jestem górą – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
– Tak ci się tylko wydaje…
Nie wiem, jak tego dokonała, ale wywinęła się mego uścisku, jednocześnie mnie przewracając. Przez moment miałem zawroty głowy, spowodowane pewnie alkoholem, co umożliwiło jej przejęcie „władzy”.
– To niesprawiedliwe, byłem zamroczony!
Chwyciła mnie za ręce i przygwoździła do ziemi. Nasze twarze niebezpiecznie się zbliżyły. Poczułem dziwne ciepło na policzkach, choć leżałem w zwale lodowatego śniegu. Szczerze mówiąc, miałem dość walki.
– Patowa sytuacja – stwierdziłem.
– Chyba tak.
– Remis?
– Ani mi się śni, przecież przegrałeś.
– Gdybym chciał, to bym wygrał.
– Jasne.
– Zimno mi – mruknąłem.
– Znajdzie się i na to rada.
Lekko musnęła ustami moje wargi, po czym odsunęła się.
– Aha, a więc to twój sposób, aby przetestować faceta?
– Mniej więcej.
– To się nie dziwię, że wygadywałaś te brednie w barze.
– Ja już tak mam.
– Należy to zmienić.
– Kiedy nie wiem jak – szepnęła z udawaną rozpaczą.
Raz kozie śmierć, pomyślałem i przyciągnąłem ją z powrotem. Nie miała możliwości się odezwać, gdyż zatkało ją kompletnie. Kiedy odrywałem od niej usta, usłyszałem westchnienie ulgi.
– Nie rób tego więcej – ostrzegła, chociaż odniosłem wrażenie, że nie mówi prawdy. – To różnie wpływa na kobiety.
I jak to zinterpretować?
– A na ciebie jak działa? – spytałem prostolinijnie.
– Nie chciej wiedzieć.
Coś mi podszeptało, że faktycznie nie chciałem.
– To może…
– Och, wybacz, już schodzę – uśmiechnęła się krzywo.
Stęknąłem głośno, ale jakoś wstałem. Otrzepałem się białego puchu, po czym spojrzałem na Olę.
– Skąd ty właściwie jesteś?
– Z Warszawy.
Zamurowało mnie.
– To co robisz w Chybiu?
– Przyjechałam na święta do babci.
– Aha. Sama?
– Tak.
Ta odpowiedź dała mi do myślenia.
– Ile masz lat?
– Dwadzieścia.
– Jeśli nie chcesz to nie mów, ale dlaczego nie przyjechałaś z rodzicami?
– Bo ich nie mam.
Lodowaty dreszcz ochłodził natychmiast moje zapędy. Przełknąłem gorzko ślinę.
– Przepraszam, że zapytałem.
– Nie, nic nie szkodzi. To wydarzyło się dawno i już tak nie boli.
– No cóż, tak czy siak, trochę głupio się czuję.
Przysiągłbym, że na ułamek sekundy jej twarz stężała. Po chwili była już sobą.
– Nic ci nie jest?
– Nie, to tylko wspomnienia – uśmiechnęła się blado.
– Przejdziemy się?
– Mhm.
Chwyciła mnie za łokieć i podążyliśmy główną ulicą w stronę parku. Mijani ludzie nie zwracali na nas najmniejszej uwagi, wszak mieli ważniejsze rzeczy na głowie.

Siedzieliśmy sobie na ławce, gawędząc i obserwując bawiące się dzieci.
– Czego słuchasz? – zapytałem.
– Nie spodoba ci się.
– Techna?
Wybuchła śmiechem.
– Chyba żartujesz! Właśnie czegoś skrajnie przeciwnego.
– No mów.
– Tool.
– Teraz to chyba ty żartujesz.
– Niestety, nie.
– To super – rozpromieniłem się – bo ja uwielbiam Toola.
– Naprawdę? – spojrzała na mnie podejrzliwie. – A skąd mam wiedzieć, że nie mówisz tak, aby sprawić mi przyjemność?
– Łatwo to udowodnić.
– Fakt. Która płyta jest według ciebie najlepsza?
– Zdecydowanie Lateralus.
– Ja też tak uważam. A utwór?
– Za dużo ich jest, by któryś wyróżniać.
– Jestem tego samego zdania.
Doszedłem do zadziwiającego wniosku.
– Coś dużo mamy tych wspólnych zdań.
– Nie przeczę.
– Czytasz może książki?
– Czasem tak, głównie fantasy.
– To zupełnie jak ja.
– A masz ulubionego pisarza?
– Glen Cook. „Czarną Kompanię” trzy razy przeczytałem.
– Nie uwierzysz, ale ja ją czytałam pięć razy.
Zmierzyłem ją przenikliwym spojrzeniem.
– Szkoda tylko, że nie jesteś w moim typie – uśmiechnąłem się.
– A ty w moim – odwzajemniła uśmiech.
Długo to nie trwało, a nasze usta znów połączyły się w gorącym, pełnym namiętności pocałunku.
– Tu są dzieci – zauważyła trafnie Ola, gdy brak tlenu nas rozdzielił.
– Jakoś muszą się nauczyć „fachu”.
– Niemożliwy jesteś.
– Dzięki.
Tym razem nie przejąłem się brakiem tlenu.
– Gdzieś ty się nauczył tak całować? – spytała półgłosem.
– W Internecie – wyszczerzyłem się.
– A, to możliwe – pokiwała poważnie głową.
Zapatrzyłem się na dwóch chłopców namiętnie obrzucających się śnieżkami. Robili to już dobre pół godziny, a ani im się śniło przerywać. Byłem gotów się założyć, że są przemoczeni i przemarznięcie, ale widać tego nie zauważyli.
– Zapraszam cię na herbatę – powiedziała Ola z wieloznacznym błyskiem w oku.
– Zależy jaką, bo takiej za dziesięć groszy to ja nie pijam – odparłem niemal szczerze. Dla niej to bym i pomyje wypił, i jeszcze poprosił o dokładkę.
– Nie bój się, ta będzie ci smakować.
– A daleko mieszkasz?
– Nie, kawałek za szkołą.
– To całe szczęście.
Roześmiała się.
– Co cię tak śmieszy? – zmarszczyłem czoło.
– Nic, nic. Coś mi się właśnie przypomniało.
– Podziel się, chętnie się pośmieję.
– Nie wiesz, że kobiety to studnie tajemnic?
– Podobno, nie miałem jeszcze okazji się przekonać.
– To wiedz, że te studnie penetruje się bardzo powoli i ostrożnie.
– Zapamiętam.
Nie mogłem powstrzymać śmiechu i chichotałem jak dziecko.
– A ciebie co tak bawi?
– Nic, nic. Coś mi się właśnie przypomniało.
– To jakaś plaga chyba.
– Najwyraźniej.
Obaj wybuchliśmy się śmiechem, niczym dwójka rozwydrzonych nastolatków.
– Lepiej stąd chodźmy, bo nas pogonią – stwierdziła Ola.
– Masz rację.

Dom miała okazały, trzeba przyznać. Aż dziw bierze, że tylko jej babka w nim mieszkała. Musiała mieć niezłą rentkę, aby go utrzymać.
Wchodząc, odniosłem dziwne wrażenie, iż w środku jest chłodniej niż za zewnątrz, a przecież to irracjonalne.
– Olu, czemu tu tak zimno? – spytałem szczękając zębami.
– Babcia tak lubi – wzruszyła ramionami. – Można się przyzwyczaić.
– Chyba mi nie powiesz, że śpisz w takiej zimnicy?
– Owszem, śpię.
Coś mój mały orzeszek nie potrafił zrozumieć postępowania Oli i jej babci. Nie wiem, czy przemawiała przeze mnie ignorancja, czy zwykły rozsądek.
– Chodź, poznasz babcię.
Pociągnęła mnie za rękę i poprowadziła w głąb korytarza.
Zatrzymała się przed ostatnimi drzwiami po prawej. Zapukała dwa razy.
– Wejdź, moja droga – ze środka dobiegł niski, melodyjny głos.
– Mam ze sobą kolegę, on też może?
– Pewnie, w końcu jesteśmy ludźmi, czyż nie? – Chrapliwy śmiech rozległ się w pokoju. Lodowe mrówki ponownie zbiegły mi po kręgosłupie.
Spojrzałem niepewnie na Olę.
– Nie przejmuj się, ona już taka jest.
– To znaczy jaka?
– Sam zobaczysz.
Jakoś odeszła mi chęć zobaczenia czegokolwiek. W ogóle ten dom dziwnie na mnie działał, przez chwilkę zdawało mi się, że ktoś na mnie patrzy, po czym umyka korytarzem. Takie zwidy nigdy mnie nie nawiedzały po trzech piwach. Ani nawet po dziesięciu. Z kołaczącym sercem wszedłem do środka, kiedy Ola otworzyła drzwi. Poczułem lekki zawrót głowy, ale zignorowałem go.
Słowo „szok” w żaden sposób nie oddaje uczucia, jakie mnie wtedy ogarnęło. Słowa „niewyobrażalny szok” już troszkę tak. Zatkało mnie na amen i gdyby nie Ola, tkwiłbym tak w zastygnięciu aż do nowego roku. A może i dłużej.
Sypialnia babci byłaby zupełnie zwyczajną sypialnią, jeśli nie liczyć kilku faktów. Po pierwsze, wszystkie ściany były czarne. Po drugie, wymalowano na nich dziwne symbole i figury o zakrzywionej geometrii. Po trzecie, jedna lampa wisząca u sufitu świeciła się na czerwono, rzucając szkarłatną poświatę na babcię siedzącą na podłodze. No i po czwarte, babcia była kompletnie naga. A już zupełnie zbił mnie z tropu wygląd samej „babci”, której nie dałbym więcej jak trzydzieści lat. Była cholernie piękna i miała cholernie smukłe ciało. I też była blondynką.
Byłem tak skołowany i przerażony, że słowa grzęzły mi w gardle i nie mogłem się odezwać.
– Babcia ma uczulenie na światło słoneczne – wyjaśniła Ola, gdy rzuciłem jej rozpaczliwe spojrzenie.
– Babcia? – pisnąłem.
Skinęła twierdząco głową. Mój Boże! Do czego ja wdepnąłem?
Wtedy babcia otworzyła oczy. Cofnąłem się o krok, ujrzawszy ich purpurową barwę. Do tego świeciły się jak małe latarenki. Nie, tego było za wiele…
– Chodźmy stąd, słabo mi – szepnąłem Oli.
Spojrzała na mnie z niesmakiem.
– Przecież chciałeś mnie zerżnąć, czyż nie? – zapytała już całkiem innym głosem.
O kurwa! Co się dzieje?! Nie spanikowałem jednak, czekając na rozwój wypadków.
Babcia wstała i ujrzałem jej ciało w całej okazałości. Czułem jak coś sztywnieje mi w spodniach, a jednocześnie bałem się jak cholera.
– Nic ci nie zrobię, Wojtku – uspokoiła mnie babcia uśmiechając się szeroko, po czym podeszła do mnie i dotknęła językiem moich ust. Zadrżałem, lecz nie mogłem się ruszyć. Byłem jak sparaliżowany.
– Dobry – zwróciła się do Oli.
– Wolałabym, abyś zostawiła go dla mnie.
– Nie podzielisz się ze mną? – zapytała chłodno.
– A sama nie możesz sobie znaleźć? – odpowiedziała z wyrzutem.
– Przecież wiesz, że nie mogę wychodzić poza Krąg.
– Wiem, przepraszam – spuściła głowę.
– Jeśli ci bardzo zależy, zostawię ci go.
– Tak? – spojrzała na babcię z nadzieją w oczach. Ta skinęła głową. – Och, dziękuję! – Rzuciła się babci na szyję i zaczęła ją całować. To było okropne! Coś mnie jednak trzymało i nie mogłem oderwać wzroku. Całowały się z taką namiętnością, że aż mnie ciarki przeszły.
Nie mogłem pojąć nic a nic z zaistniałej sytuacji. Byłem kamieniem i jak kamień nie mogłem się ani ruszyć, ani coś powiedzieć. Skazały mnie na obserwowanie ich lesbijskiej miłości, choć oglądało się wcale miło. Tak sobie wtedy pomyślałem, że to wszystko jest dziwnym snem alkoholika, który nie pamięta, gdzie mu się film urwał. Gdyby nie moja pewność o realności tej sceny, zapewne nie chciałbym się obudzić.
Po chwili babcia chwyciła Olę za sweter.
­- Jest twój – powiedziała zadowolona.
Serce biło mi jak szalone. Jaki „twój ?” Przecież ja do nikogo nie należę, do jasnej cholery! Ale czy na pewno…?
– Chodź, Wojtusiu – powiedziała słodko Ola, a wtedy zostałem „uwolniony”.
Twardo stałem w miejscu.
– O co tu chodzi? – spytałem, usiłując trzymać nerwy na wodzy.
– Pomówimy na górze. Nie męczmy więcej babci.
– Męczmy? O czym ty, do cholery, mówisz?!
– Uspokój się, to nie miejsce na kłótnie – powiedziała tak spokojnie, że przez chwilę zdawało mi się, że zwariowałem, a ona tylko chce mi pomóc.
– To jakiś obłęd!
– Uspokój się – odezwała się groźnie babcia.
Zastygłem. Jej głos był jakiś dziwny, obcy, jakby pochodził z innego świata. Najgorsze było to, że nie mogłem nic powiedzieć. Jakimś diabelskim sposobem spętała moje struny głosowe.
– Teraz będzie grzeczny – uśmiechnęła się po matczynemu. Aż mnie zemdliło na ten widok. Ale dalej słowa nie mogłem wydusić.
– No to chodźmy.
Ola chwyciła mnie za rękę i poprowadziła, najpierw korytarzem, później schodami, a na końcu znów korytarzem. Drzwi tam było więcej aniżeli w niejednym hotelu. Ciekawiło mnie, dokąd one prowadzą, skoro mieszkają tam tylko dwie osoby. Zagadka pozostałą nierozwiązana, a temu, że straciłem przytomność.

Ocknąłem się. Czerwony poblask rozchodził się po pomieszczeniu. Nade mną roztaczał się widok dziwnych wzorów na czarnym suficie, przywodzących na myśl jakieś bluźniercze rytuały. Ręce i nogi miałem skrępowane. Gdy poczułem, jak cierpnie mi skóra z zimna, zdałem sobie sprawę, że jestem również nagi. To przeraziło mnie najbardziej.
– Wojtusiu – szepnęła złowieszczo Ola. Nie widziałem jej ani nie potrafiłem powiedzieć, skąd dobiega jej głos. Zdawał się być wszędzie i nigdzie jednocześnie.
– Czego ty ode mnie chcesz? – wydusiłem z siebie.
– Och, nic wielkiego. Tylko odrobiny nasienia.
O cholera!
– A po co?
– Za dużo pytasz, kochasiu.
Jej głos znowu się zmienił, był znacznie niższy i bardziej dostojny. Drżałem jak galareta podłączona do kontaktu, oczekując najgorszego.
– Dlaczego mnie nie rozwiążesz, są przecież znacznie przyjemniejsze sposoby uzyskiwania nasienia?
– Bo byś mi uciekł.
– Nie rozumiem – zmarszczyłem brwi, przeczuwając podstęp.
Minęło kilka sekund i po powale przemknął jakiś cień. Ani się nie spostrzegłem, a nade mną zawisła jakaś postać. Zawisła w sensie lewitowała. Otworzyłem usta, lecz wydały tylko bezgłośny krzyk… To była diabelska zjawa! Szamotałem się wściekle, lecz pasy trzymały mnie ściśle i nie udało mi się uwolnić. Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi, gdy ujrzałem płonące nienawiścią oczy, ziejące jakby z dna piekła. Nigdy w życiu tak się nie bałem…
Świadomość opuściła mnie po raz kolejny.

– Wojtek, nic ci nie jest? – dobiegł mnie zatroskany głos Oli.
– Chyba nic…
Uśmiechnęła się uradowana, kiedy rozwarłem powieki.
– Miałeś zły sen.
Nadal leżałem w łóżku, lecz tutaj ściany nie były czarne. Nie byłem też skrępowany ani nagi. Coś mi jednak nie pasowało.
Ola nachylała się nade mną, a z jej twarzy wyczytałem, że naprawdę się o mnie martwiła.
– Co się stało? – spytałem totalnie skołowany.
– Zapomniałeś? Zaprosiłam cię na herbatę. Poznałeś też babcię Elizę, która opiekuje się domem. Jedliśmy ciasteczka i opowiadaliśmy sobie różne historie.
Patrzyłem na nią jak na świra.
– Naprawdę tak było? Żadnych czarownic, diabłów, całowania i obmacywania?
– Ej, o co ci chodzi? – nachmurzyła się. – To nie burdel w piekle!
– Wybacz, to ten koszmar tak na mnie podziałał. A właściwie, dlaczego spałem?
– Zemdlałeś w progu mojego pokoju i razem z babcią przeniosłyśmy cię do łóżka. Z początku myślałam, że zawału dostałeś.
– Ja zemdlałem? – Nie mogłem w to uwierzyć. – Nigdy w życiu nie straciłem przytomności, przysięgam. Może uderzyłem się w coś…
– Przestać już – machnęła ręką. – Najważniejsze, że jesteś cały – rozpromieniła się. – Bo nawet chciałyśmy wzywać karetkę.
– A kiedy to się stało?
– Pięć minut temu.
– To niedawno – powiedziałem bardziej do siebie. – I w ciągu pięciu minut takie koszmary mnie nawiedziły?
– W świecie snów wszystko jest możliwe – podsumowała krótko.
Bliskość jej ciała nie wpływała pozytywnie na koncentrację. Emanowała przyjemnym ciepłem, chociaż troszkę rozgrzewającym człowieka w tej lodowni. Ni stąd, ni zowąd pocałowała mnie w usta. Krew zaczęła mi szybciej krążyć, a stopień zadowolenia niebezpiecznie rosnąć. Nie powiem, leżenie w cudzym łóżku można zinterpretować na kilka sposobów, ale mnie póki co ?te? rzeczy nie interesowały. Głowę zaprzątały mi z goła inne myśli. Co spowodowało, że straciłem przytomność? I skąd ten koszmar?
– Lepiej już pójdę – odezwałem się, gdy oderwała usta. – Rodzice zaczną się martwić.
– Masz rację, już dość czasu ci zajęłam.
Przewróciłem oczyma.
– Nic z tych rzeczy, przecież ja też chciałem…
– Co chciałeś? – figlarne iskierki zatańczyły w jej zielonych oczach.
– A, nic… porozmawiać tylko – odparłem w niemal szczerym uśmiechu.
– Ech, szkoda – zasmuciła się.
Przyciągnąłem ją do siebie i wydusiłem z niej cały zapas tlenu, jaki miała w płucach.
– Boże… – westchnęła. – Dobrze cię ten Internet wyszkolił.
– No, mam szybkie łącze.
– Ja nie lubię szybkich łącz – pokręciła głową. – Lepiej wolniej, a dłużej.
– Aż tak szybkie to ono nie jest…
– Mam nadzieję.
I tymi słowami zakończyliśmy aż kipiącą od dwuznaczności dyskusję. Dobrze wiedzieliśmy, że prędzej czy później wylądujemy razem w łóżku. Wróciliśmy więc na ziemię.
– To do… właśnie, kiedy? – zastanowiłem się stojąc w drzwiach i zapinając polar.
– Może… dzisiaj?
Po raz trzeci owego dnia lodowe mrówki urządziły sobie wyścigi wzdłuż mego kręgosłupa. Nie wiem, która wygrała.
– Hmm – udałem zastanowienie. – A jakie ja mam plany na wieczór? Wygląda na to, że żadne. Co byś powiedziała na piwko?
– Jedno? – spojrzała na mnie jak na mięczaka.
– Zawsze zaczyna się od jednego, jak nie patrzeć.
– No fakt. Powiedzmy, że będę w tej spelunie koło ósmej, pasi?
– Pewnie, zajmę jakiś nie za brudny stolik.
– Byle z dala od twych „znajomych” – skrzywiła twarz z niesmakiem. ­- Na samo wspomnienie chce mi się wymiotować.
– Niech będzie. Myślę, że się nie obrażą.
Jakoś nie mogłem odejść, jakbym zapomniał o czymś ważnym. Wtedy mnie oświeciło.
– A buzi na pożegnanie?
Roześmiała się.
­- Więc jednak nie masz jeszcze sklerozy.
Wtopiła się we mnie jak osobówka w tira podczas wypadku. Zdawało się, że żadna siła nas nie rozdzieli. A jednak, znalazła się taka.
– Olu! – dobiegł nas głos z głębi korytarza. Dziwnie znajomy głos. Nie, nie dziwnie. Przerażająco. – Olu, zamknij drzwi, bo przeciąg się robi!
– Już, już, babciu. To pa, Wojtku.
– Pa.
I zatrzasnęła drzwi. Postałem tam jeszcze chwilkę. Byłem zupełnie skołowany. Idąc schodami, posłyszałem jakieś wrzaski dobiegające ze środka domu. Głos był mi jednak zupełnie obcy. Chociaż… Moja pamięć w tej kwestii okazała się wyjątkowo zawodna.

– Hej, Stefan! – zawołała znajoma postać z wnętrza mijającego mnie audi. – Podrzucić cię?
– Jeszcze pytasz! Pewnie.
Wskoczyłem do samochodu, ciesząc się z zamieszkującego w nim ciepła. Przejazd kolejowy był jak zwykle zamknięty, toteż mieliśmy czas porozmawiać.
– Skąd wracasz? – zapytał kumpel.
– Ha! Nie uwierzysz, stary.
– To nie trzymaj mnie w niepewności.
– Poznałem super dziewczynę.
– Powaga? – oczy niemal wyszły mu z orbit.
– No. W barze. Siedziała i piła piwo, a po chwili podeszła do mnie. Pogadaliśmy co nieco, wytarzaliśmy się w śniegu, potem poszedłem do niej na herbatę, tam straciłem przytomność, przespałem się w jej łóżku i umówiłem znów na wieczór. To by było mniej więcej wszystko.
Szczęka mu opadła, ale nic nie powiedział. Musiał pomyśleć.
– Ile piw wypiłeś? – spytał marszcząc brwi.
– Trzy. I to słabe.
– I po trzech już takie schizy? Coś ci forma spadła ostatnio.
– Ha, ha. Jak chcesz, to się śmiej. Wpadnij na piwo koło ósmej. Zobaczysz moje cudo w całej okazałości.
– Stefan – popatrzył na mnie krzywo – ty się chyba nie zakochałeś?
– Miłość, a co to takiego?
– No nie. Jeden Stefan się żeni, drugi zakochuje, a trzeci chce samobójstwo popełniać. Co ta miłość z ludźmi wyczynia? Oby mnie to nie dopadło.
– O to się nie bój – uspokoiłem go.
– Co? Niby czemu?
­W tym momencie rogatki uniosły się w górę i kumpel ruszył. A właściwie trochę to trwało, gdyż – nie wiedzieć czemu – koła mu się ślizgały w miejscu.
– Mówisz, że o ósmej? – spytał, gdy zatrzymał samochód koło skrzyżowania.
– No.
– Raczej wpadnę. Wypadałoby ocenić ten towar fachowym okiem.
– Ale ona nie ma telefonu – uśmiechnąłem się wrednie. – A przynajmniej nie zauważyłem.
– Idź mi stąd! Materialista się znalazł.
– Nawet jest w twoim typie – powiedziałem już wychodząc. – Blondynka z zielonymi oczami.
– Poważnie? No, to teraz na bank wpadnę.
– To dobrze. Na razie.
– Cześć.
Trzasnąłem drzwiami i czerwone audi pomknęło jak burza śnieżna.
Do domu został kawałek, który spędziłem na rozmyślaniach. Męczył mnie ciągle ten dziwny koszmar, podejrzana babcia i w ogóle zachowanie Oli. Nie znalazłem żadnej logicznej odpowiedzi na żadne z pytań. Zacząłem się nawet bać, czy nie popadam w jakąś paranoję albo psychozę. A jak pomyślałem, że miałbym wrócić do tamtego domu… dreszcz mnie przeszedł na samo wspomnienie.

Szczęśliwym zrządzeniem losu jeden stolik był wolny, do tego stał w rogu sali, w miejscu najbardziej zacienionym. Dymu i hałasu było aż nadto, lecz do tego zdążyłem już przywyknąć. Przybyłem dokładnie dziesięć minut przed ósmą. Po pięciu minutach zjawił się kumpel, dla których wszyscy ludzie to Stefany, rzadziej Zenki.
– No i gdzie twoje cudo, Stefan? – zapytał zajmując miejsce za stolikiem.
– Jeszcze nie ma ósmej, a poza tym, dziewczyny taktownie się spóźniają, nie wiedziałeś?
– Nie.
– No właśnie, kogo ja pytam… – pokręciłem głową z własnej naiwności.
– Dobra, lecę po piwo.
Ustawił się w kolejce przy barze i zapatrzył na niebrzydką barmankę.
– Cześć – powiedziała Ola, spadając chyba z nieba, a jej usta przeciął szeroki uśmiech. Dała mi buziaka w policzek i usiadła naprzeciwko.
– Jesteś punktualna – zauważyłem.
– Zawsze taka byłam.
– Za chwilę przyjdzie mój kumpel, który mi nie wierzył, że poznałem cudowną dziewczynę.
– A poznałeś? – spojrzała na mnie pytająco.
– No, jakieś sześć godzin temu.
– To by się zgadzało, bo ja mniej więcej w tym samym czasie poznałam całkiem fajnego chłopaka.
– Jaki ten świat mały – pokręciłem głową.
Wtedy zjawił się Stefan. Popatrzył na mnie, na Olę, a potem twarz mu stężała.
– O co ci chodzi? – zapytałem lekko zirytowany.
Po chwili otrząsnął się.
– A, nic, nic. Po prostu zamyśliłem się.
Usiadł i popił z kufla. Westchnął, jakby od stu lat piwa nie smakował.
– Dzisiaj jest wyjątkowo dobre – stwierdził.
– Chyba dawno go nie piłeś.
– Też fakt, aż dwa dni.
– Albo mało wody dolali – odezwała się Ola.
Wtedy zrozumiałem, jaki ze mnie dureń.
– Zapomniałem was przedstawić! Co za debil ze mnie. Olu, to Tomek, bardziej znany jako Stefan.
Zachichotała.
– Dlaczego?
– Właśnie, Stefan, dlaczego?
Popatrzył na nas rozpaczliwie, wzruszył ramionami.
– Nie pamiętam – rzekł wymijająco i na powrót zajął się opróżnianiem kufla.
Minęła godzina i Ola wyszła do ubikacji.
– Wojtas, czy ty jesteś ślepy? – zapytał bez ogródek.
– O co ci chodzi?
– Mówiłeś, że poznałeś blondynkę, a Ola jest czarna jak samo dno piekieł. Zaś jej oczy są niebieskie; choć światło tu liche, widać je dobrze.
Zatkało mnie.
– Co ty pieprzysz?! Przecież to rodzona blondynka. Coś ci chyba na mózg siadło.
– Przecież widzę! Mam oczy! – wskazał palcami na swe gałki niemal wychodzące z orbit.
– Nie pij już więcej – poradziłem mu. – To piwo źle na ciebie działa, może za mocne, cholera wie.
– Nie pieprz, przecież…
Nie dokończył, gdyż wróciła Ola. Usiadła i zapytała:
– O co się kłócicie?
– My? – udałem niewiniątko. – My się nigdy nie kłócimy, prawda, Stefan?
– Jasne – powiedział prawie szczerze.
– Nie umiecie kłamać.
– Muszę już lecieć – Stefan przygryzł wargę spoglądając na zegarek. – Czas to pieniądz, moi drodzy. Pa.
– Cześć – powiedzieliśmy zgodnie, choć już go nie było.
Taktowny gość, pomyślałem.
– Idziemy stąd? – zapytała Ola z nutką nadziei w głosie.
– Sam chciałem to zaproponować.
– Zaduch tu okropny.
– Nie da się zaprzeczyć.
Szybko zapomniałem o dziwnym zachowaniu kolegi, a zdrowo myślący, niezaślepiony człowiek zastanowiłby się nad tym chociaż przez chwilę.
– Odprowadzisz mnie? – zapytała już na zewnątrz.
– Pewnie.
Chwyciłem ją za rękę i powolutku ruszyliśmy w stronę domu jej babci.

W nocy Chybie wygląda całkiem inaczej. Kiedy nie ma szalejących zakupowiczów, można nawet odnieść wrażenie, że to bezludna wieś. Śnieg padał wesoło, tłumiąc bladożółte latarniane światło, które uparcie walczyło z zalegającą ciemnością.
Między nami zapadła jakaś niezręczna cisza. Nie miałem wielkiej ochoty na rozmowę, a i Ola wydawała się czymś zatroskana. Przez całą drogę nie padło ani jedno słowo. No ale w końcu ta droga się skończyła.
– Dziwny to był dzień – odezwałem się półgłosem tuląc Olę. – Rano miałem samobójcze myśli, a teraz…
– Co teraz? – spytała w uśmiechu.
– Chyba jestem szczęśliwy.
– Ze mną było podobnie. Jeśli to możliwe, nadałeś memu życiu cel.
– I wzajemnie.
Pocałowałem ją. Mimo dużego mrozu ten pocałunek rozgrzał mnie niemal do czerwoności.
– Pójdę już, babcia pewnie się martwi.
– Z pewnością. Kiedy się spotkamy?
– Nie mam pojęcia, może nigdy – dodała szeptem, tak że ledwo to dosłyszałem.
– Co? Dlaczego tak mówisz? – Byłem przerażony myślą, że mogłaby mnie opuścić.
– Nie pytaj, proszę. Dla własnego dobra.
Nie podobał mi się ani jej ton, ani treść zdania. Ukrywała coś przede mną.
– Jeśli cię stracę… nie wiem, może stać się coś złego.
– Nie mów tak, zasługujesz na kogoś znacznie lepszego ode mnie.
Przytuliłem ją mocniej. Oparła głowę na mym ramieniu i zaczęła cicho szlochać. Nie lubiłem takich sytuacji. Nigdy nie wiedziałem, jak się zachować, aby jej nie pogorszyć.
Musnąłem ustami jej wilgotny policzek.
– Co cię dręczy, Olu? – szepnąłem jej na ucho.
– Nic, na co mógłbyś zaradzić.
– Proszę, powiedz.
– Nie mam zamiaru cię zadręczać, a poza tym, i tak byś nie uwierzył.
– Jezu, Olu, jesteś cholernie trudną osobą.
– Wiem, ale… nie, nie mogę.
Wyrwała się z uścisku i pognała ku drzwiom wejściowym. Pieprzone zagadki! Miałem wielką ochotę pobiec za nią, ale jakaś niewidzialna bariera wzbraniała mi wejścia na teren posesji. Wtedy zdałem sobie sprawę z przerażającego faktu – ten diabelski sen wcale nie musiał być snem…

Nie mogłem zasnąć. Dręczyły mnie ponure myśli i paskudne wspomnienia, nie dając chwili wytchnienia. I słowa Stefana: „Ola jest czarna jak samo dno piekieł”. W głowie miałem taki mętlik, że nawet nie usłyszałem pukania.
– Wojtek! – wołała mama.
Wyrwałem się gwałtownie z zamyślenia, odruchowo spojrzałem na zegarek. Było dwadzieścia minut po północy. Co ona mogła chcieć o tak późnej porze?
– Tak?
– Ktoś przyszedł do ciebie.
Zamarłem.
– Kto taki? – starałem się zachować spokój, lecz głos mi drżał.
– Nie przedstawiła się.
Czyżby Ola?
– Zaraz schodzę.
Wyskoczyłem w wyra, pospiesznie się ubrałem i pobiegłem na dół.
Gdy otworzyłem drzwi frontowe, przeszedł mnie dreszcz tak mocny, że aż się skurczyłem w sobie. To była „babcia” z koszmaru.
– O co chodzi? – zapytałem najspokojniej jak potrafiłem. – I kim pani jest?
– Aleksandra źle się czuje. Chce, żebyś przyszedł.
– To jakieś brednie, jeszcze niedawno z nią rozmawiałem i była zdrowa. A poza tym, jest późno, jakby pani nie zauważyła.
– Ona bardzo cię prosi.
– Skąd pani wiedziała, gdzie mieszkam? – spytałem podejrzliwie.
– Ola mi powiedziała.
– Ale ona tego nie wiedziała.
– Mało ważne – warknęła. – Przepraszam, ponosi mnie.
Pewien byłem, że absolutnie nie można jej ufać.
– Kim pani jest? – ponowiłem pytanie.
– Ciocią Oli.
– Nie wspominała nic o cioci.
– Przyjechałam ledwie dwie godziny temu.
Nie uwierzyłem.
Trwaliśmy chwilę w niepewności, kiedy wyciągnęła jakiś medalionik spod kurtki. Swym kształtem nie przypominał niczego, co do tej pory widziałem. Właściwie ciężko było powiedzieć, czy ma jakikolwiek kształt, gdyż jego kontury rozmywały mi się przed oczyma, gdy nań spoglądałem. Jedno było pewne – świecił się własnym światłem i nie mogłem oderwać odeń oczu. Wiedziałem, że ona przejmuje nade mną kontrolę, ale nic nie mogłem zrobić ani powiedzieć.
Medalionik znikł na powrót pod kurtką.
– No, teraz nie będziesz się buntował – powiedziała z satysfakcją.

Nie pamiętam, jak dotarliśmy do jej domu, nie pamiętam, jak znalazłem się w pokoju Oli. Nie da się jednak zapomnieć tego, co w nim ujrzałem.
– Nieeeee! – bezradny krzyk niemocy wydostał się z mej zaschłej gardzieli, lecz dalej nie mogłem się ruszyć.
Ola leżała nago w swym łóżku. Ręce miała uwiązane do wezgłowia, a nogi do metalowej balustrady. Była nieprzytomna; z ran na nadgarstkach sączyła się świeża krew, która później wnikała w prześcieradło. W oczach stanęły mi łzy.
– Tak, tak – dobiegł mnie niski, charczący głos. – Ona sprzeciwiła się mej woli. Teraz za to płaci. Zanim wykrwawi się na śmierć, minie wiele godzin. Za ten czas może ją spotkać wiele cierpienia. Chyba że jej pomożesz.
Wraz z ostatnim jej zdaniem wróciła mi zdolność mówienia. Niestety, tylko mówienia.
– Jak mogę jej pomóc? – spytałem spokojnie, choć daleko mi było do spokoju.
– Potrzebuję twego nasienia.
Wspomnienia powróciły z potworną siłą, wdzierając się do mego umysłu jak stado wściekłych szerszeni.
– Kim ty jesteś? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
– Twoim marzeniem. – Roześmiała się. Mnie nie było nic a nic do śmiechu.
Zamilkłem, wściekłość nie pozwalała mi nic powiedzieć.
– Po co ci moje nasienie? – spytałem, nie mogąc tego rozgryźć.
– Jeśli poznałbyś odpowiedź, zginąłbyś okrutną śmiercią.
Pomyślałem przez chwilę, zebrałem się do kupy.
– Dobrze – mruknąłem. – Ale wpierw ją rozwiąż i opatrz.
Śmiech. Szyderczy, triumfalny śmiech.
– Nie ma sprawy – powiedziała.
Przez chwilę nic się nie działo. Nagle przemknął nade mną jakiś cień. Postać w czarnej szacie wylądowała na wezgłowiu. Gdy się odwróciła… gdybym nie był spętany jej zaklęciem, zwymiotowałbym, przysięgam.
Pod kapturem jarzyły się dwa klejnoty o barwie starej, zakrzepłej krwi. Płonęły pierwotną nienawiścią do wszystkiego, włącznie z sobą samym. Nie widziałem jej twarzy, a jedynie błyszczące kły w otwartych ustach, z których kapała krew. Spomiędzy kłów wysunął się długi, rozwidlony język. Nie namyślając się długo, diabelska postać polizała rany Oli. Skóra na nadgarstkach zaskwierczała jak mięso na patelni. Z trudem przełknąłem ślinę, czując w powietrzu smród palonego mięsa. To było okrutne… ale chyba tylko tak Ola mogła przeżyć. Poprzysiągłem sobie wtedy, że zabiję tę kreaturę z piekła rodem, choćby miała to być ostatnia rzecz w moim życiu. A jak pomyślałem, czego ode mnie żąda…
– Tak, słodziutki – syknął stwór. – Już za chwilkę mamusia wyssie z ciebie, ile tylko będzie chciała.
Nie dałem rady przełknąć śliny. Stanęła mi okoniem w gardle, utrudniając nawet oddychanie.
W przeciągu kilku sekund ta piekielna kreatura zmieniła swą postać trzykrotnie, kończąc na znanej mi „babci”.
– Myślę, że tak łatwiej się podniecisz – powiedziała tak czule, że w „normalnych” warunkach mogłoby mi się to spodobać.
Zeskoczyła z łóżka i podeszła do mnie dumnym krokiem. Jej jędrne piersi unosiły się opadały w rytm jej oddechu. Długie blond włosy odgarnęła do tyłu. Uśmiechała się uroczo. Sytuacja zdawała mi się tak kuriozalna, że musiała być prawdziwa. Mimo bardzo bujnej wyobraźni nie byłem w stanie wyobrazić sobie czegoś takiego. Ani chyba nikt inny.
Pocałowała mnie w policzek. To był lodowaty pocałunek, bez uczucia, bez ciepła, bez niczego. Wodziła językiem wokół mych ust, dręcząc bezlitośnie. Najwyraźniej bawiło ją to. Prawdę mówiąc, zachowywała się jak nastoletni podlotek. Pragnąłem, by skończyło się to jak najszybciej. Z każdą sekundą zbliżałem się do psychicznego załamania. Seks ze stworem piekieł nie należał do rzeczy łatwych do przyjęcia. Miałem również wielkie wątpliwości, czy w ogóle to przeżyję.
– Nie martw się – uspokoiła mnie „babcia”, widocznie czytając w moich myślach. – Nie zginiesz. A przynajmniej nie dzisiaj. I tak, umiemy czytać w myślach. Ola również.
Co? Ona też? Niemożliwe…
– Możliwe, słodziutki, możliwe – uśmiechnęła się po raz kolejny, po czym przeszła do „rzeczy”.
Ani się nie spostrzegłem, a jednym szarpnięciem rozpięła mi rozporek.
– Nie mamy przecież wieczności – wyjaśniła.
Jedna myśl nie dawała mi spokoju.
– Dlaczego pozwoliłaś Oli żyć, skoro nasienie i tak mogłaś ze mnie wyciągnąć?
– Dobre pytanie. Może okazałam litość, widząc twój strach o jej życie. W końcu jestem jej babcią…
To ciekawe, co się stało z jej rodzicami, pomyślałem sobie, a po chwili skapowałem się, że ona wszystko „słyszy”.
– Ola ich zabiła, aby stać się jedną z nas – powiedziała z dumą. – Mimo moich genów musiała się wykazać.
– Kłamiesz! – warknąłem wściekle.
„Babcia” uśmiechnęła się pobłażliwie.
– Aleś ty naiwny… Myślałeś, że Ola się w tobie zakochała? W człowieku? – dodała kpiąco.
Nie odpowiedziałem.
– Jesteś tylko narzędziem – prychnęła. – Niczym więcej.
– Nie wierzę w to, Ola na pewno…
– Co na pewno?
Spuściłem wzrok. Cholera, cholera i jeszcze raz cholera! Już niczego nie byłem pewien. Nawet tego, czy w ogóle chcę żyć…
– Odpowiedz mi na jedno pytanie – zabrzmiało to jak prośba z mojej strony. – Kim jesteście?
– Jeszcze się nie domyśliłeś? – zadrwiła.
– Może…
Po głowie chodziło mi jedno słowo: czarownice.
– Trafiłeś niemal w sedno – rozpromieniła się „babcia”. – Ale koniec pogaduszek – jej głos stał się surowy.
Zęby mi zaszczękały. Bałem się jak jasna cholera. Nie ufałem jej nic a nic.
– I słusznie.
Wtedy się zaczęło.

Seks z istotą zła nie różni się zbytnio od „międzyludzkiego”. Z kilkoma wszakże wyjątkami – druga osoba raczej nie przemawia pięcioma różnymi głosami, nie powarkuje jak rozjuszona bestia i nie spija łapczywie każdej kropli nasienia.
Leżałem na podłodze nagi i rozbity emocjonalnie. Czułem się, jakbym zdradził samego siebie. Ola jęczała na łóżku, lecz nie mogłem do niej podejść i jej utulić. Nie miałem ani dość siły, ani możliwości. Zaklęcie unieruchamiające działało nadal.
U mych stóp leżała „babcia”. Chichotała jak dziecko. Parszywy uśmiech nie schodził z jej ust.
– Wywiązałeś się z tego całkiem dobrze – powiedziała roześmiana, oblizując usta.
Niedobrze mi się zrobiło na ten widok.
– To życie, kochany. W najczystszej postaci. Właśnie się dzieli, czuję ją.
Chyba chodziło jej o komórkę jajową. Jeśli tak… Nie potrafiłem pojąć implikacji tego „aktu”. Po chwili mnie oświeciło…
– Nieeee… – cichy szloch wydobył się z mych ust. Załamałem się kompletnie.
Nagle coś się zmieniło. „Babcia” zastygła w bezruchu. Jej usta wykrzywił grymas obrzydzenia, później bezgranicznej rozpaczy. Spojrzała na mnie nienawistnie.
– Ty – wskazała mnie drżącym palcem, a jej oczy się zaszkliły.
Wpatrywałem się nią w zmieszany, nic nie pojmując z jej zachowania. Jej ciało zaczęło się wykręcać, wić niczym wąż. Obrzydliwe głosy rozległy się w mojej głowie, wołając: zdrajca, zdrajca! Dalej nie mogłem się ruszyć, choć więzy zaklęcia słabły. Zamiast „babci” pojawiła się znowu tamta ohydna kreatura. Jej oczy już nie lśniły. Jęczała, mamrocząc coś niezrozumiałego.
Po chwili wszystko ustało. Powietrze w pokoju zgęstniało, jakby oczekując wybuchu. Bo to w istocie był wybuch. Dosłownie w ułamku sekundy, w akompaniamencie przeraźliwego krzyku, piekielna istota rozprysła się po pomieszczeniu na drobne kawałeczki. Dostałem czymś w twarz. Zwymiotowałem. Zaklęcie przestało działać wraz z jej śmiercią. Wtedy też rozpłakałem się.
Musiało minąć kilka długich minut, by wróciła mi zdolność myślenia, a i tak byłem kłębkiem nerwów. Ola!
Otarłem twarz rękawem. Mało przy tym nie zwymiotowałem po raz drugi. Podbiegłem do łóżka i rozerwałem jej więzy.
– Olu – szepnąłem przez zaciśnięte gardło. – Odezwij się, proszę.
Jej ciało było całe we krwi, tak jej własnej, jak i tej diabelskiej kreatury. Przełknąłem gorzko ślinę. Nie odzywała się.
Byłem tak zmęczony, że nawet nie zauważyłem momentu, w którym zasnąłem.

– Wojtek – obudził mnie chrapliwy szept.
Leżałem tuż obok niej, ściskając jej przypaloną dłoń.
– Już wszystko dobrze – pogłaskałem ją po zlepionych posoką włosach. Czoło miała rozpalone, musiała trawić ją gorączka.
– Co… co się stało? – spojrzała na mnie. Łzy stanęły mi w oczach, gdy ujrzałem, jak bardzo cierpiała. Jej twarz była trupio bada, a oczy poznaczone były czerwonymi pajęczynkami, które znikały w ślimaczym tempie.
– Ona nie żyje. Po prostu rozsadziło ją. Jak bomba.
Nikły uśmiech wykrzywił jej usta. Na więcej chyba nie miała siły.
– Dziękuję. – Po jej policzku spłynęła łza. Zabarwiona szkarłatem.
– Nie dziękuj mi, ja nic nie zrobiłem. A właściwie zrobiłem, ale… – urwałem, usiłując odpowiednio dobrać słowa.
– Czy dostała nasienie? – spytała nagle Ola, z zatroskaniem wpatrując się we mnie.
– Tak – odparłem półgłosem, wstydząc się tego czynu. – Powiedziała, że jeśli to zrobię, nie zabije cię.
– I tak by mnie nie zabiła. Ty jednak nie mogłeś tego wiedzieć – zmarszczyła czoło. – Poświęciłeś się dla mnie? Dla czarownicy? – zdumienie było w jej głosie niemal namacalne.
– Tak.
– Dlaczego?
– Sam nie wiem.
Śladem pierwszej łzy popłynęły kolejne. Dotknęła mnie opuszkami palców. Najpierw oczy, później usta, na końcu serce.
– Ja… – głos uwiązł jej w gardle.
– Ja ciebie też – uśmiechnąłem się, pocałowałem ją.
– Nikt nigdy mnie nie kochał – powiedziała smutno. – Od urodzenia byłam naznaczona piętnem zła. W osiemnaste urodziny odnalazła mnie babcia. Zasadziła we mnie nasienie, które z czasem wykiełkowało.
– Nic nie mów, odpoczywaj.
Już miałem ją zapytać, czy faktycznie zabiła swoich rodziców, lecz coś mnie powstrzymało.
– Ona to zrobiła – wyjaśniła Ola, odczytując moje myśli.
– Nie rób tego więcej – powiedziałem chłodno. Prawdę mówiąc, kamień spadł mi z serca po jej słowach.
– Przepraszam, to odruch.
– Wiem, ale mamy wiele czasu, by cię tego oduczyć.
Odwróciła głowę.
– Nie, Wojtku.
– Co mi chcesz powiedzieć? – zmarszczyłem brwi.
– Muszę stąd uciekać. Na pewno ludzie coś usłyszeli, rano zjawi się policja, a wtedy będzie po mnie. Jak im wytłumaczę śmierć babci?
– Wymyślimy coś.
– Nie – pokręciła stanowczo głową.
– Za dużo krwi z ciebie upłynęło, zaczynasz bredzić.
Popatrzyła mi w oczy.
– Nie wiesz, co mówisz. Tam, gdzie się udam, jest… zupełnie inaczej.
– Olu, mam do ciebie proste pytanie. Co do mnie czujesz?
Westchnęła ciężko.
– To, czego nie czułam jeszcze do nikogo.
Szczery uśmiech wypełzł na mą twarz.
– Zadziwiające, bo ja to samo mógłbym powiedzieć.
Uśmiechnęła się uroczo.
– Musisz się w coś ubrać – stwierdziłem. – Przecież nie możesz paradować nago po ulicach?
– Ulicach? Oj, Wojtku, jak ty mało wiesz…
Zrzuciłem szybko bluzę i przykryłem nią Olę.
– Powiedz mi, dlaczego twoja… ta kreatura zginęła?
Ola zastanowiła się chwilę.
– Istnieje kilka możliwości. Najprostsza to taka, że któryś z twoich przodków był duchownym o bardzo silnej wierze, a jego geny przeszły na ciebie.
– Skoro o tym mowa, moja mama wspominała kiedyś, że jestem bardzo podobny do mego pradziadka, Stanisława, który był pastorem. Ponoć kiedy przemawiał, tłum milczał jak zaklęty.
– To wiedz, żeby mu kwiaty złożyć na grobie. Gdyby nie jego geny w twoich plemnikach, na świat przyszedłby mały, wredny demon.
– Mój Boże… Nikt w to nie uwierzy, głowę daję.
Ola spróbowała się podnieść. Zamroczyło ją na moment, ale usiadła na skraju łóżka. Ubrała moją bluzę, odgarnęła włosy i uśmiechnęła się blado.
– Czas iść.
– Pójdziemy razem, Olu.
Chwyciła mnie za ręce.
– Nie wiesz, na co się decydujesz. To skok w nieznane.
– Nie obchodzi mnie to.
– Uparty jesteś jak osioł. A tu chodzi o twoje życie.
– A o twoje nie? – spytałem zimno.
– Moje jest nieistotne – mruknęła.
Nie odezwałem się więcej.

Korytarz był pusty, tak jak się spodziewałem. Cisza w nim zalegająca zdawała się wołać: morderca! Pewnie to były zwidy, ale takie odniosłem wrażenie.
Ola, uczepiona mego ramienia, intensywnie nad czymś rozmyślała. Patrzyła to na jedne drzwi, to na drugie, jakby rozważając potencjalne ryzyko. Nie miałem bladego pojęcia, o co jej chodzi, toteż się wtrącałem.
– To chyba te.
Poczłapaliśmy do wskazanych przez nią drzwi.
– Masz ostatnią szansę, by się wycofać – spojrzała mi prosto w oczy.
– Dziękuję, ale nie skorzystam.
Westchnęła, przytuliła się do mnie.
– Kocham cię – szepnęła. Nasze usta znów złączyły się gorącym pocałunku. Nawiedziły mnie miłe wspomnienia minionego dnia, kiedy to beztrosko tarzaliśmy się w śniegu. Zdawały się tak odległe, że aż nierealne.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Ziała za nimi mroczna czeluść tak gęsta, że zdawała się uniemożliwiać jakikolwiek ruch czy choćby oddychanie.
Ola przygryzła wargę.
– Nie mogę na to pozwolić – szepnęła przez łzy.
– Co…
Nie dokończyłem. Jakaś potworna siła uderzyła mnie w klatkę piersiową i odrzuciła na przeciwległą ścianę. Uderzyłem głową we framugę, świat zawirował, gwiazdy zaświeciły mi przed oczyma. Krzyk Oli rozdarł powietrze, lecz już było za późno. Tak dla niej, jak i dla mnie.

* * *

Wywlokłem się z kibla resztkami sił. Przez moment poczułem się cholernie dziwnie. Nie wiem, czy to możliwe, ale wraz z moczem wypłynęła ze mnie cała żywotność. Jakby ktoś wyssał ze mnie siły witalne i pozostawił pustą skorupę. Cholera, powinienem przestać tyle pić.
Dotarłem do brudnego stolika, który uprzednio zajmowałem, i zwaliłem się na krzesło niczym worek ziemniaków. Westchnąłem ciężko. Co za podły dzień. Piwo wypite, kasy nie ma, znajomych też. Nic, tylko się pochlastać. I jeszcze to nieszczęsne swędzenie w kroczu. Szlag by to trafił! Szlag by wszystko trafił!
– Gdzie twoja blondyneczka, Stefan? – zapytał Tomek-Stefan, zajmując drugie krzesło.
Zmierzyłem go śmiertelnie groźnym spojrzeniem. Byłem w fatalnym nastroju na żarty.
– O czym ty, do jasnej cholery, mówisz? – wycedziłem.
– No jak to? Jeszcze wczoraj piliśmy piwo, nie pamiętasz?
– Co ty pierdolisz? Chyba ci się klepki we łbie poprzestawiały – warknąłem. Zdecydowanie nie miałem ochoty na żarty.
– Stefan, z tobą się dzieje coś niedobrego – powiedział niezwykle poważnie. – Brałeś coś?
– Nie drażnij mnie – spojrzałem na niego gniewnie.
– Jak sobie chcesz – burknął, po czym zostawił mnie samego.
Trawiłem w myślach usłyszane właśnie „rewelacje”, kiedy podeszła do mnie jakaś dziewczyna.
– Mogę? – zapytała aksamitnym głosem.
Patrzyłem na nią i patrzyłem… zielone oczka jak klejnociki, boski uśmiech na ustach… Wtem, nagle i niespodziewanie, wspomnienia powróciły…
– Nieeee…..!!!

Obudziłem się zlany potem. Oddychałem ciężko, chrapliwie. Nim wróciłem do siebie, minęło dobre pół godziny.
Znowu mnie nawiedził. Od dwudziestu lat, noc w noc, a czasem i w dzień, On powracał. Koszmar, który nie daje mi – jeśli to w ogóle możliwe w tych warunkach – normalnie żyć. Zatruł moje życie, uczynił je piekłem na ziemi. Samotność doskwiera mi bardziej niż kiedykolwiek. Dlatego czytam i uczę się. Aby kiedyś znowu Ją spotkać. Moją miłość, moje przeznaczenie. Tylko wizja tego spotkania trzyma mnie przy życiu.
Za pięć lat wychodzę na wolność. Odliczam już w myślach pozostałem dnie. Strażnicy traktują mnie łagodniej z uwagi na moje dziwne sny. Współwięźniowie bali się mnie, choć to sami mordercy i gwałciciele. Czuli mroczną aurę, którą roztaczam. Ponoć w nocy mówiłem kilkoma głosami naraz. To byli prości ludzie, impulsywni, nie mieli powodu, by kłamać. Po roku dostałem osobną celę. Nikt się do mnie nie odzywa. Szczerze mówiąc, wisi mi to. Raz na kilka miesięcy odwiedza mnie rodzina i Tomek. Przynoszą jedzenie, książki, słowa otuchy. Nie wierzą, że zabiłem te starą kobietę. Lecz sąd był innego zdania, dostałem dwadzieścia pięć lat w zakładzie o zaostrzonym rygorze, bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Dzisiaj mają się zjawić. Oczekuję ich z wytęsknieniem. A jeszcze bardziej książek.
Ktoś wali pałką w kraty. To pewnie Staszek.
– Idziemy, Dziwaku. – Taką ksywę mi dali. W sumie nic mnie to nie obchodziło.
Skuł mnie w kajdany, choć nigdy nie stawiałem oporu. Podejrzewam, że lubił pokazywać swoją władzę przed innymi „lokatorami”. Na mnie nie robił absolutnie żadnego wrażenia.
Siedzieli tam, gdzie zwykle. Za szybą, stłoczeniu przy głośniku i mikrofonie. Matka, ojciec, Tomek. Nikt mniej, nikt więcej. Tak jak zawsze.
Przywitałem ich bladym uśmiechem. Odwzajemnili go, choć niechętnie.
– Wyglądasz jak śmierć w cywilu – powiedział poważnie ojciec.
– Macie książkę? – mruknąłem.
– Tak.
– To dajcie – powiedziałem surowo. Po chwili uspokoiłem się nieco. – Wybaczcie, kraty źle na mnie działają.
– To zrozumiałe – szepnęła zatroskana matka.
Tomek wyciągnął wydruki z plecaka. Ręce mi się zatrzęsły, oczy rozszerzyły.
– To naprawdę ona? – zapytałem w nieukrywanym zdumieniu.
Przytaknął skinieniem głowy.
– Jak ją znalazłeś?
– W Internecie.
No tak. Internet. Remedium na wszystko.
– Dziękuję – burknąłem.
Wstałem, odwróciłem się, lecz głos Tomka mnie zatrzymał.
– Wojtek.
– Tak? – spytałem przechylając głowę.
– Prześpij się trochę, masz strasznie przekrwione oczy.
Uśmiechnąłem się kącikiem ust.
– Dzięki za radę. Do zobaczenia.
– Trzymaj się dobrze – powiedziała matka przez łzy. – I pamiętaj, jeszcze tylko pięć lat.
– Tak, o tym pamiętam doskonale…
Staszek zaciągnął mnie z powrotem do celi.
– Masz – rzucił mi wydruk.
Zakląłem pod nosem, widząc jego ignorancję dla dzieła wszechczasów.
Zatrzasnął drzwi. Uśmiechnąłem się szeroko.
– Moje kochane grimaury – pogłaskałem z należytą troską stos pożółkłych kartek stojących za wezgłowiem pryczy. Znałem je na pamięć.
Skierowałem wzrok na właśnie otrzymaną księgę, Grimorium Verum – najpiękniejsza z wszystkich. Westchnąłem z zadowoleniem.
– Doktorze, możemy przystąpić do lekcji – powiedziałem, usiadłszy na jedynym krześle. – Doktorze, jest tam pan?
– Idę, idę – dobiegły mnie jakieś pomrukiwania.
Po chwili w mrocznej głębi mego umysłu rozległ się niski, melodyjny głos doktora Fausta.
– Na czym to skończyliśmy? Ach tak, już pamiętam…